#0VO8N
Byłam pośmiewiskiem wśród szkolnych dziewcząt, ponieważ chodziłam do szkoły bez skarpetek. Zdarzały się sytuacje, że jedynym moim ubiorem w zimę były letnie sukienki, oczywiście bez rajstop – bo brudne. Rodzicielka, zamiast prać ubrania, raz na miesiąc kupowała nowe. Kolejnym pomysłem, tym razem poniekąd dobrym, było pranie dość lekkich ubrań rano i suszenie ich suszarką. Spodnie prałam wieczorem i kładłam się w nich spać – rano były suche.
Z perspektywy czasu jest mi cholernie głupio na samą myśl, jak wtedy musiałam wyglądać dla innych uczniów. Zastanawia mnie też jedna kwestia – uczniom w oczy rzucałam się z daleka, a nauczyciele? Dla nich było wszystko w porządku.
Anonimowe z tego względu, że nikt nie znał sytuacji, jaka panuje w moim domu, raczej wszystko zostało odebrane jako moja „własna moda”.
Ale jaki był powód? Bo zrozumiałym, że rodzice byli leniwi, ale dlaczego matka wyrzuciła nawet te ubrania, które sama uprałaś? I w czym ona chodziła?
Nie wiem czy wyrzuciła, czy po prostu wyprane ubrania wyjęte z pralki były mokre, bo autorka nie przewidziała, że trzeba je powiesić.
ArabellaStrange
Ja to zrozumiałam tak, że to matka te ubrania zdjęła. Skoro "znalazły się ponownie w koszu", to znaczy, że były wcześniej rozwieszone. Może matkę wkurzał widok suszącego się prania. Np. miała wbite w łeb, że takie wiszące pranie to tylko u biedoty. A ją stać na nowe, więc żadne skarpetki nie będą jej dyndać przed nosem.
To by tłumaczyło cały ten cyrk z kupowaniem nowych ubrań co miesiąc.