Zawsze byłam cicha i zamknięta. Na studia wyjechałam do dalekiego miasta, nie znając nikogo. W akademiku trafiłam do budynku, w którym mieszkali studenci z zagranicy (wymiany i nie tylko). Chcąc nie chcąc musiałam komunikować się z nimi po angielsku i wtedy odkryłam, że gdy jestem w „trybie” anglojęzycznym, jestem lepszą wersją siebie. Łatwo nawiązuję kontakty, swobodnie się czuję i jestem szczęśliwsza. Nawiązywanie kontaktu z polskimi rówieśnikami po polsku jest dla mnie niesamowicie trudne. Brak tematów, niezręczna cisza. Nie potrafię się zintegrować z grupą na studiach, nawiązywać bliższych kontaktów niż: „Hej! Co tam?” na korytarzu. Umawiania się z Polakiem i rozmawiania po polsku nawet sobie nie mogę wyobrazić.
Nie potrafię funkcjonować po polsku. Jestem osobą aspołeczną po polsku i duszą towarzystwa po angielsku. Ktoś jeszcze tak ma?
Dodaj anonimowe wyznanie
To dość typowe, większość osób dwujęzycznych ma delikatnie inne osobowości w zależności od tego, którym językiem mówią. Może to wynikać też z rodzaju kontaktów, jakie się utrzymuje w danym języku. Też jestem bardziej towarzyska i więcej zagaduje po angielsku, ale mniej żartuję i wynika to z tego, że pracuję w tym języku - muszę więc podtrzymywać small talk na spotkaniach, ale nie mogę sobie pozwolić na tak odważne żarty jak ze znajomymi i rodziną (lubię bardzo niepoprawny humor, w korpo by nie przeszło). Po polsku sprawiam wrażenie bardziej zdystansowanej. Teraz uczę się włoskiego i jeszcze się nim jakoś bardzo nie posługuję, ale już mam wrażenie, że tu będę bardziej towarzyska niż w angielskim
Polski język jest dość trudny i jakby "zamknięty w sobie". Angielski jest dużo luźniejszy.
Z drugiej strony jeśli zmiana u Ciebie jest aż tak duża to myślę, że problem masz w głowie.
Być może zamknęłaś się w pewnych ramach w zwykłym życiu. A jak mówisz po angielsku to "stajesz się" bardziej otwarta. Trochę jak wybór postaci w grze.
Dla mnie angielski to prymitywny i niezbyt fajny język. Komunikuję się za jego pomocą, wtedy kiedy muszę.
Angielski nie jest prymitywny. Jest bardzo rozwiniety.
Polski jest bardziej skomplikowany, ale angielskiemu wciąż daleko do bycia prymitywnym. To prędzej kwestia słabej znajomości języka i/lub ubogiego słownictwa.
Nie no, gramatycznie angielski jest dość prymitywny. Rzeczowniki nie mają rodzajów i nie odmieniają się przez przypadki, czasowniki się nie odmieniają przez osoby, odmiana przez czasy jest banalnie prosta (końcówka -d + kilka nieregularnych). Wystarczy sobie zobaczyć tabelkę z jednym czasownikiem czy rzeczownikiem po polsku jak się odmienia przez wszystkie możliwe konstrukcje gramatyczne i porównać to z angielskim, gdzie uczymy się dodawać -d w czasie przeszłym (rzeczownik) i -s w trzeciej osobie liczby pojedynczej (czasownik). Jest więcej czasów, ale to jest jedna reguła na jeden czas od nauczenia się. Dlatego angielski jest tak prosty w nauce.
Angielski ma 12 czasów. Przeciętny Polak potrafi tylko 3, a dobrze opanowane ma tylko 2 z mojego doświadczenia.
Tak podobno jest, w innym języku nasza osobowość może się zmienić. Ja na erasmusie nauczyłam się trochę hiszpańskiego i zaczęłam sama inicjować kontakty z płcią przeciwną (w Polsce tego nie robię). Mimo kaleczenia języka poznałam dwóch Hiszpanów, potrafili wspaniale grać na akordeonie
Raz nawet poznałam Zulusa. Kompletnie nie umiałam jego języka, ale miał dużą maczugę i w tej sytuacji język był mi potrzebny, ale nie do mówienia a raczej do innych rzeczy. Pamiętam jak ubrał się raz jak Tarzan, jak go zobaczyłam wiedziałam że będzie mój. W sumie tylko kilka razy się z nim spotkałam bo potem go deportowali bo był nielegalnie. Od tego czasu lubię migrantów i uważam, że każda Polka powinna dać się tak ubogacić
Widać że nieudolny troll. Słowo "Zu*us" to postkolonialny relikt oznaczający mniej więcej to co n word. Ja zawsze mówię "Afroamerykanin z kraju X"
A o Aborygenach można jeszcze mowić, czy to są jacyś Afroaustralijczycy?
A to nie są australopitecy?
Chyba jednak nie - dokładnie jak Twój nick 😁
Abo*ygeni to po prostu Australijczycy. To oni byli tam przez 40 000 lat, zanim biali ukradli ich ziemię
A Zulusi to Zulusi, byli tam zanim Holenrzy ich nie ubogacili. Nie wiem z czym masz problem.
Ta nazwa jest obraźliwa, mniej więcej tak jak "polaczek". W dzisiejszych czasach mówi się Afroamerykanie
Afroamerykanie rodem z Afryki, którzy (jak ten Zulus) przyjechali do Europy. Dalsza dyskusja z tobą jest bezcelowa, dlatego muszę się zgodzić że masz całkowitą rację i jesteś najmądrzejszy na świecie. Przynajmniej póki ci matka kabla od kąkutera nie schowa.
Tak Was pochłonęła dyskusja o poprawności nazewnictwa, że nikt jakby nie zwrócił uwagę, że nasz ulubiony troll puścił nam oczko tekstem o Hiszpanach wspaniałe grających na akordeonach. Zostawiam plusika, żarty z cyganow zawsze na propsie
ja myślę że tu jednak chodzi o rozmiar
Nawet gdyby tak bylo, to dziwisz jej sie?