#zBTbi
Śmiech losu sprawił, iż dwa dotychczasowe moje podejścia na znanej, królewskiej uczelni w byłej stolicy nie poszły tak, jak chciałem. Za pierwszym razem wiadomo, wyzwolony spod opieki rodziców, nowe miasto, nowy start i nowa górka, żeby się stoczyć. Kij z tym, zapierdzielanie za grosze za granicą nauczyło mnie, że jak sam się nie ogarnę, to nikt mnie nie ogarnie. Kolejne podejście dwa lata później zawalone tym razem moim własnym wygodnictwem – robiłem ponad etat w znajomym sklepie z zielonym płazem, coby się całkowicie samodzielnie utrzymać na studiach, i troszkę mi brakło czasu na naukę.
A teraz, po niemal całym dotychczasowym życiu spędzonym na celowaniu w informatykę, programowanie i plucie sobie w twarz, bo kim tak w ogóle jestem bez papierka, wykształcenia, złożyło się tak, iż coś, co zacząłem całkowicie hobbystycznie, pozwoliło mi zarabiać.
Z pełnego ścisłowca stałem się autorem dwóch (teraz to nawet i trzech) nowelek. Z jednej strony pieniędzy wielkich w tym nie ma, ale z drugiej po niemal roku zapierniczania jak głupi i siedzenia długich godzin (jak się nie wybijesz jakością, to możesz ilością), jestem finalnie w sytuacji, w której mogę teoretycznie się utrzymać, a może nawet parę groszy odłożyć, pracując 3-4 godziny dziennie.
I tutaj zaczyna się problem.
Pisanie kocham. Zabiłbym za możliwość stabilnego utrzymywania się z pisania, jednak przy obecnym modelu biznesowym strony, na której piszę, zarobki są... zmienne. Mimo że chcę ponownie iść na studia (żeby mieć coś ala plan B), mimo że wszystko wygląda na to, że będzie mnie na to stać, boję się, że jeden-dwa gorsze miesiące i będę musiał rzucić pisanie w cholerę i iść do normalnej roboty.
I teraz mam dylemat. Iść na jakąś dupną informatykę w tanim mieście, coby mieć papierek i ogólny kierunek do rozwoju, czy celować w Kraków, miasto, które kocham i słaby, bo słaby, ale uniwerek.
Mimo tego, że obiektywnie patrząc, jestem jednym z niewielu, którym udało się zarabiać normalne pieniądze na pisaniu, gdy patrzę na innych, co zaczęli równo albo i długi czas po mnie, a w tym momencie zarabiają więcej niż kiedykolwiek, myślałem, że jest możliwe, nie jestem w stanie cieszyć się z tego, że spełniłem swoje marzenie i zarabiam na pisaniu, bo ciągle się boję, że i tak wsio się posypie.
Za maks. 10 lat AI będzie robiło wszystko to co robią informatycy. Ja bym się zastanowił nad przyszłością kierunku.
To jest stare wyznanie. Na razie się nie tyle programistów zastępuje AI, co hindusami, ale na jedno wychodzi i AI za parę lat pewnie faktycznie też to przejmie. Chociaż... Nie zdziwilabym się, gdyby jednak zostali przy hindusach, bo 50 hindusów jest i tak tańszych niż AI...
AI potrzebuje informatyka, który tworzy skrypty, polecenia i nadzoruje. AI wykonuje polecenia, samo z siebie nic nie zrobi.
JESZCZE nie zrobi.
Jak chcesz iść w programowanie to studia mało Ci dadzą. Lepiej uczciwie usiąść i pisać. W sumie jak z pisaniem. Dużo Dupogodziny są najważniejsze. Studia moim zdaniem są wartościowe, ale same w sobie nie polepszą Twojej sytuacji. Natomiast z tego co piszesz nie widzę by programowanie było dla Ciebie jakąś większą pasją. Plus rynek jest obecnie ciężki dla juniorów. Więc nie jest to dobra alternatywa dla pisania. Szczerze, lepsza byłaby jakaś szkoła policealna. Natomiast pamiętaj, że startując jako junior wszędzie będzie Ci ciężko. Najprościej byłoby Ci zahaczyć się w korpo na niskim tierze, np. Fujitsu ma helpline techniczny na słuchawce, mailu, czacie dla klientów biznesowych. Praca lepsza niż klasyczna infolinia, a po roku-2 masz szansę przeskoczyć na backoffice, bo zdobywasz dużą wiedzę o produktach. Masz dostęp do rekrutacji wewnętrznych, widzisz jakie są wymagania i jakie kwalifikacje są przydatne, czego się warto uczyć i jakie umiejętności rozwijać. Na pewno jest to lepsze niż praca w żabce czy studia robione na siłę. Podobną ścieżkę można znaleźć w innych korpo, np. Accenture czy banki.