#tsygR
Z początku rzeczywiście czułam, że złapałam Pana Boga za nogi. Zwłaszcza że z powodu niskiej samooceny zwykle wybierałam mężczyzn, których w mojej ocenie żadna inna kobieta by nie chciała. A on wybrał mnie. I się starał. To było wspaniałe. Zamieszkaliśmy razem. I się zaczęło... Najpierw drobna krytyka, że to robię źle, tamto robię źle. Uważałam, że w związku dwie strony powinny się trochę dopasować do siebie, więc poprawiłam tamte rzeczy. Potem źle robiłam wszystko. I każdy dzień zaczynał się i kończył serią ochrzanów. Doszły do tego dziwne wymagania. Na przykład, że rano zawsze musi mieć gotowe śniadanie, mimo że ich prawie nigdy nie je. Kończył dzień później niż ja, a rano czekała mnie awantura, jeśli nie sprzątnęłam jego nocnego bałaganu. Jeśli ja zwróciłam mu o coś uwagę, że od np. 3 lat proszę go, by zaczął szykować się tak, żebyśmy się nie spóźniali, był wściekły, że się czepiam, bo on jest zmęczony. Albo że może ja jestem taka zdolna, że dostosowuję się do jego wymagań, ale on tak nie potrafi.
Prawdziwy problem zaczął się jednak gdy zrozumiałam, że tak być nie może. Nie mogę wracać do domu i się bać. Nie mogę skakać wokół jego nastrojów, nie mogę zawsze z pokorą przyjmować jego wymagań, skoro ja od kilku lat nie doprosiłam się niczego, bo „to za dużo”. Zaczęłam się stawiać. Negować jego wymagania, stawiać więcej własnych. Mówiłam wprost, że coś mi się nie podoba. Było z jego strony dużo obietnic, jak to od teraz zrobi wszystko, żebym była zadowolona, a jednocześnie przemoc eskalowała naprzemiennie z bombardowaniem miłością. Wyzwiska, powtarzanie mi, że wszyscy wokół uważają, że jestem histeryczką, że pytają go, po co on jest z kimś takim, że nic dziwnego, że nikt mnie nie lubi i nie szanuje. Powiedziałam kilku najbliższym, co się dzieje. Zbyli mnie śmiechem, że prędzej uwierzą, że ja jestem przemocowa niż ten spokojny mężczyzna.
Wreszcie zaczęła się przemoc fizyczna. Nie jakaś duża, ale tu popchnięcie, tu rzucenie czymś we mnie. I tu stało się coś, co mnie przeraża najbardziej. Sama stałam się agresywna. Nie sama z siebie, ale gdy on zaczynał wbijać szpilę, nie reagowałam. Raz, drugi, trzeci. Czasem po godzinie złośliwości, czasem trzech, zaczęłam wybuchać. Tak jak on. Wyzwiska, potem niszczenie przedmiotów. Nie byłam taka wcześniej. Nigdy. Mówił wtedy, że jesteśmy tacy sami. Że zasługujemy na siebie, że może on jest toksyczny, ale ja tak samo. Żebym zapytała innych, że inni też uważają, że jestem toksyczna.
Odeszłam. Już pierwszego dnia było mi cudownie. Tylko inni mi to wypominają.
Gratuluję odejścia!
Dziękuję za wsparcie. Przynajmniej lepiej jest słuchać komentarzy rodziny co jakiś czas teraz niż jego gadania ciągle.
Nie tlumacz sie. I tak Ci nie uwierzą. Naprawdę ciężko jest zaprzeczyć wlasnym wyobrażeniom i uwierzyć ze ktos jest zły. Szkoda Twojej energii na rozmowy o tym.
Moze nauczysz sie ucinać temat.
Olej innych to twoje życie. Gratuluję dobrej decyzji ☺️
Dziękuję. Wiem, że powinnam, ale trudno się słucha ciągłych pretensji. O to, że znowu coś mi nie pasowało, że jestem coraz starsza, a tu kolejny związek poszedł w diabły. Najgorzej wyśmiewa mnie kuzynka, która nawet nie ukrywa, że nie kocha swojego męża, ale jej dzieci potrzebowały ojca, a wybrany przez nią facet może i ma problemy alkoholowe, ale przynajmniej pracuje i zajmuje się domem.
Bardzo się cieszę, że udało Ci się odejść. Niestety, ale potwory rzadko kiedy są potworami dla wszystkich.
33 lata? Dopiero rozkwitłaś i jeszcze tak będzie całe lata, jeśli zadbasz o siebie. Do starości masz dalej niż od dzieciństwa do teraz. Bardzo dobrze że pogoniłaś księciunia z bajki, a jak innym tak żal to sami mogą się za niego brać, już jest wolny. Cieszę się że wybrałaś siebie.
PS. - da się napisać pozytywny komentarz bez ciągłego "dziękuję że Pani żyje", "jest Pani taka wspaniała", "mam nadzieję że będzie Pani zawsze zdrowa i szczęśliwa". Bo serio, idzie się już od tego zrzygać jak kot.
Czuję pewną obłudę w tych komentarzach. Łatwo mówić komuś, że jest wspaniały jak się go nie zna. Ciekawe czy ta osoba WSZYSTKIM napotkanym osobom też tak mówi. Nawet tym co wyrządzili jej krzywdę.
Typowe. Toksyk zazwyczaj jest uwielbiany przez otoczenie. A przede wszystkim rodzinę swojej ofiary. Inteligentny, zabawny, "zakochany po uszy". No książę (albo księżniczka) z bajki. Tylko idiota rezygnuje z takiej partii...
I nikt nie wierzy, że ten czarujący książę wyzywa, poniża, bije, gwałci i niszczy na wszelkie możliwe sposoby.
Odeszłaś w ostatnim momencie, Autorko. Już za chwilę zaczęłaby się poważna przemoc fizyczna. Tu zawsze schemat jest ten sam. Najpierw "tylko" popchnięcia, potem bicie a na końcu regularne gwałty. Często też kompletna izolacja. Nie tylko od przyjaciół i rodziny, ale dosłownie zamykanie w domu na klucz.
I bardzo dobrze, obyś znalazła sobie kogoś normalnego
Brawo dla Ciebie, że to zauważyłaś i odeszłaś!
Dziękuję, że Pani żyje! I gratuluję, że się Pani udało odejść. Chyba taki schemat jest bardzo częsty. Najpierw rodzina komuś niszczy samoocenę, potem wypomina "a czemu nie masz nikogo", czy to przyjaciół, czy partnera, wtedy ta osoba czuje się niczym i pójdzie za kimkolwiek, kto będzie chociaż udawał miłego. I wtedy właśnie, gdy ten ktoś wpadnie na złych ludzi, to inni go obwiniaj, że sam za takimi idzie. Tak, jakby ktoś specjalnie szukał kogoś, kto będzie go bił, a nie po prostu wychowywał się nauczony, że na nikogo lepszego nie zasługuje. I właśnie taką osobę wybiorą najstraszniejsi ludzie. Najpierw będą udawać kogoś miłego, a potem właśnie po kolei, do jednej rzeczy się przyczepią, do drugiej, jedną rzecz źle zrobią, drugą. Ale jednocześnie wszystkim wokół będą opowiadać jak to swoją ofiarę kochają i dla niej wszystko zrobią. A skoro ludzie już ofiarę znają jako kogoś, kto zwykle spotyka się z kimś złym, albo kogoś, kto sam o sobie mówi, że jest zły, to się nawet ucieszą, że w końcu znalazł się ktoś miły. Albo sami są źli, bo tylko na takich ofiara myśli, że zasługuje. Więc taki oprawca pierwszego dnia będzie chwalił pod niebiosa i na rękach nosił, a wystarczy kilka miesięcy jak będzie mówił, że należy mu dziękować za to, że ofiary nie zostawił. Bo właśnie, ktoś taki chce mieć ofiarę, która nie ucieknie. A na pewno nie ucieknie ktoś, kto uważa, że na to wszystko zasłużył i nie ma do kogo uciec, ktoś, kogo dręczą rodzice, nie ma przez to przyjaciół, czy po prostu nie jest w stanie sam w siebie uwierzyć. A skoro ten zły udaje dobrego to właśnie, łatwiej uwierzyć, że ofiara, której "jakoś nigdy związek nie wyszedł" jest problemem, skoro jakoś zawsze trafia na złych, niż że istotnie ten sprawca jest zły.
Więc to naprawdę wielkie osiągnięcie, że udało się Pani uciec. Jest Pani naprawdę wspaniała. I mam nadzieję, że uwierzy Pani w swoją wspaniałość i zamiast szukać kogoś na kogo Pani "zasługuje" znajdzie Pani kogoś, kto naprawdę Panią doceni.
INTERWENCJA!