Na początku studiów poznałam świetnego chłopaka. Zagadałam, wymieniliśmy się numerami, pół roku później zostaliśmy parą. Było idealnie.
Mój chłopak (dajmy na to Marcin) jest sierotą - jego rodzice zginęli w wypadku, gdy był mały. Nie miał rodziny, utrzymywał się sam. Nie przelewało mu się, bo za źródła dochodów służyły mu stypendium socjalne i praca (z dość niskim wynagrodzeniem).
Pod koniec 3 roku, Marcin powiedział mi, że ma kłopoty z mieszkaniem, które wynajmuje. Żeby nie wdawać się w szczegóły, właściciel go oszukał i mój kochany musiał zapłacić mu 2 tysiące. Wydatek, jak dla niego był zbyt duży, biedak nie wiedział co robić, poprosił mnie o pomoc. Tego samego dnia opowiedziałam o tym rodzicom i oznajmiłam, że oddam Marcinowi pieniądze, które odkładam na wymarzone, nowe skrzypce.
Następnego dnia, gdy Marcin do mnie przyjechał, rodzice wręczyli mu 2000 zł w kopercie i powiedzieli, że jeżeli ja ufam Marcinowi, to oni też mu zaufają. Chłopak na początku chciał odmówić, ale w końcu przyjął pieniądze, obiecał, że odda, jak tylko będzie mógł.
Sprawy mieszkania się rozwiązały, czas leciał, zdaliśmy licencjat, rozpoczęliśmy zaocznie studia magisterskie, w tygodniu pracowaliśmy. W wakacje, po pierwszym roku magisterki Marcin mi się oświadczył, a ja się zgodziłam. W końcu zostaliśmy magistrami, Marcin szybko znalazł nieźle płatną pracę, zaczęliśmy się też rozglądać za wspólne mieszkaniem.
4 miesiące później, zostaliśmy zaproszeni na obiad do moich rodziców. W pewnym momencie Marcin wyciągnął kopertę i wręczył ją mojemu ojcu. W środku były pieniądze. Tata powiedział, że ich nie chce, bo przecież właśnie układamy sobie razem życie, że nam się przydadzą bardziej niż jemu.
I wtedy Marcin powiedział najpiękniejsze słowa jakie w życiu usłyszałam:
- Mam pracę, więc mogę oddać ci dług. Poza tym... oddałeś mi najcenniejsze co miałeś - swoją córkę. Muszę spłacić co mogę, bo za ten skarb, nigdy się nie odwdzięczę.
Jesteśmy razem już 7 lat. A ja dalej mam łzy w oczach, gdy o tym myślę.
Wstyd mi za ojca alkoholika. Mam 27 lat i biorę już antydepresanty, bo nie chcę skończyć tak samo jak on. Mimo tego, że wychowałem się w zadupiu, udało mi się jakoś stamtąd chwilowo wyrwać. Mam pierwszy raz dziewczynę, z którą przyjechałem do domu, a ten idiota przyszedł pijany i zaczyna mówić głupoty. Chyba już nigdy tam z nikim nie przyjadę, jak będzie się tak zachowywał.
Od czasów dzieciaka boję się myszy oraz jaszczurek. Po prostu na ich widok mam ochotę uciec jak najdalej. Ostatnio moja kotka postanowiła sprawić mi urodzinowy prezent i na łóżku położyć kilka zdechłych myszy oraz lekko żywych jaszczurek.
A teraz wyobraźcie sobie prawie dwumetrowego 25- latka krzyczącego jak mała dziewczynka, której nie kupiono wymarzonej lalki Barbie.
Moja kuzynka nie poszła na maturę, bo się bała... że nie zda.
Byliśmy wtedy z mężem młodzi (18) i mocno napaleni na siebie.
Było cudowne, gorące lato, kiedy Karol przyjechał do mnie na kilka dni. Tego dnia oboje mieliśmy mocną chcicę, a dom pełny. Chyba przepaliły nam się styki w mózgach, bo poszliśmy do łazienki na małe co nieco. Akurat było wstawione pranie, a my cichutko, więc jakoś poszło. Jak byliśmy już po, Karol zdjął prezerwatywę i zaczął się myć. Naprawdę nie wiem co mi strzeliło do łba, ale wzięłam tę gumkę i zaczęłam nią wywijać, śmiejąc się histerycznie, a Karol razem ze mną. I ta pieprzona guma pękła, rozbryzgując zawartość na wszystkie strony, w tym na moją twarz. I wtedy do łazienki wszedł mój ojciec z tekstem: „Co wam tak wesoło?”... Czas stanął w miejscu, spojrzał na moją twarz, potem na smętnie zwisającą w mojej ręce pękniętą gumkę, a na końcu na Karola ze spuszczonymi spodniami i kutasem w umywalce. Odwrócił się i wyszedł bez słowa.
Nigdy nic nikomu nie powiedział, z Karolem bardzo się lubią, ale jak tylko sobie to przypomnę, to płonę ze wstydu.
Zawiodę swoich rodziców, a dokładniej tatę.
Chodzi o moja 18, która zbliża się coraz to większymi krokami i tacie bardzo zależy na tym, by była huczna, wesoła i wypełniona ludźmi na dużej sali. Już rok temu zaczynał temat razem z mamą i gdy powiedziałam, że nie chcę wyprawiać 18 urodzin w inny sposób niż poprzednie – w domu, bez gości – mama to zrozumiała, a ojciec się oburzył. Oczywiście nie krzyczał na mnie, wiem, że on jedynie chce, bym przeżyła niezapomniane urodziny. Moi rodzice i dziadkowie mieli naprawdę huczne osiemnastki wypełnione ludźmi, bo mieli wielu przyjaciół. Ja i mój brat niestety nie podzieliliśmy ich losów i nie jesteśmy zbyt lubiani, choć nie ma ku temu powodów, bo jesteśmy naprawdę dobrymi ludźmi i nigdy nikogo nie dręczyliśmy. Na szczęście mojemu bratu udało się z tego wywinąć i na swoje 18 urodziny pojechał z mamą do Hiszpanii, spełnił swoje marzenie, siedział tam tydzień i wrócił szczęśliwy i do dziś, po 5 latach, nie żałuje. Też bym tak chciała, bardzo. Nie mam znajomych, nie chcę osiemnastki na sali, gdzie zaproszę 3 osoby, gdzie każda z nich mieszka setki km ode mnie. Mój chłopak mieszka ode mnie 300 km, przyjaciółka 100. Tata nalega, żebym zaprosiła całą szkołę i wszystkich w okolicy, ale ja nie chcę, żeby ludzie, którzy oblewali moje książki mlekiem nachlali się jak świnie za pieniądze moich rodziców. Nie chcę tego, nie chcę ich widzieć.
Dziś sytuacja się pogorszyła, tata oświadczył, że jego ukochana córka nie będzie spędzać 18 urodzin samotnie i sam w tajemnicy wynajmie salę i siłą mnie tam zaciągnie. Boję się myśleć, kogo zaprosi, boję się, że to nie było tylko przekomarzanie, bo znam go i wiem, że jest to prawdopodobne. Nie wiem co mam robić, po pół roku z trudem zgodziłam się na spotkanie z najbliższą rodziną w moim domu w dzień moich urodzin. A teraz? Impreza nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim, jeszcze bez mojej przychylności? Mama to rozumie, ale tata nie… Od roku mam zdiagnozowaną depresję i biorę leki, nie bez powodu przeszłam na indywidualne nauczanie. Jestem przerażona tymi ludźmi, wyrządzili mi tyle krzywdy, a mój tata uważa, że przesadzam i lęk społeczny nie istnieje. Tak cholernie się boję… Dziś nie chciał mnie wypuścić z pokoju, do póki nie powiem mu, gdzie ma zamówić salę, proszę o wsparcie emocjonalne…
Zrobię wszystko, żeby tylko nie łamać tacie serca.
Mam 25 lat i czuję, że marnuję życie w pracy.
Poszedłem na studia związane z IT, już w trakcie złapałem jedną w miarę dobrze płatną pracę, potem drugą, trzecią i tak przeskakiwałem z miejsca na miejsce, za każdym razem z nieco lepszą wypłatą. Teraz zarabiam całkiem dobrze, ale ze względu na charakter pracy (multiplatformowość na naprawdę wielu poziomach) nie wszystko da się robić zdalnie. Jest sporo testowania, przez co praktycznie 90% pracy musi być wykonana stacjonarnie, co oznacza pracę 9-17 codziennie. Mieszkam w dużym mieście, więc trzeba dodać dwie godziny na dojazd. I mam wrażenie, że marnuję sobie życie w tej pracy. Rano przed pracą nic nie zrobię, jak wrócę, to mam czas jedynie żeby zrobić coś do jedzenia, ogarnąć mieszkanie i iść spać. Zanim zacząłem studia, dorabiałem sobie w wakacje (jak i na początku studiów) w pracy w systemie zmianowym. I szczerze, miałem dużo mniejsze poczucie marnowania dnia. Jak miałem na rano, to od 14:30 mogłem coś robić do końca dnia, na drugą zmianę wychodziło się o 13:30, więc od rana była możliwość zrobienia czegokolwiek, a na noce? Może i człowiek bywał zmęczony, ale miał dzień dla siebie i mógł zrobić dużo więcej. A teraz? Cały dzień opiera się tylko na pracy, jedzeniu, myciu się i pójściu spać. Myślałem o sprzedaniu mieszania i zakupie domu pod miastem, bo miałbym przynajmniej jakieś obowiązki, tylko po co? Żeby zamienić dojazd z godziny w jedną stronę na dwie godziny w jedną stronę? Kult pracy 9-17 jest dla mnie bezsensowny. Jak tylko zapniemy projekt do końca, to zmieniam pracę na zdalną, nawet jeśli oznaczałoby to obniżkę pensji o 50%.
Zdarzyło się w Poznaniu – mieście słynącym z, no powiedzmy, oszczędności.
Spotkałam się z tatą w pizzerii. Zamówiliśmy pizzę na pół i tata domówił sobie jeszcze wrzątek, upewniwszy się wpierw, że nie będzie musiał za niego płacić. Pomyślałam, że bierze jakieś rozpuszczalne leki, poważnie. A tatuś, jakby nigdy nic, wyjął z kieszeni wymiętolonego liptona i zrobił sobie herbatkę...
Efekt? Obsługa z kuchni wyszła podziwiać ze łzami w oczach.
Ech, poznaniaki, jak ja was lubię :)
Zawsze, gdy jadę pociągiem (takim z przedziałami), wyobrażam sobie, że nadchodzi wielka apokalipsa i jedynymi ludźmi na świecie zostają ci, którzy siedzą ze mną w przedziale i mają oni za zadanie ponownie zaludnić Ziemię. Paruję ludzi i wyobrażam sobie, kto z kim by był i z kim by się rozmnażał.
Nigdy w tym nie uwzględniam siebie, z góry zakładam, że nawet jak na apokalipsę jestem zbyt mało atrakcyjna, aby ktoś mógł mnie tknąć.
W wieku czterech lat dzieci już dużo rozumieją, a ich rezolutność jest dla rodziców powodem do dumy, ale niekiedy też i przyczyną niezręcznych sytuacji.
Kiedy mój mały braciszek był w tym wieku, po długiej chorobie, w kalendarz kopnęła nasza ukochana ciocia. Na pogrzeb zjechała się cała rodzina. Spotkaliśmy się później wszyscy na stypie. Wujek trzymał się dzielnie i wszyscy staraliśmy się zadbać o to, aby atmosfera nie była zbyt dołująca. Tymczasem moja mama, której czasem brakuje taktu, wykorzystała ten smutny moment do dania wychowawczej lekcji młodemu. Delikatnie popchnęła go w stronę wujka, który akurat jadł szarlotkę i teatralnym głosem szepnęła:
„Chodź, Krzysiu. Powiedz wujkowi, że mu współczujesz i że ci przykro. Tak wypada...”.
Dzieciak spojrzał oburzony na rodzicielkę, następnie na wujka, po czym znowu na matkę, a następnie głośno i stanowczo rzekł: „Ale czemu? Przecież to nie ja ciocię zabiłem!”.
Wujek zadławił się szarlotką i prawie zaliczył zgon na pogrzebie. Mimo wszystko żałobnicy uznali to za przykład wyśmienitego czarnego humoru i zamienili tę niezręczność w szczery rechot. Na szczęście...
Dodaj anonimowe wyznanie