Jechałam na rozmowę o pracę w charakterze recepcjonistki w pewnym pięknym hotelu. Zaparkowałam mojego blaszaka przed budynkiem i kiedy zamykałam drzwi, jakimś cudem przytrzasnęłam sobie kciuk. Odłamał mi się kawałek paznokcia, z ranki zaczęła płynąć krew, a na palcu w ciągu kilku sekund wykwitł mi siniak. Zacisnęłam zęby, zawinęłam ofiarę w chusteczkę higieniczną, a dłoń dyskretnie schowałam pod przerzucony przez rękę płaszcz.
Rozmowa odbyła się w bardzo sympatycznej atmosferze. Sprawdzono znajomość języków obcych (znam trzy!), wypytano dokładnie o moje zainteresowania a nawet o gust muzyczny, bo jak sam szef zażartował: „Tu wszyscy słuchamy heavy metalu, proszę pani!”. Wszystko szło bardzo przyjemnie, aż do momentu kiedy dotarłam do ostatniego elementu rozmowy kwalifikacyjnej, czyli do… testu sprawności posługiwania się komputerem (Excel i te sprawy). Wówczas przyznałam się, że dziś mogę z tym mieć problem, bo uszkodziła mi się kończyna i na dowód pokazałam uświnioną krwią chusteczkę zakrywającą obolały paluch. Od razu przyniesiono mi kubek z lodem i kazano włożyć tam palec. Po kilku minutach pożegnano się ze mną i odprawiono do domu.
Nie spodziewałam się, że ktoś się dom nie odezwie. A jednak tak się stało. Dostałam telefon już następnego dnia. Otrzymałam tę pracę! Uzasadnienie doręczono mi na firmowym papierze: „Jeśli potrafisz zachować spokój, kiedy twój kciuk wygląda jakby przeżył atak rozwścieczonego misia grizzli, to poradzisz sobie z nawet z najbardziej wkurwiającym klientem naszego hotelu!”.
Pracuję tu już trzeci rok. Uwielbiam tę robotę!
Jesteśmy chyba jednymi z najstarszych czytelniczek, mamy po 60 lat. Chciałyśmy opisać tu historię naszego życia.
Znałyśmy się od zawsze. Marysia, Zosia i Ania. Najlepsze przyjaciółki na zawsze. Przyjaźniłyśmy się w podstawówce, w liceum. Mieszkałyśmy w małej wsi, dużo pracowałyśmy w polu. Odłożyłyśmy pieniądze, miałyśmy świetne oceny. I stało się! Marzenie się spełniło! Dostałyśmy akademik w Warszawie. Zofia studiowała weterynarię, Ania farmację, Marysia prawo. Mieszkałyśmy tam przez 6 lat. W tym czasie każda z nas miała chłopaków, przelotne związki, ale wszystko szybko się kończyło. Byłyśmy dość nieśmiałe, skupione na studiach i pracach dorywczych. Nieraz głodowałyśmy i związki przestały być priorytetem. Potem poszło szybko: praktyki, praca magisterska, pierwsze prace. Zdecydowałyśmy się nie wracać do naszej małej wsi. Kupiłyśmy mieszkanie (ciasne ale własne). Marysia znalazła sobie męża, wyprowadziła się, ale kilka lat później wzięła rozwód i wróciła do naszego mieszkania. Ustabilizowałyśmy się w życiu. Jednak nie uśmiechało nam się mieszkać samotnie. Tak więc nadal mieszkamy razem. Rozwódka i dwie stare panny. A teraz finał.
Każda z nas miała dużą rodzinę. Cześć powyjeżdżała, ale utrzymywaliśmy z nimi dobry kontakt, spotykaliśmy się. Jednak ok. roku 2010 coś zaczęło się psuć. Siostry i bracia nie odbierały telefonów, nie przyjeżdżały na święta. Tłumaczyłyśmy to starością, innymi zajęciami. Aż nagle kontakt urwał się zupełnie. Śluby siostrzenic, chrzciny - nawet nie miałyśmy o tym pojęcia. Pewnego dnia 2015 po 3 latach bez kontaktu, odezwała się siostra Anny. Okazało się, że umarła jej mama. Przyjechałyśmy na pogrzeb. Pojawiły się na nich wszyscy ludzie ze wsi (w tym nasze rodziny).
Ludzie odsuwali się od nas, nikt z nami nie rozmawiał, nocowałyśmy w agroturystyce, bo "nie ma dla was miejsca". Jednak prawdziwy szok przeżyłyśmy, gdy okazało się, że Anna została wydziedziczona! Rozumiałyśmy, że najbliższej rodzinie należy się więcej, ale spadek otrzymali wszyscy z rodzeństwa po równo nawet ci, którzy nie utrzymywali z mamą żadnego kontaktu. Stwierdziłyśmy, że walka o zachowek jest bez sensu. Mimo to podjęłyśmy poważną rozmowę z naszym rodzeństwem. Zebraliśmy ich wszystkich i odważnie zapytałyśmy "o co chodzi???".
Okazało się, że według rodziny jesteśmy... lesbijkami. Tak, lesbijkami. Znałyśmy się przez 60 lat. Przez 43 lata nikt nie miał wobec nas najmniejszych podejrzeń. Dopiero gdy zaczęły się homo afery, ksiądz w kościele zaczął rozpowiadać. Rodzina nie chce mieć z nami nic do czynienia. Nie docierają do nich żadne tłumaczenia. Byłyśmy im potrzebne tylko do płacenia za leki mamy Anny. Teraz nikt na nas nawet nie spojrzy. Dalej mieszkamy w Warszawie i mamy się dobrze.
Pozdrawiamy
Anna, Marysia i Zofia.
Historia zdarzyła się kilka lat temu w Rzeszowie.
Zdenerwowana przed egzaminem na prawo jazdy, postanowiłam nie jechać busem jak dotychczas, ale wsiąść do autobusu i dojechać na miejsce nieco wcześniej. Jak na złość okazało się, że ze względu na roboty drogowe trasa mojego środka transportu uległa zmianie, a jako że nie znałam kolejnych przystanków, czekałam grzecznie aż kierowca zatrzyma pojazd pod moim docelowym, co tym razem oczywiście się nie stało... Na ostatnim z nich (a właściwie zajezdni) opowiedziałam szoferowi moją żałosną historię i zapytałam, jak mogę dotrzeć do WORD-u. Kierowca kazał mi usiąść i zawiózł mnie na wyznaczone miejsce. I nie chciał pieniędzy! Tylko dzięki niemu zdążyłam na egzamin.
Cała sytuacja byłaby skończyłaby się happy endem, gdyby nie to, że oblałam. Mimo wszystko do tej pory jestem mu wdzięczna. Za bezinteresowną pomoc :)
To będzie historia o tym, jak pewna pani na targu utarła nosa dość nieprzyjemnej koleżance mojej mamy.
Każdy z nas, a przynajmniej większość, był kiedyś na targu. Masa ludzi, straganów i sprzedawcy, do których owe stragany należą. Pewnego dnia moja mama postanowiła wybrać się na targ, a że jej koleżanka, Żanetka, również w owe miejsce się wybierała, wybrały się razem. Mama chciała mi kupić jakieś nowe getry, więc Żanetka postanowiła, że też coś kupi swojej córce. Podeszły do pierwszego lepszego straganu z odzieżą dla dzieci. Akcja potoczyła się miej więcej tak:
– Przepraszam, ma pani jakieś getry na dziewczynkę, metr pięćdziesiąt? – zapytała mama, a kobitka zaczęła szukać czegoś takiego. W tym samym momencie Żanetka (tu należy wspomnieć, że do najmilszych i do uległych osób nie należała) znalazła jakąś bluzkę dla swojej córki i zapytała:
– Ile ta bluzka?
– 30 zł.
– Słucham?! To już w sklepie są tańsze! Jak przechodziłam, widziałam takie za 15 zł! To za drogo, jak pani nie opuści, to nie mam zamiaru tego kupić!! – i rzuciła tę bluzkę jak szmatę. Stanęła obok i czekała, aż sprzedawczyni przystosuje się do jej warunków.
Kobitka popatrzyła się na nią gniewnie, ale nic nie powiedziała. Wróciła do mojej mamy, podała jej cenę, mama zapłaciła, ale nie miała drobnych, więc była zmuszona dać banknot 50 zł. Kobitka zawołała jakiegoś facia i zapytała, czy nie ma drobnych, bo jej się skończyły, a musi wydać. Facet wyciąga odpowiednią kwotę i pyta:
– Dla której pani są te pieniążki?
Tu sprzedawczyni uśmiechnęła się szyderczo i powiedziała:
– Dla tej ładniejszej.
Podobno Żanetka tak się wk*rwiła, że już więcej się do mamy nie odezwała :)
Gdy byłam mała, sikałam do słoików i trzymałam je w szafie. Nie chciało mi się schodzić na dół do łazienki. Dzięki Bogu wyrosłam z tego.
Kiedy mam dość ważną rzecz do wykonania, zajmują mnie najmniejsze bzdety (chyba nie jestem jedyny).
Jutro mam ważny sprawdzian z fizyki. Myślicie, że dzisiejszy wieczór to dobry moment do nauki żonglerki?
Dopiero czytając siódmą część Harry'ego Pottera, uświadomiłam sobie, że sługusy lorda Voldemorta to tak naprawdę śmieRciożercy, a nie ŚMIECIOżercy.
Te śmieci jakoś nigdy mi nie pasowały.
Gdy miałam 8 lat, brałam udział w konkursie pianistycznym, w którym zdobyłam pierwsze miejsce, a w ramach nagrody otrzymałam nuty od pewnego kompozytora, który był obecny na tym konkursie. Po wręczeniu nagród razem z moją panią od fortepianu poprosiłyśmy o zdjęcie z nim. Moi rodzice wpadli na genialny pomysł, aby dwa zdjęcia, które wtedy zrobili, wywołać w formie małego kalendarza i przekazać mojej nauczycielce. Kiedy już je odebraliśmy od fotografa, moja mama stwierdziła: „Wiesz co, ale ta twoja nauczycielka to tak niezbyt korzystnie wyszła...”.
Następnego dnia, bardzo zadowolona, poszłam na lekcję muzyki i przekazałam pani upominek, po czym ona skomentowała go takimi słowami: „O jeny, ale ja strasznie wyszłam na tym zdjęciu!”, a ja jako rezolutna dziewczynka odpowiedziałam: „Moja mamusia też tak stwierdziła”...
Mam 32 lata i dwójkę dzieci, które urodziłam w krótkim odstępie czasu. Już podczas pierwszej ciąży ważyłam 75 kg, a teraz moja waga to 86 kg. Moje codzienne życie spędzam głównie w domu z dziećmi i pracuję zdalnie. Moja kondycja nie jest najlepsza, ale badania medyczne nie wykazały żadnych problemów z tarczycą czy insulinoopornością. Jestem świadoma, że mam problematyczny stosunek do jedzenia. Traktuję je jako nagrodę, co jest niezdrowe, i mam słabość do słodyczy. Wieczorami, kiedy oglądam serial, czuję nieodpartą chęć podjadania. Mimo to boję się zacząć regularnie ćwiczyć i zastosować dietę, ponieważ obawiam się, że nie uda mi się schudnąć. Ta myśl jest dla mnie frustrująca. Co więcej, już zaczynam odczuwać fizyczne skutki nadwagi, takie jak bóle kręgosłupa. Mój mąż nie ma problemu z moją wagą, ale dla mnie to duża przeszkoda. Kiedyś próbowałam diety online i schudłam tylko 5 kg, które szybko wróciły. Nie mogę sobie pozwolić na indywidualne konsultacje z dietetykiem ani na diety pudełkowe.
Waga stała się centralnym problemem w moim życiu i nie wiem już, co robić. Nie chcę więcej czuć się tak źle w swoim ciele.
Kilka tygodni temu musiałam znowu zacząć kurację antydepresantami, co wpłynęło na moje libido. Leki te są dla mnie koniecznością, aby funkcjonować w miarę normalnie na co dzień, ale są też źródłem problemów w moim życiu intymnym. Wydaje mi się, że wpływa to negatywnie na jakość mojego związku i obawiam się, że może to prowadzić do jego zakończenia.
Stawiam sobie pytanie, czy istnieje sposób na znalezienie równowagi między potrzebą leczenia a pragnieniem utrzymania zdrowej relacji. To trudny dylemat, z którym się zmagam, i czuję, że potrzebuję wsparcia oraz porady, jak sobie z tym wszystkim radzić.
Dodaj anonimowe wyznanie