Byłam tak zestresowana moim ślubem, że czułam, jak moje nogi wręcz odmawiają posłuszeństwa. Idąc do ołtarza, gdy oczy wszystkich były zwrócone na mnie i na mojego przyszłego męża, jakimś cudem potknęłam się o cholerny chodnik. Mój ukochany, zamiast mi pomóc, stał obok i cały aż trząsł się ze śmiechu.
Cała czerwona i już może nie zestresowana, a potwornie zawstydzona, powiedziałam sakramentalne: „Tak”.
Od 6 lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, a powtórkę mojego wyczynu mogę zawsze zobaczyć na ślubnym video.
Dodaj anonimowe wyznanie
Potknęłaś, nic wielkiego. Ludzi na prawdę spotykają gorsze rzeczy.
Młodzi i tak idą razem pod rękę, więc wywrotki raczej nie było.
Nie rozumiem wesel. Miesiące przygotowań, tysiące wydane na bzdury i po co? Żeby mieć mdłości ze stresu i jedyne co wspominać, to że się potknęło o dywanik.
Ostatnio okazało się, że nie tylko tego nie rozumiesz...
To okropne, że ci nie pomógł. Twoja intuicja próbowała cię ostrzec, to potknięcie to był ostatni znak, żebyś go rzuciła. Zobaczysz, za jakiś czas zrozumiesz, że to nie jest facet dla ciebie. Tyle dobrego, że chociaż podzielicie majątek
To nie intuicja, to chodnik ją ostrzegał...
Intuicja, chodnik, znak z góry - wszystko jedno. Najważniejsze żeby się od niego uwolniła