Może i nie żyję zbyt długo na tym świecie, ale zostałem przez mojego tatę (strażaka, a zatem i ratownika, nawiasem mówiąc) wychowany tak, że nie jestem w stanie przejść obok potrzebującego obojętnie.
Niedawno spotkałem się z sytuacją, w której starszy pan mający hipoglikemię, słaniając się na nogach i zataczając, zasłabł na przystanku, gdzie byłem ja i trzy znajome ze szkoły. Ów pan miał opaskę cukrzyka, zatem zapytałem dziewczyn, czy nie mają czegoś słodkiego, w międzyczasie wykręcając numer pogotowia. Stwierdziły, żebym się do nich nie odzywał i zostawił tego menela, bo robię im siarę. Powiedziałem, że pan ma cukrzycę, co one nagrały na snapie... i wrzuciły z podpisem „ciągnie swój do swego XD”.
Fakt faktem, że pan nie wyglądał na bardzo zamożnego, ubrania miał raczej używane i nieco starsze, ale czyste i zadbane. Dyspozytor podziękował, karetka była w ciągu trzech minut (wszak był to środek miasta). Kiedy poprosiłem „damy” o usunięcie nagrania, jedna z nich powiedziała: „Przecież to tylko menel, jak nie chciałeś snapa, to po co tam szedłeś?”.
Pewnego wieczora zadzwonił mój przyjaciel, powiedział, że jego córka, a moja chrześnica miała wypadek, potrącił ją samochód i w ciężkim stanie jest w szpitalu. Od razu z żoną zebraliśmy się, aby tam jechać, wiedzieliśmy, że potrzebują kogoś, kto by był przy nich. Dojechaliśmy, akurat wyszedł lekarz i powiedział, że młoda możliwie będzie potrzebować przeszczepu i aby rodzice zrobili badania na zgodność, my też (mimo że jest znikoma szansa) zrobiliśmy i czekaliśmy na wyniki. Po jakimś czasie przyszła pielęgniarka i spokojnym tonem oznajmiła, że rozumie stres itd., ale doktorowi chodziło o biologicznych rodziców, a z badań wychodzi, że tylko matka nią jest, a ojciec nie, i proszą o to, aby się zjawił biologiczny ojciec na badania... Mnie zatkało, spojrzałem tylko na przyjaciela i jego żonę, ona cała czerwona, a on blady. Zaczęła się awantura i on wyszedł. Pobiegłem za nim i próbowałem namówić do powrotu, aby był tam nie dla żony, a dla córki. Rozpłakał się, nie wiedział co robić, ale udało mi się namówić go na powrót. Na szczęście operacja się udała, przeszczepu nie trzeba było robić.
Młoda powoli wracała do zdrowia, przyjaciel zamieszkał u nas, nie chciał widzieć żony ani słuchać jej wymówek w stylu, że w szpitalu się pomylili. Koniec końców przyznała się, że zdradzała go te 15 lat temu, a gdy zaszła w ciążę i powiedziała o tym kochankowi, ten wyparował, więc udawała, że to dziecko męża. On od 14 lat dbał i wychowywał dziecko jak swoją córkę. Wcześniej mieli super kontakt, ale gdy byliśmy razem w szpitalu, tylko się z nią przywitał i w ogóle z nią nie rozmawiał. Kiedy z nim wyszedłem, moja żona została z młodą jeszcze chwilę i ta się spytała, dlaczego tata jest na nią zły, przecież wypadek nie był z jej winy, ktoś w nią wjechał, jak była na chodniku. Nie znała sytuacji, więc nie mogła zrozumieć, o co chodzi jej ojcu.
Udało nam się go przekonać, że młoda zasługuje na wyjaśnienia i powinien powiedzieć jej wszystko, jej matka oczywiście zabroniła mu, aby nie wyjść na złą. On jednak się postawił i wyjaśnił młodej, dlaczego tak się zachowywał i zapewnił, że nadal ją kocha, ale nie wie jak ją traktować. Ona wykazała się większą dojrzałością, niż moglibyśmy przypuszczać, powiedziała, że dla niej to on jest jest tatą i zawsze będzie go tak traktować.
Przyjaciel z żoną wzięli rozwód, a w sądzie córka opowiedziała się, że chce zamieszkać z ojcem. I tak mieszkają od dwóch lat i żyje im się dobrze.
Znam prawników, którzy twierdzą, że płaca minimalna dla absolwenta prawa u nich to dobre wynagrodzenie. Fakt, że prawnik, który płaci pracownikowi minimalną za każdą godzinę pracy, jest dobrym i uczciwym pracodawcą. Moja koleżanka pracowała 4 dni w tygodniu po 8 godzin za 1200 zł miesięcznie (w 2022 lub 2021 roku).
Anonimowe podsumowanie: Dla niektórych pracodawców-prawników łaską jest, że nie traktują absolwenta gorzej niż sprzątaczki, magazyniera albo pomocy kuchennej, którym bez problemu płaci się minimalną.
Poszłam sama na wesele do znajomych, ponieważ nie miałam kogo wziąć jako osobę towarzyszącą. Byłam jedyną młodą osobą bez partnera, ciągle ktoś pytał co się stało, że jestem sama. Źle się z tym czuję, że nie mam takich znajomych, którzy by się ze mną chętnie wybrali na tego typu imprezę. Czuję się jak przegryw życiowy.
To trudna historia o mojej rodzinie. Ojciec alkoholik, tyran, „wychowujący” za pomocą kabla i głodówki. Ale poza domem był inteligentnym gościem z wyższym wykształceniem, na wysokim stanowisku, którego nikt by o takie rzeczy nie podejrzewał. Mimo wysokiej pensji wszystko przepijał, a nawet narobił długów na ogromne kwoty. Moja mama, skromna kobieta, zasuwała na dwie, trzy zmiany, żebyśmy nie odczuwały nędzy, w jakiej byłyśmy. W końcu powiedziała dość i kazała ojcu wybierać: albo terapia, albo rozwód. Wybrał rozwód.
Wylądowałyśmy z mamą i młodszą siostrą w małym mieszkanku na końcu świata. Mała nie rozumiała, czemu zostawiliśmy nasz dom z pięknym sadem i kochanymi zwierzętami. Mama wyszła na prostą, wyleczyła się z ojca, ma narzeczonego, dobrą pracę, młoda niedługo kończy szkołę. Ojciec nie odzywał się od rozwodu. Do wczoraj, bo dowiedział się, że wychodzę za mąż. Chce się spotkać, pogadać, przeprosić. Cała moja rodzina i bliscy, nawet moja mama, uważa, że powinnam się z nim spotkać, rozliczyć się z tym, zamknąć rozdział. Wszyscy mnie namawiają, a ja czuję, że ziemia wali mi się pod stopami. Ojciec mnie molestował. Wyprowadzka z tego domu to była moja ostatnia szansa, jestem pewna, że gdybym była tam dłużej, to skończyłoby się to... wiadomo jak. Nikt nie wie. Ale rozmawiałam z nim przez telefon, powiedziałam mu wszystko, jak bardzo nas krzywdził i w jaki sposób. Nawet zasugerowałam, że krzywdził mnie w „ten” sposób (dla niego to były „wygłupy”), ale on uważa, że nie robił nic złego! W ogóle nie rozumie, czemu robię z „tego” problem. I był w prawdziwym szoku, kiedy nazwałam go alkoholikiem. I nie umiem określić, jak się z tym czuję. Mieszanka zabijającej bezsilności z nienawiścią... On zrujnował mi dzieciństwo, wpędził w kompleksy, nerwicę. A teraz mówi, że tamto to nic takiego. Kiedy zniknął z mojego życia, ja zaczęłam żyć normalnie, a teraz znowu chce w nim namieszać. Zawsze czułam się wobec niego bezsilna, on mógł wszystko, a ja nic. I kiedy dzwoni, mówi takim spokojnym głosem, śmiejącym się... ale w środku nadal siedzi bestia. Bestia, której nikt nie poznał.
Mam 22 lata i nigdy nie miałam chłopaka. Moja kuzynka o tym wie, bo też jakoś specjalnie się z tym nie kryję. Często dogryzała mi z tego powodu – że mam pajęczynę między nogami, że jak chodzę, to rdzę zostawiam pod stopami i różne takie rzeczy. Nie przejmowałam się tym.
Teraz kuzynka ma dziecko, bo wpadła, nawet nie wie z kim. Nie osądzam jej za to – jej życie, jej wybór.
Ale ostatnio stwierdziła, że powinnam ją wspomagać finansowo, bo mam stypendium, a ona sama dziecka nie utrzyma studiując, a studia chce dokończyć. Kiedy odmówiłam, nazwała mnie „bezlitosną suczą bez serca”.
Ach, ta rodzina!
Tak dzisiaj wieje, że kołdra, którą wywiesiłem na zewnątrz, wyschła mi chyba w pół godziny.
Szkoda, że jest już w jakimś innym województwie, bo tak dzisiaj wieje.
Mam problem zawodowy. Pracuję w zawodzie powszechnie uznawanym za dość prestiżowy – bardzo trudno się do niego dostać (kilkadziesiąt aplikacji na jedno miejsce), zarobki są dość znaczne (osoba z jednym rokiem doświadczenia zarabia ok. dwie średnie krajowe, ja mając ok. 6 lat doświadczenia zarabiam 5-8 średnich, w zależności od bonusu). Lubię moją pracę w sensie intelektualnym – naprawdę ciekawe zagadnienia. Natomiast nienawidzę w niej wszystkiego innego. Pracuję 70-100 godzin w tygodniu, do biura przychodzę o 9:30, a wychodzę między 23:00 a 1:00 nad ranem. Często również pracuję w weekendy. Wakacje? Cały czas na laptopie albo iPadzie, bo pracowe tematy nigdy się nie kończą. Ludzie, z którymi pracuję to albo karykaturalne dupki, które przeczołgają się po szkle dla pieniędzy, albo autentyczni pracoholicy-pasjonaci. I jedni, i drudzy nie mają życia poza pracą. O głównym dyrektorze krąży legenda, że wybiegł kiedyś z samolotu, w którym zostawił żonę i dzieci (by sami lecieli na wakacje), a sam wrócił do biura z walizką, bo dostał ważny telefon.
Trafiłem do tego zespołu jakieś 1,5 roku temu, po kilku latach w innej roli (z normalniejszymi godzinami pracy) w tym samym sektorze. Od tego czasu moją narzeczoną i nasze mieszkanie widuję w weekendy. Jestem permanentnie zestresowany, wkurzony i drażliwy, a przy tym zacząłem tyć ze stresu. Moja narzeczona jest bardzo dzielna, ale jak długo można wytrzymać kogoś, kto jest kłębkiem nerwów, z kim trudno zaplanować obiad na szczególną okazję, nie mówiąc już o zwykłym, normalnym wieczorze na kanapie w środku tygodnia?
Bardzo chcę odejść, ale muszę się upewnić, że w następnym miejscu będę miał odpowiednie perspektywy rozwojowo-finansowe. Boję się jak cholera, że nim uda mi się znaleźć odpowiednią ścieżkę ucieczki, stanie się coś trudnego do odwrócenia w mojej psychice lub związku.
Jestem bardzo introwertyczny i unikam kontaktu z obcymi ludźmi. Ostatnio siedziałem w aucie na parkingu, czekając, aż moja dziewczyna wyjdzie ze sklepu. Nie było mnie widać, bo mam przyciemnione szyby. W pewnej chwili obok mnie zaparkował jakiś samochód. Kierująca nim kobieta wysiadając, mocno uderzyła swoimi drzwiami w moje auto, po czym podeszła sprawdzić uszkodzenia. W jej samochodzie były jeszcze trzy dziewczyny, które zaczęły się śmiać, że wgniotła mi karoserię. Obejrzały uszkodzenie i poszły, żadnej notki z numerem telefonu, nic. Po prostu sobie poszły. Ja zostałem w aucie, ale byłem bardzo zdenerwowany, więc gdy one weszły do sklepu, opuściłem szybę i zarysowałem kluczem bok ich samochodu.
Nie jestem z siebie dumny i nikomu się do tego nie przyznam, ale niestety, oko za oko, ja muszę naprawić drzwi, ona też będzie musiała.
Wyrzucili mnie z pracy dwa razy w ciągu tego roku. Pierwszy raz, gdy pracowałam w branży luźno związanej z moim wyuczonym zawodem. Od 1 stycznia wzrosła płaca minimalna, więc szefostwo dodało mi nowe obowiązki. Jestem osobą dosyć powolną i nie byłam w stanie robić więcej w tym samym czasie, w dodatku bez błędów. Nie miałam też talentu do tej branży. Drugi raz, gdy podjęłam pracę poniżej moich kwalifikacji. Zostałam sekretarką w miejscu, w którym było bardzo dużo pracy. Osoba przede mną też nie wytrzymała. Poradziłby sobie tam tylko ktoś bardzo szybki. Na rozmowie kwalifikacyjnej nikt nie mówił, że trzeba być osobą szybką i wielozadaniową. W pracy spędzałam dużo więcej czasu, niż powinnam. Lubię pracować wolno i dokładnie. Przestaję w siebie wierzyć, bo trudno być powolnym dzieckiem szybkich rodziców. Jedno z nich zawsze mi powtarzało, że jeśli nie przyspieszę ruchów, to wywalą mnie z każdej pracy. Zaczynam myśleć, że to prawda, choć miałam w życiu kilka prac i w niektórych radziłam sobie bardzo dobrze. Kiedyś byłam kimś. Bardzo dobrze się uczyłam, uchodziłam za inteligentną, wygrywałam konkursy, rysowałam i pisałam. Nie wiedziałam, że tak łatwo wylecieć z pracy, pomimo starań. Żeby lepiej trybić i być szybszą, jadłam po 3-4 jajka dziennie i piłam energetyki. Wiem, że to przesada, ale chciałam być szybsza. Zawsze myślałam, że szybkim trzeba być głównie w pracach fizycznych, a ja mam umysłową, ale teraz widzę, że osoba powolna może być skazana na porażkę na rynku pracy.
Czy ktoś z Was jest powolny i mimo to dobrze radzi sobie w pracy umysłowej lub innej? Ciekawi mnie, czy pielęgniarka, kosmetyczka, ekspedientka albo policjantka może być trochę powolna?
Dodaj anonimowe wyznanie