#y8FAM
Dziś pod koniec dnia miałam już sporo stówek i zaczęło mi brakować drobnych żeby móc później wrzucić utarg do sejfu. W pewnym momencie przyszła pani. Do zapłaty 7,20zł, a ona kładzie 100zł i mówi, że musi mieć na myjnie. Ja mówię, że muszę mieć na koniec dnia jak i na początek następnego. Dowiedziałam się, że jest to mój zasrany obowiązek żeby mieć drobne i że co ze mnie za sprzedawczyni, która nie ma drobnych, a ona chce to kupić i ch*j ją obchodzi, że nie mam wydać. Mam to zrobić i już.
Powiedziałam, że to nie jest mój obowiązek żeby mieć jak wydać, a nawet obowiązkiem jest przygotowanie przez klienta odpowiedniej sumy pieniędzy na dany produkt. Odpowiedziała, że taki nieuk jak ja, który pracuje w sklepie za najniższą krajową i nie ma skończonych studiów gówno może jej zrobić, za to ona może załatwić mi natychmiastowe zwolnienie z pracy, bo ona jest osobą wpływową. Po darciu ryja poszła oburzona i mówiła żeby nikt do tego sklepu nie przychodził.
Zrobiło mi się bardzo przykro, bo chciałam tej babie nawsadzać, ale przecież klient nasz pan i nie mam do tego prawa.
Najbardziej zabolało mnie to, że nazwała mnie nieukiem. Owszem, nie skończyłam studiów, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że nie interesował mnie żaden kierunek. A żeby robić studia po to by mieć papierek to dla mnie strata czasu. Zrobiłam to, co uważałam za przydatne m.in. prawo jazdy, nauka języka obcego itp. a i tak dla kogoś obcego jestem śmieciem.
Niestety jeśli się pracuje w usługach i ma się kontakt z masą obcych ludzi to zawsze się trafi na jakiegoś sk..la, który uważa siebie za nie wiadomo co.
Ale zdajesz sobie sprawę, że ta baba nie prześwietliła ci magicznie twojego życiorysu i po prostu strzelała w ciemno, chcąc jak najbardziej zranić? No z durnego powodu, ale czasem nawet i przez taką pierdołę ludzie potrafią wybuchnąć :/
I jak ktoś napisał - takie ryzyko pracy w usługach. Czasem trafisz na fajnego klienta, czasem na buca. Ludzie po prostu często bardziej lub mniej podświadomie lubią mieć i czuć nad kimś władzę, a osoby pracujące w tym sektorze, ze studiami czy bez, są ich najłatwiejszym celem.
Gdybym się przejmowała tym co mówią klienci to siedziałabym w domu od 5lat, czekając na pozwy i prokuratorów, obgryzając paznokcie ze stresu.
Nie rozumiem ludzi, którzy jadą po autorce. Co ona niby powiedziała chamskiego, w którym momencie źle się zachowała? Coś mi się wydaje, że ci, którzy mają problem do autorki sami są takimi roszczeniowymi klientami jak ta typiara z wyznania. Już to kiedyś napisałam, ale powtórzę jeszcze raz - nigdy nie wiecie jakie w danym miejscu panują zasady i pewnego pięknego dnia jak znowu wylecicie z pyskiem do kasjera czy jakiejkolwiek innej obsługującej was osoby zastanówcie się 2 razy - bo możecie się mocno zdziwić i zostać odprawieni z kwitkiem ;)
Spoko....ja mam ukonczone studia i pracowałam w firmie która nazywam korpo-prl czyli stara ppolska firma kupiona przez korporacje w dziale obłozonym przez nierobów co zarabiają po 6000 zł i pochodza z tej PRLowskiej czesci firmy. Takie samo zachowanie jak tej baby. Dokładnie takie samo...chamskie tylko polegało na próbach zwalania na mnie ich roboty, bo przecież ja nowa jestem i do związków zawodowych nie należę.
U mnie raz babka chciała kupić dwie pocztówki, łączna kwota 3zł i rzuciła mi całe 200zł, bo ona musi rozmienić. Śmiech na sali. Inna dała mi stówę za magnes (7zł), nie miałam jak wydać, pytałam, czy ma drobnej, ale oczywiście nie. Zaczęłam się grzebać w drobniakach, takich totalnych, złotówka, pięćdziesiąt groszy, dwadzieścia, tu jakieś dwa złote, a ona się oburzyła, że takich nie chce i raptem znalazło jej się 20zł w portfelu.
Ogólnie to zawsze miałam drobne rano, dużo drobnych, zarówno w papierkach i w bilonie, ale... Co z tego, skoro każdy płacił stówą za drobiazg? Na ile czasu starczy mi drobnych, skoro każdy klient podsuwa mi stówę? I to za tak małe kwoty? Robiłam co mogłam, zamykałam nawet sklep i biegałam po mieście, szukając kogoś, kto by mi rozmienił, ale to nie takie proste w sezonie, każdy potrzebuje. Hitem było, jak otworzyłam sklep o 11:00, pod nim już czekało dziewięcioro czy dziesięcioro klientów, jakaś paczka znajomych, weszli, każdy kupił magnes za 7/8zł i każdy zapłacił stówą. O 11:10 już nie miałam drobnych, bo wszystko im oddałam. Żaden z nich nie chciał dorzucić koledze drobnych, które dostali ode mnie, więc zostałam z niczym po dziesięciu minutach pracy.
Strasznie nie w porządku ta baba, co kłamała, że nie ma, przecież mogła grzecznie poprosić "A nie może być tak? Potrzebuję rozmienić, właściwie, tylko po to te pocztówki kupuję".
Ale po za takimi przypadkami, zrozum też kupujących. Każdy sklep chce jak najdrobniej, to co z tą stówą zrobić? Czekać aż gdzieś będzie do zapłaty 90-100zł? Fajnie, ale jeśli ktoś w portfelu ma 20zł, 100zł i 100zł, a musi w trzech sklepach kupić coś za 10-20zł?
Klienci i tak mają straszne poczucie winy płacąc grubszymi, można zwyczajnie poprosić, by jednak tu oddali drobne. Nie sądzę, by zbyt dużo ludzi próbowało wtedy kłamać.
Pracowałam w tym sklepie przez trzy sezony, za każdym razem, kiedy ktoś płacił stówą za drobiazg pytałam, czy nie mają drobniej, bo nie wiem, czy będę miała wydać, a i tak każdy mówił, że nie ma. Dopiero kiedy zaczynałam wydwać im resztę w "klepakach", to znajdowały się u ludzi drobne, bo nie chcieli 90zł w drobniakach nosić. Często też sama widziałam, że mają w portfelu różne nominały, ale mówili mi, że mają tylko stówę. Często wydawałam z własnych pieniędzy, bo nie miałam inaczej, a ludziom i tak trudno było dać mi tę dychę, chociaż widziałam, że mają.
Wiem, że czasami ma się stówy, bo bankomat najczęściej tak wydaje pieniądze, ale ja też nic nie zrobię z tym, że każdy z tą stówą idzie do mnie rozmienić. Bywały dni, kiedy częściej latałam po mieście szukając drobnych, niż sprzedając, bo dosłownie osoba po osobie płaciła stówą. Niektórzy nawet śmiali mi się w twarz, kiedy prosiłam o drobniejsze i z szyderą na twarzy czekali, aż im uzbieram resztę z kasy i dodatkowo z własnego portfela, kiedy w kasie brakowało. Wtedy z kpiną mówili "I co, uzbierała pani, tak trudno było"?Mówiłam, że tak, z własnego portfela, na co reagowali śmiechem i komentarzem w stylu "Nie nasz problem, jutro też przyjdziemy ze stówą" i przychodzili. Rozumiem ludzi, którzy naprawdę nie mają inaczej, niektórzy przepraszają, starają się coś znaleźć, bywało tak, że z drobnych brakowało im około 2/3zł, to nawet im to darowałam, ważne, że drobne, a tę końcówkę dokładałam sama. Bywali super klienci, naprawdę, ale takich chamów to miałam po dziurki w nosie. Raz facet wyciągnął dwie dychy, spojrzał na mnie, uśmiechnął się, schował i wyciągnął stówę, no co to miało być? Dlatego nie znoszę turystów, a przynajmniej większości. Przyjeżdżają do małej miejscowości i zachowują się jak ostatnie buraki, przynajmniej większość.
Miło wspominam pewnego Pana z Warszawy, starszy człowiek, po siedemdziesiątce. Kupił coś za około 40/50zł i spytał, czy się nie obrażę, jeśli zapłaci mi w bilonach, bo ma tego bardzo dużo. Rozpromieniona odpowiedziałam, że pewnie, że mi drobne się przydadzą, bo wszyscy płacą grubymi. Facet zdziwiony, ale nie dość, że zapłacił bilonem za zakupy, to jeszcze mi prawie stówę rozmienił. Jedna taka sytuacja, a dała mi tyle radości, że do dziś to pamiętam.
Ja jak pracowałam w kiosku przez 2 miesiące to też miałam o 6 rano klientów, co chwili płacić banknotem 200 zł. A 200 zł to ja w kasie miałam. Zwyczajnie mówiłam że nie wydam, bo nie mam. Tak samo mówiłam jeśli w ciągu dnia miałam mało drobnych (choć o dziwo w kiosku za często na brak drobnych narzekać nie można). Zwykle albo ktoś znajdował magicznie drobne, albo szedł do kiosku obok bez słowa. Rozumiem, że w niektórych sklepach nie można ot tak powiedzieć, że się nie ma, jeśli się ma, ale jak faktycznie nie masz, to nie szukałabym we własnym portfelu tylko bym nie sprzedała.
Amzi
sama to sobie zrobilas
trzeba bylo
1. powiedziec, ze widzisz, ze maja drobniej
2. zaczac wydawac w klepakach
3. absolutnie nie wydawac ze swoih
juz po tym wiekszosc sie zniecheci
4. powiedziec- nie mam wydac, poprosze mniejszy nominal. najwyzej nie kupia, dostawalas % od utargu, ze tak ci zalezalo na zbycie? po co robic sobei problemy z powodu OBCYCH ludzi, w dodatku cwaniakow?
Bazienka, ludzie bywają naprawdę podli. Kiedy stanowczo odmówiłam przyjęcia stówy za jeden magnes, to na mnie wrzeszczeli, a potem skarżyli na mnie szefowi. Nie raz się zdarzało, że dosłownie na mnie krzyczeli, że jak to nie mam jak wydać? Jakby to była moja wina, że ludzie przychodzą rozmienić pieniądze akurat do mnie. Na nic były tłumaczenia, a kiedy się dwa/trzy razy postawiłam i odpowiedziałam, że w takim wypadku nie sprzedam im nic, to lecieli na skargę do szefa (szef miał też knajpę obok, a na drzwiach sklepu było to napisane, że sklep i knajpa, zapraszamy, więc wiedzieli, gdzie iść na skargę). Takich cwanych turystów jest co roku od groma, większość z nich to ostatnie chamy. A że mieszkam w naprawdę malutkim mieście, to pracy na sezon prawie nie ma, bo nie ma tylu miejsc pracy. Odeszłabym ze sklepu, to nie miałabym pracy, a dojeżdżać codziennie do miasta oddalonego o 50km, to jednak trochę wadzi, bo autobusy na takiej pipidówie nie kursują co kilka minut, a prawa jazdy niestety nie mam. Tacy są ludzie, co bym nie zrobiła, to było źle. Bywali super klienci, którzy prosili np. o odłożenie ich zakupów, a oni postarają się rozmienić gdzieś na mieście i wrócą. I wracali, zadowoleni. Ale chamideł było o wiele więcej, do tego uparci, raz mi ludzie prawie 40min stali w sklepie i się targowali, nic do nich nie docierało, w końcu wku*wili się na mnie, że jestem nieugięta (bo sorry, ale z jakiej racji mam im dać rabat na dwa magnesy?) i mnie nawyzywali. Tak jest co roku.
Pani pokazała swój poziom.
A Ty swój :-)
Wykształcenie ani wpływy nie mają tu nic do rzeczy.
Kocham takie panie... Pracowałam w handlu, sporo takich klientów "obsłużyłam". Kiedyś nie miałam w kasetce 1, 2, 5 złotówek, ale sporo 1 i 2 groszówek, a moja "ulubiona" klientka rzuciła właśnie podobnym tekstem i 100 zł banknotem (ja akurat studia w pocie czoła skończyłam, a pracowałam w markecie z owadem, bo mieszkam w takim miejscu, że niestety tylko to w owym czasie miałam do wyboru)...no ale do brzegu - wydałam wtedy pani sporą sumkę w takim właśnie groszowym nominale. Kolejka zrobiła się ogromna, wszyscy wkurzeni... Boże jaką ja czułam wtedy satysfakcję :)
Jesteś słaba, jeszcze spotkasz wiele ludzi którzy będą cię chcieli sprowadzić w dół dla własnego kaprysu. Innych ludzi nie obchodzi co osiągnęłaś, pracujesz w sklepie i akurat dla tej baby jesteś tylko kasjerka. Ty wiesz kim jesteś i co osiągnęłaś, ona sobie powyzywa i zapomni.
Baba wredna, ale Ty też niewiele lepsza.
"jakoś nagle udaje się coś znaleźć"?
A myślisz, że tylko jeden sklep na świecie chciał by dostawać drobne?
Oni nie dają Ci grubszych nominałów złośliwie, po prostu rozmienione chomikują do czasu, aż jakaś sprzedawczyni sama z siebie poprosi o drobne. Jak by nie robili tego, pozbyli by się drobnych przy pierwszej okazji i na Twoją prośbę też by nie mieli.
Sama staram się nie płacić zbyt wysokimi nominałami i gdy chcę rozmienić np. stówę, grzecznie pytam, czy może tak być. Ale po przeczytaniu "jakoś nagle udaje się coś znaleźć" się załamałam.
Weź przeczytaj jeszcze raz wyznanie bo masz problem z dupy.
Pracowałam w sklepie i tak, są klienci którzy kladą stówe złośliwie. Na dodatek płacąc za jedną bułke o 6 rano. I tak dzień w dzień. A przepis oczywiście że jest.
@Serwatka31 Dokładnie. Nie rozumiem jeszcze fragmentu "nagle płacą kartą". Ja na przykład na koncie mam pieniądze, które są tam, aby opłacać comiesięczny abonament, który schodzi z konta automatycznie. Dlatego jeżeli mam wybór, to płacę gotówką, ponieważ później mogę zapomnieć wpłacić i cofnie mi się subskrypcja, więc bez sensu jest ta wstawka o płaceniu kartą. Wiadomo, jak już kasjerka mówi, że nie ma wydać, to zapłacę kartą zamiast odkładać wszystkie produkty i lecieć do domu po drobne.
Filomenaona, oczywiście, że nie masz racji. Odsyłam do art. 535 kc. Jeżeli sprzedawca nie ma jak wydać, to jest nie jego problem, a klienta.
Oczywiście, że SĄ złośliwi klienci, którzy nawet mają te 60gr w portfelu, ale kij z tym kłamią, że nie mają, bo chcą rozmienić. Od lat (niestety) pracuję w handlu. Zwykle właśnie jest tak, że rzucają stówę, gdy pytam o drobne, mówią, że nie ma, a gdy wręczam im woreczek podpisany np. 70zł, w którym są same 10gr, to nagle te 60gr magicznie znajdują w portfelu. Hitem była młoda dziewczyna, która przyszła i spytała otwarcie, czy mam rozmienić 100zł (plus dla niej, że zapytała), ale akurat nie miałam. Położyła więc na ladę gumy za 3zł i powiedziała, że teraz to już muszę wydać. xD Zawsze mnie to rozwala, gdy mi klienci wmawjają, że to JA mam mieć wydać. Nawet się zdarza, że wmawiają mi kłamstwo gdy cytuję im artykuł 535 KC. xD