Kilka dni temu siedziałam sama, czekając na mojego lubego. Pomyślałam, że zrobię mu jego ulubioną pastę z makreli. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W trakcie zauważyłam, że nie mamy cebuli. No cóż, za telefon i SMS: „Pysiak, jak będziesz wracał z pracy, kup cebulę”. Doprawiłam i spróbowałam, czy jest OK. Na moje nieszczęście trafiła mi się ość. Nijak nie mogłam się jej pozbyć. Ale od czego jest wujek Google? Coś tam poczytałam, że taka ość może np. nawet przebić aortę, można zacząć wewnętrznie krwawić. W tym czasie ta ość jednak poleciała dalej zwiedzać mój organizm, a ja zaczęłam czytać Anonimowe. Czytam, czytam, a tu mi nagle tak słabo, tak dziwnie... Kurde, a jak ta ość mi jednak przebiła coś i ja się właśnie wykrwawiam? O Boże... W głowie się kręci, ręce drżą, nie mogę wstać, serce bije jak oszalałe, jednocześnie mi słabo, ciężko złapać oddech... Ale próbuję się ogarnąć. Że to panika, nakręcam siebie, wmawiam sobie... Na chwilę pomogło. Ale zaraz znowu taki atak. Myślę sobie – kurde, umieram, nawet nie zobaczę już mojego ukochanego, nie zdąży wrócić z pracy, zobaczy mnie martwą, a ja głupia jeszcze po cebulę go wysłałam! (może jakby nie cebula, to jeszcze zdążyłby mnie uratować :D). Do jego powrotu jeszcze prawie godzina, a ja naprawdę czuję, że moje minuty są policzone. Już nawet czuję w brzuchu, jak mi tam coś się dzieje. Sięgam znowu do wujka (przecież on zawsze prawdę powie). No i wyczytałam, że takie wewnętrzne krwawienie może trwać nawet kilka- kilkanaście godzin oraz że takiemu krwawieniu towarzyszy ciemna, czarna kupa. No to raz-dwa, lecę do toalety, bo ona oczywiście będzie jasna, ja się uspokoję i wszystko się ułoży. Robię, zaglądam do środka i nie wierzę: czarne gówno! Nie do opisania, co wtedy przeżyłam. Resztkami sił zaczęłam ubierać się do lekarza i położyłam się na łóżku, wspominając dobre chwile w moim życiu. Wszelkie objawy nie ustawały, dalej czułam się źle.
Wraca mój luby. Przytulam się i mówię: „Kochanie, ja krwawię wewnętrznie”, on takie wtf, więc mu wszystko tłumaczę, on uspokaja, mówi, że panikuję, a ja: „Tak? Dobra”. Idę jakoś do toalety i sram (nie miałam z tym jakoś problemu). I wołam go. Podnoszę klapę, pokazuję mu moje czarne gówno (taki lvl naszego związku). Jak nic trzeba dzwonić na pogotowie. Dzwonimy (a trzeba zaznaczyć, że mam fobię społeczną, do lekarza z bólem kolana pół roku zwlekałam) i mówię co i jak, że ość, że sram na czarno. Babka mówi, że to niemożliwe, ale jak martwię się o zdrowie, to mogę jechać na pogotowie.
Po tym telefonie się uspokoiłam. Po dwóch godzinach doszłam do siebie.
A co z czarną kupą? Po ataku paniki przeanalizowałam, co jadłam w tym dniu. Otóż na śniadanie zjadłam borówki. Stąd ten kolor...
• Nigdy już nie zjem nic, co ma ości (tylko co z moim ukochanym wigilijnym karpiem?)
• Na borówki też straciłam już jakoś ochotę
Dodaj anonimowe wyznanie
Stare wyznanie pisane przez jakąś hipochondryczkę i panikarę.
Specjalistyczne sklepy mają specjalne maszyny do filetowania karpi. Rozcinają one również ości na kawałki poniżej 5 mm długości. Wtedy rozpuszczają się one podczas smażenia bądź pieczenia.
Przecież to głupie, przecież nawet gdyby krwawiła, to nie zdążyłoby to w godzinę zostać wydalone.