Na starsze rodzeństwo zawsze można liczyć.
Parę lat temu dość poważnie zachorowałem. Rokowania były kiepskie - wg wstępnych (na szczęście nietrafionych) diagnoz został mi maksymalnie rok życia. Wyszedłem na weekend ze szpitala, a moja starsza siostra zaproponowała, że moglibyśmy iść razem z jej ówczesnym chłopakiem, dziś mężem, na kręgle. Zgodziłem się. Gra szła mi dosyć dobrze i wygrałem wszystkie partie.
Dopiero po latach dowiedziałem się, że siostra dogadała się z chłopakiem, że specjalnie będą źle rzucali, abym ja mógł wygrać, skoro to miały być moje ostatnie kręgle w życiu.
Postanowiłam opisać swoje najgorsze urodziny.
Najpierw dwa fakty:
1. Jako dziecko regularnie byłam gwałcona przez faceta z brodą ("przyjaciel" mamy). Robił to, gdy mama musiała iść na noc do pracy. Po wszystkim zamykał mnie w piwnicy pełnej robaków. Na "szczęście" mało z tego pamiętam, ale dalej boję się piwnic i ludzi z brodami.
2. Boję się ogromnych lalek. Nie wiem czemu.
Mieszkam w malutkim mieście, więc bardzo szybko wszyscy dowiedzieli się o gwałcie (ojciec pobił mojego gwałciciela, była rozprawa, gwałciciel poszedł siedzieć).
W gimnazjum ludzie zaczęli się śmiać z tego, co mi się przytrafiło, bo "HA, HA od najmłodszych lat się puszczałaś!" albo "HA, HA! Stracić dziewictwo w tak młodym wieku! Jaki żal!". Nawet mój brat (bliźniak, chodziliśmy do tej samej klasy) się śmiał.
Braciszek chodził na kółko teatralne. Nauczycielka, która się nimi zajmowała była osobą bardzo naiwną i często, gdy nie mogła przyjść, dawała klucze na aulę najstarszej osobie (3 gimnazjum) i ta osoba "prowadziła" próbę czy tam inne zajęcia (nie wiem, nie znam się).
W urodziny brat oświadczył, że ma dla mnie prezent i że to też takie przeprosiny za jego zachowanie. Żebym mu uwierzyła jeszcze bardziej, wciągnął w to wszystko naszą kuzynkę, z którą wtedy miałam dobry kontakt. Po lekcjach zawiązali mi oczy i zaprowadzili na aulę.
Wiecie, co tam zobaczyłam? Zasłonięte okna, sztuczne pająki zwisające ze ścian, prawdziwe robaki chodzące po podłodze i ludzi wyglądających, jak lalki i jego - najstarszego chłopaka przebranego za starszego pana z brodą.
Nie krzyczałam. Od razu zemdlałam.
Obudziłam się w malutkim pomieszczeniu, otoczona okropnymi rekwizytami z przedstawienia z okazji Halloween (wyjaśnienie, bo niektórzy mogą się zdziwić, że Polska i Halloween - przedstawienie było robione we współpracy z nauczycielką od angielskiego, było po angielsku i miało przybliżyć tamtą kulturę czy coś). Tak, były też robaki i lalki. Mniejsze, ale jednak.
Wtedy zaczęłam krzyczeć, dobijałam się do drzwi, a oni się śmiali i co jakiś czas (dalej umalowani) zaglądali przez okienko.
Uratował mnie nauczyciel, którego zaniepokoiły odgłosy dochodzące z piwnicy.
Miałam ogromny ślad idący od czoła do szyi (uderzyłam o coś), zakrwawione paznokcie, szyję, nadgarstki i nogi. Byłam tak zdesperowana, że chciałam się tam zabić. Śmierdziałam moczem i wymiotami. Byłam jeszcze na tyle przytomna, że na jego widok zaczęłam wrzeszczeć. Dopiero lekarze dali mi coś na uspokojenie.
Przez pół roku nie dało się ze mną rozmawiać. Brat trafił do wujostwa (wujek jest byłym wojskowym, zajął się bratem odpowiednio) i nowej, bardzo surowej szkoły, pozostali zostali zawieszeni, kuzynka dostała lanie i zabrano jej wszystko, co lubiła, a kółko teatralne zostało zlikwidowane przez nauczycielkę.
To wyznanie nie jest smutne, ohydne, raczej miłe i odbudowujące wiarę w ludzi.
Jestem studentką weterynarii, nie powiem, jest ciężko. Na ostatnich praktykach (załatwiłam sama, u znajomego weta) przyprowadzono nam do uśpienia psiego staruszka. Wielkie bydlę, trochę już łysawe, kulawe na wszystkie cztery nogi i z paraliżem ogona. Chyba kupił mnie tym sztywnym ogonem, którym usilnie próbował machać i tą swoją niezgrabnością. Po wręczeniu mi kawałka sznura, na którym go przyprowadzono, właściciel zapłacił i wyszedł. Bydlę sapnęło i uwaliło się na mojej nodze.
Nie wiem, co wtedy miałam w głowie, ale wszystko potoczyło się szybko. Stanęłam przed psem gestem Rejtana, powiedziałam, że jeśli pies nie cierpi, to ja go nie dam tknąć. Po badaniach, faktycznie, nie bolało. Za kwotę od byłego właściciela bydlę dostało specjalną uprząż z pasem, żebym mogła go wynosić po schodach, gdy sam przestanie sobie dawać radę.
Na początku było dość dobrze. Bydlę wchodziło dzielnie na drugie piętro, na dół go znosiłam sama. Dostawał karmę wysokokaloryczną, żeby trochę przybrał na wadze, leki.
Nie wspomniałam, że mieszkam w kamienicy z bardzo młodym sąsiedztwem. Najstarsza para ma chyba koło czterdziestki. Widok mnie tachającej bydlaka po schodach przestał dziwić. Wszystko się zmieniło, gdy wracając z uczelni potknęłam się o krawężnik i bardzo poważnie uszkodziłam kolano.
Od lekarza wróciłam z nakazem zaprzestania noszenia ciężkich rzeczy, co niestety wykluczało mojego 40 kg bydlaka. Byłam skłonna nawet przeprowadzić się do rodzinnego domu czy sprowadzić ojca do pomocy na czas rekonwalescencji, ale na to wszystko potrzeba czasu. Psi pęcherz nie rozumie tego pojęcia.
Gdy po powrocie ze szpitala bydlaka przycisnęło, zrezygnowałam z szanowania kolana i kuśtykając oboje wypełzliśmy z mieszkanka.
Zbiegający z góry sąsiad, podejrzewam, że spieszył na uczelnię, popatrzył na psa w uprzęży, moją kulę, stabilizator na kolano i wybuchnął tak głośnym śmiechem, że sąsiadka z naprzeciwka wyszła nas uciszyć. Zareagowała tak samo.
Nie wiedząc co robić, uśmiechnęłam się niemrawo i skierowałam bydlę na schody. Zostałam jednak szybko zatrzymana przez sąsiadkę w króliczych kapciach i sąsiada przejmującego ode mnie bydlaka.
Skończyło się na tym, że trzy razy dziennie bydlę było znoszone na dół i zabierane do parku, przez sąsiada czy jego kumpli, bydlę nawet knajpy odwiedzało, ja siedząc w domu zaglądałam do śpiącego dzieciaka sąsiadki, a ona robiła mi zakupy.
Moja rekonwalescencja zakończyła się dość szybko, niestety w międzyczasie bydlę bardzo podupadło na zdrowiu, pojawiły się u niego guzy, na szczęście operacyjne. Ja wróciłam na studia, on nie mógł być sam. Bezimienne bydlę zostało przemianowane na Puszeczka i spędza wieczory u babci studenta z góry, na parterze, blok dalej.
Kiedy zdawałem maturę ustną z języka angielskiego, pani z komisji ręką wskazała mi krzesło, znajdujące się przed ich biurkiem.
Zrozumiałem ją opacznie i zamiast usiąść, poczęstowałem się pączkiem, który leżał na biurku...
Mając kota, wiadomo, trzeba liczyć się z tym, że będzie on od czasu do czasu przynosił do domu różne "smakołyki", typu myszy lub jakieś wróble. Mam takowe zwierzę i przydarzyła mi się pewna historia z nim związana, a mianowicie...
Siedzę sobie w domciu przed telewizorem, kiedy to moja przerażona siostrzyczka zaczyna krzyczeć na zewnątrz, że kot biegnie w stronę domu z myszą w pysku. Nie chcąc znowu sprzątać mysich jelit i wątroby z podłogi, zerwałem się i pobiegłem zamknąć drzwi, coby sobie kot nie myślał, że może tak łatwo dostać się ze swoją przekąską do domu i tam ją spałaszować.
Dobiegając do drzwi, pchnąłem je z całej siły, ale nie wiedziałem, że kot jest już tak blisko... drzwi zamknęły się mu przed samym nosem! Na szczęście nic się mu nie stało, lecz nie można tego było powiedzieć o myszce. Biedna została przeze mnie rozgnieciona z impetem między futryną a zamykającymi się drzwiami...
Teraz to dopiero miałem sprzątanie.
Przynajmniej doświadczyłem czegoś nowego... nigdy wcześniej nie zeskrobywałem mysich jelit i wątroby z drzwi i futryny.
Od jakiegoś czasu zacząłem zapuszczać sobie zarost. Głownie dlatego, że nie chciało mi się golić, ale też dlatego, że w filmach faceci super wyglądają z wąsami, brodami itp.
Od samego początku spotkało się to z dezaprobatą całej rodziny. Babcia kazała mi zgolić koper. Mama cały czas mówiła, że wyglądam głupio, siostra się śmiała. Ale to nadal nie zmieniło mojej chęci do noszenia zarostu!
Do czasu, aż spotkałem mojej mamy przyjaciółki córkę w wieku 10 lat, która popatrzyła na mnie, powiedziała, że wyglądam jak głupek z tymi włosami pod nosem. Odpowiedziałem jej dorośle, że sama wygląda głupio z tymi włosami na głowie, pojechałem do domu i się ogoliłem.
Dawno mi tak smutno nie było. ;(
Kiedy byłam nastolatką, byłam molestowana. Starając się to przerwać, pomimo wstydu zaczęłam o tym mówić. W ten oto sposób powstała tajemnica poliszynela. Nikt nie reagował, no bo przecież to niemożliwe.... Na pewno coś źle zrozumiałam... Może nie zrozumiałam żartu... Za każdym razem, jak próbowałam sięgnąć po pomoc, kończyło się krzywym spojrzeniem i opieprzem od rodziny, że opowiadam ludziom brednie i co oni sobie o nas pomyślą. W końcu po pół roku dałam sobie spokój i zamknęłam się w sobie.
Z miesiąca na miesiąc uwierzyłam w to co mi powtarzano i przekonałam samą siebie, że to wszystko to moja wina. Moje obrzydzenie do własnej osoby dosięgnęło momentu, gdy nawet w myślach zwracałam się do siebie per dziwka. W ciągu trzech lat nabawiłam się depresji, uzależniłam się od samookaleczania i mowa tu już o ranach wyższego kalibru, po których blizny zostaną mi do końca życia oraz wpadłam w zaburzenia odżywiania.
Kolejne pięć lat zajęło mi względne pozbieranie się do kupy i jako takie zaakceptowanie swojej osoby. Ile bólu i łez mnie to kosztowało wiem tylko ja.
Jedno jednak wiem już na pewno. Nigdy więcej nie pozwolę sobie wmówić, że to była moja wina.
Stąd też mój apel do ludzi. Ja rozumiem, że dzieciakom można nie wierzyć. Ale obowiązkiem KAŻDEGO dorosłego jest SPRAWDZIĆ, czy aby na pewno nie jest to prawdą.
Ludzie, miejcie oczy. Reagujcie. Siedząc cicho, wyrażacie swoje pozwolenie...
Moja żona zrobiła sobie operację plastyczną w tajemnicy przede mną. Najgorsze w tym jest to, że miała to być niespodzianka dla mnie. Nie wierzyła mi, że kiedy mówiłem, że jest dla mnie najpiękniejsza, to byłem absolutnie szczery, że to nie były takie komplementy tylko żeby było jej miło.
Nie wygląda teraz źle, chociaż tęsknię za tym, jak wyglądała wcześniej. Gdyby zrobiła to dla siebie, nie miałbym z tym problemu. Nie robię jej wyrzutów ani nic podobnego, ale trochę mi smutno, zwłaszcza że ona chyba jest rozczarowana brakiem mojej super pozytywnej reakcji.
Kiedyś, gdy jeszcze nie wszystkie tomy "Harry'ego Pottera" powstały, jeden supermarket w moim mieście zorganizował akcję, która polegała na zbieraniu paragonów. Do wygrania było bodajże 50 książek o młodym czarodzieju, od pierwszego do piątego, które miały trafić do biblioteki jednej ze szkół w mieście. Zasady były proste - robimy zakupy, bierzemy paragon, odnosimy paragon do informacji, typując szkołę. Szkoła, która uzbiera największą kwotę ze zsumowanych paragonów, dostaje serię książek.
Jako że mama jest nauczycielką, zależało jej, by wygrana trafiła do "jej" szkoły. Aby to się stało, codzienne razem z mamą, siostrą i niekiedy kuzynką przyjeżdżałyśmy do tego sklepu i zbierałyśmy z wózków paragony zostawione przez klientów. Czasami było ich mało, czasami dużo, jedne na małe kwoty, inne na duże. Poświęcony czas nie poszedł na marne, bo szkoła objęła prowadzenie w rankingu. Raz mama zagadnęła jedną z kasjerek, że szkoła wygrywa z dość dużą przewagą. Jej odpowiedź brzmiała mniej więcej tak:
- Bo codziennie jakieś dzieciaki zbierają paragony po śmietnikach.
Mama się nie przyznała, że chodzi o jej dzieci...
Nienawidziłam lekcji WF-u, i to jest przyczyna jednej z wielu moich wpadek.
W szkole ponadgimnazjalnej, jeśli ktoś nie chciał ćwiczyć przez cały rok, wymagano zwolnienia od specjalisty.
Tonący brzytwy się chwyta... Bez większego namysłu podliczyłam oszczędności, włożyłam w kopertę i zapisałam się do...
Ginekologa.
Lekarz zażenowany wyrzucił mnie z gabinetu, bo byłam bez mamy i próbowałam dać łapówkę.
A ja tylko grzecznie mówiłam mu "Proszę pana, ja chcę tylko zwolnienie, mam pieniądze"...
Dodaj anonimowe wyznanie