#yIb7k
Powód jest jeden: KASA.
"A kto ci będzie płacił za akademik?".
"Co będziesz jadła?".
Słyszę to co drugi dzień. Nie jest ważne to, że chcę studiować inny kierunek, po prostu na miejscu jest taniej i łatwiej - kropka.
Jestem nawet gotowa tam jakoś dorabiać, ale każda próba rozmowy kończy się ironiczną ścinką.
Dla jasności - z pieniędzmi jest u nas w porządku: telewizorki, laptopy, kanapy, świąteczne projektory - mogę w nieskończoność... Chodzi o mentalność tych skner.
Ba!! Dziś powiedzieli, że wychowywali mnie tyle lat i jestem zobowiązana pomagać im na starość, czyli studiować tutaj, pracować tutaj, żeby w razie czego pomóc...
Rozumiem, że trzeba pomagać rodzicom, ale nie pozwolę traktować się jako "zabezpieczenie na przyszłość" i ograniczać swoje życie, bo mnie wychowali i bo tak trzeba.
Chyba że to ja mam coś z głową...
Proponuję ten jeden raz w życiu wybrać coś dla siebie, nie dla nich. Chcesz coś studiować w innym mieście, jesteś gotowa dorabiać - jedź. Oni będą gadać, bo zawsze gadają.
Poza tym często można załapać się na jakieś stypendium.
Nienawidzę słów "ja dobrze wychowuję dzieci, to bedą się mną na starość opiekować". Serio? Ja mam 3. Jedno juz dorosle, i nawet przez mysl mi nie przeszło by hamować ich na starcie. Nie po to ich na ten swiat sprowadzilam by ich z gory obarczac odpowiedzialnoscia za moje, byc moze szurniete, zycie. I doskonale wiem o czym mowie bo pracuje juz dlugo z osobami starymi i, nie boje sie tego slowa uzyc, sfiksowanymi przez choroby wieku starczego. To ogromne obciazenie dla rodziny. Jesli jednak ktos z milosci i ogromnej odpowiedsialnosci podejmuje sie opieki nad schorowanym rodzicem to nalezy mu sie ogromny szacunek bo to bardzo, bardzo ciezka praca, a opiekunowie osob chorych (nie tylko starych) sami są narazeni na choroby zarówno psychiczne i fizyczne. A tego ja dla moich dzieci nie chce. Ktos moze uzyc argumentu, ze zajmowal sie dziecmi jak byly male, wylozyl duzo pieniedzy i czasu, ale halloo... te dsieci sie same na swiat nie prosily, wiec fakt sprowadzenia dzieci na ten swiat wiaze sie tez z odpowiedzialnoscia za ich zycie.
I słówko do autorki. Jesli to jest jedyny argument rodzicow, to sa oni zwyklymi egoistami.
Podpisuję się pod tym rękami i nogami. Mam takie same poglądy
Oburzające jest stwierdzenie rodziców, że córka jest zobowiązana zostać i się nimi zajmować. Tylko autorka jest hipokrytką. Wymaganie opieki od dzieci jest be. A to, że dorosła kobieta chce aby rodzice sponsorowali jej zabawę w dorosłe życie już nie? Rodzice powinni jak najwięcej zrobić, żeby wspomóc dzieci. Ale nawet prawo zobowiązuje też dzieci do pomocy rodzicom w razie potrzeby. Sama jesteś matką, to chyba wiesz najlepiej, że rodzic to nie koń pociągowy. Nie ma w obowiązku zapieprzać na każdą zachciankę dziecka. Nawet jak rodzice sknerzą swoich pieniędzy to mają do tego pewne prawo - w końcu nie zamierzają zostawić jej na lodzie, nie mają nic przeciwko utrzymywaniu jej na studiach. A skoro twierdzą, że ich nie stać na jej wyjazd do innego miasta to raczej wiedzą co mówią i obstawiałabym, że to autorka nie zna się na finansach i nie wie jak wygląda życie.
@gorzkakawa, wiem doskonale jak to jest, bo wychowuję moje dzieci samotnie. Nie doczytałaś mnie jednak dokładnie, bo ja ani słowem o peniądzach nie wspomniałam, tylko podkreśliłam fakt, że jeśli jedynym argumentem rodziców, by została na miejscu, jest fakt, iż ma się nimi na starość opiekować jest do d...
A możliwości finansowe to zupełnie inna para kaloszy.
Też mam syna w maturalnej klasie, tylko, że on zostałw Polsce a ja z dwójką młodszych wyjechałam za granicę. Nie ma tu kokosów, jakby się wydawać mogło i też nie stać mnie na utrzymanie syna na studiach. Póki technikum i znalezione cudem tanie mieszkanie to wszystko w porządku.
Długo i duzo z synem rozmawiałam na temat studiów i tego co dalej i moją SUGESTIA było, by po maturze przyjechał do nas. Bo lepsze mozliwosci i tyle. Po jakims czasie dotarlo do niego, ze tu jest w stanie sie bardziej rozwinac czy po prostu nie martwic sie o przyszlosc (konczy technikum gastronomiczne i w sumie jakies konkretne studnia go nawet nie interesują, wiec bez sensu by "siedzial w Polsce" i robil coś na sile).
Po co tym jednak piszę? Po to aby podkreslic, ze warto rozmawiac i sugerowac a nie nakazywac. Gdyby syn wybral jednak studia w Polsce, prosze bardzo, zna moje mozliwosci a raczej ograniczenia finansowe. No ale zebym ja jemu tunakazala przyjechac bo mi bedzie tyłek na starosc wycieral? W zyciu.
Trochę ta Twoja wypowiedź nieskładna, bo:
-nie zarabiasz kokosów
-ale stać Cię na utrzymanie dziecka w Polsce w technikum
-ale nie stać Cię na utrzymanie go w Polsce na studiach
-ale namawiasz go, żeby do Ciebie przyjechał, bo tam jest super.
No i generalnie nie chcesz, żeby przyjeżdżał do Ciebie i robił co Ty chcesz, ale namawiasz go, żeby jednak to zrobił.
Ale już nie czepiam się tego, tylko wrócę do wcześniejszego tematu. I powiem tak: jeśli dorosłe dziecko jest zależne finansowo od rodziców to jakikolwiek argument by nie padł rodzice mają do niego prawo. Jeśli ona inaczej widzi swoje życie to powinna sobie sama poradzić. To jest wybór dziecka. Ja też idąc na studia zdecydowałam się na ten czas pozostać zależną od rodziców. I wiedziałam już wtedy, że w wielu kwestiach mam inne poglądy i że dużo rzeczy mi w domu nie pasuje. Ale wiedziałam też, że będę miała czysty, ciepły dom, posprzątane, ugotowane i podstawione pod nos. Wolałam to niż pracę na swoje utrzymanie. To był mój wybór a autorka musi podjąć swój.
@gorzkakawa najgorzej jak ktos szuka dziury w calym :) ale niech Ci bedzie, ze przy porannej kawie objasnie.
-nie zarabiasz kokosów (nie, nie zarabiam, zarabiam ponizej sredniej krajowej)
-ale stać Cię na utrzymanie dziecka w Polsce w technikum (technikum jest w naszym malym miescie, wiec realia mieszkaniowe sa tansze)
-ale nie stać Cię na utrzymanie go w Polsce na studiach (nie stac, bo ewentualne studia na jakie chcialby isc są we Wroclawiu czy Poznaniu, gdzie takiego mieszkania i za takie pieniadze NIE znajde)
-ale namawiasz go, żeby do Ciebie przyjechał, bo tam jest super.(duzo lepiej, ostatni przyklad, spodnie jakie kupilam sredniemu synowi, tutaj stanowia 1/15 mojej pensji, w Polsce bylaby to 1/4 przy takiej samej pracy.)
Tu jest bez porownania lepiej, mozna zyc bez strachu o jutro nie majac wlasnie kokosow...
To oni mają coś z głową. Dziecko nie pojawia się w rodzinie po to, aby fundować wygodne życie rodzicom na przyszłość. A tak Cię traktując, jeszcze bardziej odbierają sobie prawo do udzielonej przez Ciebie pomocy.
To Twoje życie? Sama soibie wybierasz studia. Jak nie masz kasy to zrób roczną przerwe i sobie uzbieraj pieniadze na start :)
Jeśli pójdziesz na tą łatwiejszą uczelnię, to pewnie będą potem narzekać, że masz słabą pracę i było się lepiej uczyć tak że ten.
Telewizorki, laptopy i kanapy to rzeczy kupowane raz na jakiś czas, jednorazowe przyjemności, na które Twoi rodzice pracują. Utrzymanie na studiach: akademik, jedzenie, bilety do domu to w moim mieście jest lekko 2 tysiące miesięcznie. Czasem w mniejszych miastach mniej, ale to jednak stały, sporty wydatek. I rodzice nie muszą na niego mieć. A nawet jak mają to nie muszą chcieć Ci ich dawać. Pojawiają się komentarze o alimentach. Jasne, można próbować. Ale po pierwsze to już raczej na zawsze zniszczy relacje w rodzinie. Po drugie sąd wcale nie musi uznać ich zasadności przez to, że rodzice nie odmawiają jej prawa do nauki i utrzymywania jej i taką chęć studiowania w dużym mieście może uznać za widzimisię autorki. A po trzecie (i najbardziej prawdopodobne) ewentualne alimenty nie będą tak duże żeby pokryć życie w obcym mieście. Sąd raczej nie zmusi rodziców do całkowitego utrzymywania dorosłej osoby w innym mieście.
To jest czasem przykre jak rodzice blokują nam marzenia, ale tak długo jak jest się od kogoś zależnym finansowo trzeba liczyć się z jego poglądami. Oni pracują na swoje pieniądze i mają prawo dysponować nimi jak chcą.
"Jestem nawet gotowa tam jakoś dorabiać". Jedź na studia gdzie chcesz, znajdź jakąś prace i zobaczysz, że pieniądze na drzewach nie rosną. Można mieć samochód, laptopy itp to nie znaczy, że mogą sobie pozwolić na studia w drogim mieści. Nie popieram trzymania na siłę w domu przez twoich rodziców, ale widać, że Ty życia też nie znasz.
Chryste, już bez przesady. U mnie na studiach w dużym mieście byli ludzie z naprawdę ubogich rodzin i dalekich wsi.
I? Rodzice ich utrzymywali? Chodzi mi o lekceważący ton autorki, że jest gotowa i NAWET może pójdzie do jakieś pracy. Jak pójdzie to zobaczy, że utrzymanie w innym mieści na studiach nie jest takie tanie. I żeby było jasne, ja zachęcam autorkę do wyjazdu, bo widać po tym zdaniu, że nie wie jak trudno jest się utrzymać samemu.
A mi chodzi o twoje zdanie "Można mieć samochód, laptopy itp to nie znaczy, że mogą sobie pozwolić na studia w drogim mieści". Dlatego odpowiadam że znam ludzi, którzy nie mają dużo pieniędzy, a i tak płacili za swoje dzieci, bo zależało im na ich dobrym wykształceniu, a utrzymanie się bez pomocy na studiach dziennych czasami graniczy z cudem. Już pomijam, że dojrzali ludzie oszczędzają na przyszłość swojego dziecka...
@GotowanaKielbasa Rodzice nie mają żadnego obowiązku żeby inwestować w studia dziecka. To jest ich dobra wola. Ich obowiązkiem jest to, żeby dziecko miało gdzie spać i nie umrzeć z głodu. Zresztą, to jest przezabawne, że wszyscy tu piszą że Rodzice nie mają prawa oczekiwać od dziecka opieki na starość. Jakim więc prawem dziecko oczekuje w analogicznej sytuacji, że rodzice będą inwestować w zachcianki edukacyjne swoich dzieci? Osoba, która wybiera się na studia, nawet dzienne, powinna być przygotowana do tego, że będzie się musiała utrzymać sama, bo ukończya już osiemnaście lat. Nasze społeczeństwo przyzwyczaiło się do tego, że studentówmają utrzymywać rodzice, i potem kończymy z całymi rocznikami studenciaków, którzy przez bite pięć lat obijali się w wygodzie, a ich największym problemem było, gdzie przepić pieniądze, bo przecieżrodzice "mają obowiązek" przesłać następną transzę. Zero szacunku dla pracy własnych rodziców i potem skończymy z takimi zapatrzonymi w siebie egoistami z roszczeniowym podejściem do świata -.-
Wyjechałam studia 350 kilometrów od rodzinnego miasta, głównie w celu ucieczki przed ojcem alkoholikiem. Było ciężko, ale można się powolutku przyzwyczajać, w większych sklepach typu ikea możesz wybrać sobie godziny i dni dyspozycyjne. Tak samo w fastfoodach ;) Powodzenia i dąż do swojego!
Wyobraziłam ich sobie jako te sępy z Księgi Dżungli. Nie wiem czemu. Takie przygnębione, stare skąpiradła...
Jesteś osobą pelnoletnią, teoretycznie dorosłą, chcesz iść na studia to na nie zarób. Wkurza mnie taka roszczeniowa postawa, moi rodzice też nie mieli pieniędzy, więc poszłam na studia zaoczne, a na tygodniu pracowałam po 12 godzin. Było ciężko, ale dałam radę. Może Twoi rodzice naprawdę nie mają za co Cię utrzymać przez 5 lat.