#ylmzB
Syn chodził do podstawówki uznawanej za jedną z lepszych szkół w mieście - dzieciaki wygrywały konkursy, olimpiady, zawody sportowe itp. Modne wśród lekarzy czy prawników, ogólnie elity miasteczka, stało się umieszczenie swego dziecka właśnie w tej szkole. Doprowadziło to do chorego wyścigu między dzieciakami, do przesadnej rywalizacji. Już w najmłodszych klasach nieważne było koleżeństwo, ważne było by dostać piątkę i być najlepszym. O ile poziom wiedzy dzieci był możliwy do zbadania i niepodważalny, to na plastyce i zajęciach technicznych działy się cuda... Jeśli dzieci miały zrobić makietę domu, to niektóre makiety wyglądały jakby wyszły spod ręki architekta, a obrazy i portrety śmiało można by wieszać na ścianach muzeów. Piątki się sypały na prawo i lewo, prawie wszystkie dzieciaki miały same bardzo dobre oceny. Prawie, bo mój syn malował swoje prace samodzielnie, a że talent, a raczej jego brak, odziedziczył po mnie, to wysokich ocen nie dostawał, wręcz przeciwnie.
Tak się złożyło, że syn trochę chorował i całkiem zapomniał o namalowaniu obowiązkowej pracy na jakiś konkurs. Przypomniało mu się, gdy już zasypiał w łóżku, wpadł z płaczem do mojego pokoju i wykrztusił, że pracę trzeba zrobić, bo inaczej będzie jedynka. Co było robić, postanowiłam ten jeden jedyny raz syna ratować i sama złapałam za pędzel. Siedziałam ze dwie godziny, skończyłam w nocy, ale dzieło wyglądało całkiem nieźle, więc ze spokojnym sumieniem poszłam spać. Rano syn wziął malunek i poszedł do szkoły, pani na plastyce prace zebrała, jedynki młody uniknął, sprawa zakończona. Prawie...
Okazało się, że rodzice jak zwykle się wykazali i dzieciaki poprzynosiły arcydzieła malarskie, ale miarka się przebrała. Szkolna komisja konkursowa stwierdziła, że na pierwszy rzut oka widać, że prace są niesamodzielne, że nie zostały wykonane przez uczniów, tylko przez rodziców, a że celem nauki ma być zdobycie odpowiednich umiejętności przez uczniów, to wszystkie te piękne prace zostały odrzucone. Wszystkie prócz jednej - pracy mego syna. Komisja stwierdziła, że mimo ewidentnego braku talentu autora widać, że praca jest samodzielna, dlatego jako jedyny będzie reprezentował szkołę w konkursie...
Ani syn, ani ja nigdy nie wyjawiliśmy prawdy - mnie było wstyd, a syn chciał utrzeć nosa kolegom, więc trzymał język za zębami, choć do dziś, już jako młody dorosły człowiek, ze śmiechem wypomina moje umiejętności plastyczne.
To fajne wspomnienie, przypomnialo mi moje. Tylko troche "odwrotnie"było. Corka wtedy była w tych poczatkowych klasach, talent miała plastyczny, na kółka plastyczne chodziła, no ale jednak ręka kilkulatka robi swoje. Zachorowała wtedy na ospę, 3 tyg wyjete z zyciorysu, i tak jak lekcje przedmiotowe nadrabialysmy, tak plastyka poszla w odstawkę, "aaa to sie na koniec zrobi". Weekend, przypomnialam sobie, cholera 3 obrazki trzeba zrobic. Nigdy nie robiłam za dziecko, ewentualnie pomysł wykonania podpowiedzialam, czy pomoglam bo sobie z czyms poradzic nie umiala. I co robie ja, dobra raz w zyciu zrobie za nia, a niech tam. Uzdolniona manualnie zawsze byłam, wiec mowie, trzeba by tak zmienic technikę i po dzieciecemu kulfony narysować. Znałam "styl malarski" dziecka no to wzielam sie za kopiowanie. Przychodzi dzieciak ze szkoły i mowi "Dostałas mama dwie 6 i jedna 4, bo pani powiedziala, ze sie nie postaralam i za linie wyszlam kredkami. Wiesz co mama, musisz poćwiczyć". Przegiełam w tym kopiowaniu 😋
Ha, to i ja mam podobną sprawkę na sumieniu. Syn miał jakąś tam prezentację o drewnie, dokładnie już nie pamiętam, klasy już wyższe i potrzebny był do tego plakat. Syn nie zrobił na czas, dzień przed nie było go w domu, opisał co i jak, więc ja za niego jakoś to zrobiłam. Prezentacja jakoś przeszła i tym więcej zaskoczeniem dla mnie była wywiadówka, gdzie pani profesor chwytając się za głowę spytała mnie "Czy pani widziała ten jego plakat? Tak się robi w pierwszej klasie podstawówki, straszne"... musiałam chcąc nie chcąc pani przytakiwać, w duchu śmiech i rozpacz jednocześnie :D, dzisiaj też się z tego śmiejemy.
Jakie przyjemne i do tego anonimowe, przynajmniej jak dla mnie. Super.
Dla mnie bynajmniej też ;)
Oj tam, raz się zdarzyło i tyle.
Plastyka to dla mnie był zawsze taki zapychacz, który miał podwyższać średnią na koniec roku. Dobrze, że mieliśmy fajną nauczycielkę, która rozumiała, że nie każdy ma talent do jej przedmiotu.
Plastyka to akurat bardzo fajny i przydatny przedmiot, ale generalnie rzecz biorąc rysunki nie powinny być oceniane według tego, czy są "ładne", czy nie (czyt. talent). Oceniany powinien być wysiłek, zastosowanie właściwych metod, trzymanie się tematu, itd. Ewentualnie dzieci, które faktycznie ładnie malują , mogłyby dostawać + lub dla nich byłyby szóstki - u nas sporo rysunków zaczynaliśmy w szkole, więc nauczyciel był w stanie rozeznać się, kto ma jakieś predyspozycje. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek, kiedykolwiek zszedł poniżej 4, jeżeli przyniósł pracę i było widać, że się starał. Nawet, jeśli była brzydka. :D
W szkole jedynym przedmiotem z którego zdarzyło mi się być zagrożonym to była właśnie plastyka. Totalny brak talentu do rysowania, czy malowania i nauczycielka która była przewrażliwiona na punkcie przedmiotu którego nauczała. Za to reprezentowałem szkolę w zawodach szachowych i na olimpiadzie z fizyki, więc Ja się czułem ok, bo to tylko plastyka. Jakoś zdałem i nawet na dostateczny z tej nieszczęsnej plastyki wyszedłem...
Teraz się zastanawiam czy miałam jakąś inną nauczycielkę plastyki ( w gimnazjum) niż większość. Na tej lekcji omawialiśmy style w sztuce, uczyliśmy się o artystach a jak rysowaliśmy/malowaliśmy to raczej liczyło się zdobienie 'dzieła' w danym, omawianym aktualnie stylu, np. do tej pory mam rysunek pastelami z pointylizmu. Chociaż ocen jakie miałam nie pamiętam, ale raczej dobre.
O, i mnie się coś przypomniało.
Zasadniczo, od kiedy tylko nauczyłam się składać litery, miałam wyjątkowo lekkie pióro i nawet jeżeli kompletnie nie wiedziałam o czym piszę, to dobrą ocenę dostawałam zawsze. Ale (raz jeden, jedyny), zdarzyła się w liceum sytuacja, gdy temat dotyczył lektury jakiejś tak dennej (której oczywiście moje oczy nie widziały), że stwierdziłam - ni hu hu, koniec, kaplica, nie mogę, nie piszę. Wyjątkowo więc poprosiłam o to ojca - zdziwiony był niezmiernie, aż spojrzał, czy gorączki nie mam, ale napisał. No i cóż... pośmialiśmy się oboje, gdy za to wypracowanie, on - członek Związku Literatów Polskich (później Stowarzyszenia Pisarzy Polskich) - otrzymał od licealnego magisterka w pierwszej po studiach pracy, ocenę dostateczny plus :D
Jakoś nie wyobrażam sobie pójść do taty i zapytać czy zrobi za mnie pracę domową. No po prostu nie. To tak jakby on przyszedł do domu i zapytał czy zrobię mu prezentację do pracy, bo nie chciało mu się słuchać na szkoleniu, a ja chyba w szkole miałam taki temat omawiany.
Nie bardzo rozumiem dlaczego. To jakaś różnica czy poprosiłam ojca, czy poprosiłabym np. koleżankę? Tzn. właściwie to nie tyle poprosiłam, co zapytałam, czy by mi tego na szybko nie klepnął, bo jakoś wyjątkowo nie miałam mocy. No więc klepnął. Gdzie problem?
A nawet jeszcze mi się przypomniało, że kiedy nie chciało mi się czytać nudnych powiastek pa russki na studiach (czasy przed internetowe), to dawałam książki babci, żeby mi streszczenia pisała (była emerytowaną nauczycielką tego języka).
Generalnie jeżeli umiałam już coś robić na wystarczająco dobrym poziomie, to nie lubiłam tracić czasu na powtarzanie tego po raz n-ty, bo nie było to ani ciekawe, ani potrzebne, czyli nie miało większego sensu.
Chyba, że za kasę albo przysługę - w obu językach pisałam prace kolegom już od podstawówki, a czytałam zawsze multum, zazwyczaj bardziej wartościowych rzeczy.
Heh... pamiętam ja pod koniec dłuższej choroby w szkole podstawowej, nadszedł ten czas by uzupełnić braki w zeszytach. Było tego tyle że mama chcąc mi pomóc wzięła się za przepisywanie zeszytu nutowego. Oczywiście jakiś czas później nauczycielka z muzyki sprawdzała te "zeszyciki" i tak przeglądają stwierdziła... aleś tu nagle zaczął kulfony stawiać, nie wiadomo czy kropka to jest na linii czy obok linii....
Do dzisiaj lubię z uśmiechem na twarzy o tej sytuacji mojej mamie przypominać...
Gdyby nie rodzice i ciotka to nigdy bym nie zdał z plastyki.
Jak ja Cię doskonale rozumiem. Plastyczkę miałem tak denną, że głowa mała. Wszystkie prace robiła za mnie mama, bo ja kompletnie nie umiem prosto kreski narysować. Ni hu hu. A kobieta wymagała od nas np. przerysowania obrazka z podręcznika - z wielkości kilku cm na format A3. Z wszystkimi detalami architektonicznymi. Do dziś pamiętam przeklętą Kolumnę Trajana, którą w taki sam sposób rysowaliśmy, z wszystkimi szczegółami plus to, że po złożeniu ona miała być w 3d - jak prawdziwa kolumna. Parszywe lekcje.
Zdarza się że rodzice pomagają dziecku w lekcjach a nawet odrabiają je za nie. I nie ma się czego czepiać bo jeśli rodzice interesują się postępami dziecka to już jest dobrze. Wielu jest takich co się nie przejmują w ogóle.
Pomaganie - tak. Odrabianie lekcji za dziecko - absolutnie nie, chyba że zadań domowych jest absurdalnie dużo. Ale to wtedy warto poruszyć problem w szkole. Odrabianie lekcji za dziecko nie ma żadnych korzyści poza ocenami, dzieciak jak nie umiał, tak dalej nie umie.
Ohala ma rację. Należy pomagać, ale nie odrabiać za dziecko. Te zadania są po to, by dziecko sobie utrwaliło materiał. Jasne, wielu rzeczy się później nie pamięta, ale jeśli się czegoś kiedyś nauczyło, to później wystarczy odświeżyć pamięć. Jeśli się czegoś nie umiało nigdy, to później jest problem. Nigdy nie wiesz, kiedy ci się przyda ta elementarna wiedza.
Kolokwium, tępy idioto, a w czym problem, by rodzice interweniowali za każdym razem, gdy nauczyciele zaczną zadawać za dużo prac domowych? Szkoła jest dla dziecka, by ono wyniosło z niej jak najwięcej, a nie dla rodziców, by mogli się pochwalić czerwonym paskiem na świadectwie dziecka. Wiem, jesteś tępy, nie zrozumiesz. Zaliczyłeś licencjat, bo mamusia napisała za ciebie pracę. Ach ta twoja kariera naukowa. Jak tam? Usmażyłeś już kotlety do big maca?
@Solo
Ogólnie to w podstawówce i gimnazjum po prostu nie potrzebowałam niczyjej pomocy w odrabianiu lekcji. W liceum czasami się zdarzyło, ale pomoc=/=robienie za mnie.
Natomiast spłodziłeś długi komentarz o tym, co sama napisałam - wyjątkiem jest absurdalna ilość zadań domowych. Wyluzuj.
Fajnie, że dzielisz się z nami opowieściami z przeszłości. Nie zazdroszczę, że musiałeś się męczyć z alkoholiczką, ale teraz rozumiem dlaczego próbujesz udawać, że jesteś kimś innym - masz traume z dzieciństwa. Matka jednak kojarzy się z jakimś bezpieczeństwem, ciepłem rodzinnym, a ty po prostu musiałeś się uzerac z alkoholiczką. Nie zazdroszczę ci przeżyć, ale dobrze, że o tym mówisz. Jesteś DDA. To wiele tłumaczy.
No widzisz, ty stosowales zasadę trzech Z - zakuj, zdaj, zapomnij, a ja uczyłam się tak, by zrozumieć temat i dzięki temu pamiętać to dłużej. Dzięki temu ja mogę pochwalić się sensownym wykształceniem, a ty jakąś socjologią na wyższej szkole hałasu lub innym syfie. Ciekawa ta twoja kariera naukowa.
No tak, jesteś upośledzony, nikt by ci nie pozwolił pracować przy kuchence. To wiele tłumaczy. Choć całkiem możliwe, że ty nigdy nigdzie nie pracowałes, jak na prawdziwego pasożyta przystało.
Gdybyś się uczył, zamiast tępo zakuwać, z łatwością mógłbyś odświeżyć wiedzę. Wystarczyłoby żebyś rzucił okiem na tekst w podręczniku. Zresztą ciekawe jak chciałbyś zakuć matematykę? Ją trzeba zrozumieć, by móc rozwiązać zadania.
W idealnym świecie wystarczyłoby jedno zwrócenie uwagi na ilość zadań domowych. W polskich realiach nie ma tak fajnie, więc należy to ponawiać do skutku. Odrabianie lekcji za dziecko to pójście na łatwiznę. Te zadania są dla dziecka, a nie jego rodzica. Może kiedyś zrozumiesz, ale to musiałbyś skończyć szkołę, bo pewnie na razie się cieszysz, że rodzice odrabiają lekcje za ciebie, a ty możesz w tym czasie pograć w coś na komputerze/konsoli. Przykre.
Niezbyt uczciwe.
Tak, na serio. Wystarczyło porozmawiać z nauczycielem i wynegocjować dodatkowy termin na oddanie pracy. A jeśli nie dałoby się tego załatwić w ten sposób, to po prostu chłopak powinien wziąć na klatę konsekwencje. Dzień przed powrotem do szkoły już nie był obłożnie chory.
PiratTomi, jeśli długo chorował i dajmy na to zaczął odrabiać z 2 dni przed powrotem (bo wcześniej nie miał siły, bo był chory i pewnie nie miał zeszytów na bieżąco) to mógł się nie wyrobić. Sama kiedyś przerobiłam taką sytuację, bo mama załatwiła mi zeszyty dzień przed powrotem do szkoły po chorobie (zanim ktoś z anonimowych, kto był samodzielny w wieku siedmiu lat skomentuje, to chciałam zaznaczyć, że dla dziecka, które mieszka na wsi nie jest możliwe załatwienie tego samemu, zwłaszcza, jak jest chore) gdzie nie było mnie dobrze tydzień i nie zdążyłam zrobić 1 zadania i też miałam przez to problemy w szkole. Czy to sprawiedliwe, że poniosłam konsekwencje? Nie wiem, nie wydaje mi się. Co mogło na to siedmioletnie dziecko?
Poza tym, to jakaś chora szkoła. Obowiązkowa praca na konkurs? I jedynka za jej brak? Od kiedy konkursy są obligatoryjne?
Plastyka ma wpływ na poczucie estetyki, rysując/malując dziecko ćwiczy motorykę małą. Generalnie plastyka jest potrzebna, w przeciwieństwie do religii, której w szkole nie powinno być.
Poza tym syn autorki zawsze robił prace sam (w przeciwieństwie do innych dzieci). Jeden jedyny raz mama zrobiła to za niego
@Angouleme praca na konkurs jak najbardziej może być obowiązkowa, jeśli uczniowie robią ją w ramach zajęć/pracy domowej, a nie dodatkowej pracy.
@PinkRoom, może tak jest, nie wiem, ale dla mnie to co najmniej bardzo dziwne. W konkursach udział biorą przecież zwykle osoby, które mają do tego predyspozycje... Dziwne jest, żeby trzeba było w nich brać udział obowiązkowo. Jak ktoś nie umie rysować to jednak chyba bez sensu brać udział w konkursie plastycznym, tak samo jak ktoś nie umie śpiewać, zwykle nie bierze udziału w konkursach wokalnych...
Nie wszystkie muszą iść na konkurs. U mnie w szkole często pracę na temat konkursowy robili wszyscy w ramach lekcji, a później nauczyciel pytał kto chciałby żeby była wysłana na konkurs, a kto woli żeby poszła na szkolną wystawę/zabrać do domu. W ten sposób często znajdowała osoby które myślały, że nie mają zdolności, ale było inaczej i nakłaniała żeby zdecydowały się wysłać ją na konkurs.
Smutne, że dałaś się w końcu wkręcić w te karuzelę spier&olenia.
Poza tym tak jest we wszystkich szkołach. Ja nie chodziłam do wyjątkowych, a działo się to samo. Raz odrzucili moja osobista pracę z tego powodu, well.
Ale cieszę się, że szkoła zareagowała. U mnie nie. A u was tak. Przecież jest tak jak powiedzieli - liczy się rozwój dziecka. Dobrze, że dostaliście taki bodziec by wrócić na zdrowe tory.