#yVtyY

Jestem wykładowcą akademickim. Pod koniec czerwca dostałem ofertę wykładania od października na uniwersytecie w mieście oddalonym od mojego o ponad 200 km. Zarówno pozycja, jak i stawka były atrakcyjne, więc się zgodziłem.

Kiedy przyjechałem na miejsce, okazało się, że zakwaterowali mnie spory kawałek drogi od uczelni, prawie na drugim końcu miasta, dojeżdżałem więc do pracy samochodem.

Pech chciał, że już w trzecim tygodniu pracy auto nawaliło, została mi więc komunikacja miejska. W niedzielę wieczorem dokładnie przeanalizowałem trasy i następnego dnia, uzbrojony w dokładną rozpiskę, ruszyłem do pracy. Pech chciał, że po drodze coś było remontowane, w związku z czym autobus miał objazd (czego oczywiście nie doczytałem). Wysiadłem w całkiem innym miejscu, niż powinienem, nieco zagubiony, już miałem dzwonić po taksówkę, kiedy na przystanku mignęła mi znajoma twarz. Była to jedna ze studentek, które mgliście kojarzyłem już z zajęć. Przekonany, że czeka na autobus na uczelnię, postanowiłem, że wsiądę z nią i tak trafię do pracy.

Autobus podjechał, wsiedliśmy, jedziemy. Rozglądałem się, starając się zapamiętać trasę, ale nic za oknem nie wyglądało znajomo. Po kilkunastu przystankach dziewczyna zaczęła się zbierać do wyjścia, więc ruszyłem za nią. Byłem mocno zdezorientowany, bo naprawdę nie kojarzyłem okolicy. No nic, myślę, może zna inną drogę na uczelnię, i idę za nią.
Tak sobie radośnie szliśmy jedno za drugim około dziesięciu minut, kiedy dziewczyna... weszła do przychodni.

Okazało się, że przez ponad pół godziny śledziłem studentkę, która szła do lekarza.
Koniec końców zadzwoniłem po taksówkę i dotarłem na zajęcia spóźniony. Dziewczyna chyba do tej pory nie zorientowała się, że śledził ją wykładowca.
Dodaj anonimowe wyznanie