Moja mama nie miała dzisiaj chyba pomysłu na awanturę, ale że tradycje trzeba pielęgnować, więc dzisiaj obraziła się na mnie i ochrzaniła za moją niską wagę.
Szkoda, że od siedmiu lat ważę tyle samo i nie rosnę...
Czy to da się jeszcze leczyć?
Kilkanaście lat temu, kiedy byłam w LO, zaczęłam chodzić na treningi pewnej sztuki walki. Ponieważ już jako dziecko umiałam puszczać bąki na zawołanie i wypierdywać fragmenty znanych utworów, wszelkie skłony, brzuszki etc. budziły we mnie ogromny lęk, że puszczę soczystego, okropnego, śmierdzącego, a przede wszystkim głośnego bąka podczas tego typu ćwiczeń. Starałam się ćwiczyć zatem na ściśniętym zwieraczu.
Pewnego dnia ćwiczący niedaleko mnie nowy chłopak, który dopiero co dołączył do grupy, podczas robienia ciągu ćwiczeń polegającego na przeplataniu jednego mostka i serii pięciu brzuszków, zrobił właśnie to, czego ja obawiałam się już wiele tygodni - podczas brzuszków "wypierdział melodię". Bardzo głośno. Miała ona charakterystyczny rytm, który szybko skojarzył mi się ze znanym wówczas utworem. Wybuchnęłam nieopanowanym śmiechem, co oczywiście rozluźniło mój zwieracz. Wypierdziałam wtedy naraz chyba wszystkie zaległe melodie z kilku tygodni.
Z zażenowania szybko przeszłam z robionego właśnie brzuszka do mostka. Z całym impetem z siedzenia wygięłam się do tyłu - zapomniawszy o wystawieniu do tyłu rąk. Pieprznięcie mojej głowy o deski musiało być słyszalne na całej dzielnicy.
Oczywiście natychmiast wszyscy zlecieli się patrzeć, czy ze mną wszystko OK. Był pomysł - może karetka, może coś tam. Ale twardo mówiłam, że wszystko OK, zażenowana poświęcaną mi uwagą.
Następnej nocy wylądowałam na IP z rozpoznaniem wstrząśnienia mózgu.
Kiedy pani dr zapytała jak to się stało, zaczęłam się histerycznie śmiać i tak wypierdziałam dalszy ciąg melodii, który mi się skojarzył z Marszem Torreadora.
Mina lekarki sprawiła, że zaczęłam śmiać się jeszcze bardziej.
Tej nocy wypierdziałam chyba wszystkie znane mi utwory...
PS Dalej ćwiczę. Ale zmieniłam dietę i nie jem glutenu- pomogło!
Pająk ninja.
Ubzdurało mi się swego czasu pomalować podłogę w kuchni. Co też uczyniłam. Następnego dnia rano dokonuję oględzin i co? Pająk. Ogromny skubaniec przykleił się do podłogi centralnie przed kuchenką gazową. Myślę sobie - nic to. Pewnie od oparów emalii już nie żyje. Jednak dla pewności zostawiłam go przyklejonego na tydzień.
Wyobraźcie sobie moje przerażenie, kiedy podeszłam do niego ze zmiotką i szufelką, a ten po szturchnięciu zaczyna uciekać. Makabra.
Cały tydzień stał żywy, przyklejony i mnie obserwował. Do tej pory mam dreszcze, jak o tym myślę.
Mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, z którym utrzymywałam też znajomość w dorosłym życiu, zginął w tragicznym, koszmarnym wypadku. Przez długi czas nie mogłam się pozbierać. Musiałam brać leki uspokajające.
Przed pogrzebem usłyszałam od mojej mamy: "Tylko nie rycz na pogrzebie, bo ludzie pomyślą, że byłaś jego kochanką".
Bardziej współczuję zwierzętom niż ludziom. Dlaczego?
Gdy chodziłam jeszcze do podstawówki, byłam prześladowana przez uczniów z gimnazjum. Po kolejnej próbie wyłudzenia ode mnie pieniędzy (byłam spłukana, więc nic im nie dałam. Zostawili mnie wtedy w spokoju. Było to dziwne, ponieważ wcześniej stali przy mnie, dopóki nie załatwiłam tej sumy pieniędzy). Pobiegli, jak się okazało, do mojego domu. Bestialsko zamordowali mi psa. Młotkiem rozwalili mu głowę. Zmasakrowane ciało psa włożyli do worka na śmieci. Zostawili zakrwawiony młotek na miejscu oraz w skrzynce list z groźbami, że będę następna. Po tym wydarzeniu załamana powiedziałam wszystko rodzicom i nauczycielom. Sprawa trafiła na policję. Chłopcy za znęcanie się nade mną i wyłudzanie pieniędzy dostali to, co im się należało.
Ale niestety, to już nie przywróci do życia mojego pieska. Nadal tęsknię...
Pewien chłopiec naśmiewa się z mojego syna i mówi wszystkim w szkole, że jest adoptowany. Tylko dlatego, że ja pracuję w domu dziecka.
Dodam, że syn nie jest adoptowany.
A najlepsze/najgorsze jest to, że to właśnie chłopak, który śmieje się z mojego syna jest adoptowany i nie ma o tym bladego pojęcia...
Będą hejty, ale co mi tam.
Dwa lata temu poznałem (niech będzie) A.
Zaczęło się od niewinnych życzeń urodzinowych, a skończyło na tym, że pisaliśmy praktycznie bez przerwy 3 dni i 3 noce.
A. zwierzała mi się, jak bardzo źle ją traktują w domu, jak to jest cały czas upokarzana.. moja reakcja była natychmiastowa: wprowadź się do mnie!
No i się wprowadziła. Wprowadziła też swoje porządki, polegające na tym, że przez środek mojej maleńkiej kawalerki była tylko wąziutka ścieżka, wszędzie indziej góry jej ciuchów, kosmetyków, papierów i ona sama - na kanapie przed telewizorem maluje paznokcie.
Raz grzecznie poprosiłem, drugim już ostrzej powiedziałem ''zrób tu porządek, bo jak ja zrobię. to wszystkiego będziesz szukać na wysypisku''. To był błąd. Zaczęły się wyzwiska, że jestem chuj, że jestem taki sam potwór jak jej rodzice (to już wiem na czym polegało złe traktowanie i upokarzanie), że jak ja śmiem jej kazać sprzątać A SAM NIC NIE POSPRZĄTAM (pracowałem po 12h dziennie, nawet nie było kiedy naświnić).
Pałka się przegła, kiedy o tym, jak to źle ją traktuję (pominęła sprzątanie, zastępując je ciężką pracą w polu, do której ją zmuszałem) zaczęła wypisywać do swoich kumpli. Jednego z nich wysłałem na OIOM, kiedy on próbował tam wysłać mnie, i na pełnym wkurwie jej powiedziałem, że jak nie przestanie opowiadać głupot i nasyłać na mnie kolegów, to niech pamięta, że ja też mam kolegów i może się coś stać.
Chyba ją to przeraziło, bo próby wpierdolenia mi za ''wykorzystywanie'' jej urwały się.
Jednocześnie zaczęły się kłopoty finansowe, co oczywiście nie podobało się A. Co chwilę podsuwała mi nowe oferty pracy (mimo że pracę miałem), chyba myślała, że drugi etat wezmę... Na pytanie czemu sama nie znajdzie etatu, tylko mi szuka drugiego, wpadła w szał: ''Bo ty chcesz, żebym ja się męczyła! Żebym pracowała i żebyśmy się w ogóle nie widywali! Jak będę pracować, to sobie inne dupy będziesz sprowadzał!''.
Z mojej strony było krótko: "Idziesz do roboty albo wypierdalaj, nie chcę cię więcej widzieć".
Właśnie odebrała ostatni worek z ciuchami.
Od godziny w końcu święty spokój.
Pewnego słonecznego dnia, jak zwykle nudnego, postanowiłam zajrzeć na olx. Jako że razem z kolegą nie grzeszymy rozumem, nie mogło się to dobrze skończyć. Otóż co znaleźliśmy w dziale za darmo? Dwa stare wózki inwalidzkie. W sumie to czemu by nie wziąć? Zawsze byliśmy ciekawi, jak to jest na nich jeździć.
Odebraliśmy je, wyczyściliśmy i w drogę. Podjechaliśmy na most. Pod górkę jeszcze jakoś poszło, ale z hamowaniem gorzej. Stoi grupka ludzi, ja próbuję się nie śmiać i jakoś zjeżdżam, a kolega... Kolega zapoczątkował małą katastrofę :') Wjechał w słupek i wyklinając 5 minut wykręcał, po czym z rozpędu z akrobatyką godną szybkich i wściekłych wyleciał na kilka metrów do przodu na trawę.
Ludzie przerażeni lecą pomóc, a on wstał, otrzepał się, stwierdził "pierdolę, nie jadę", zabrał wózek i poszedł :D
Nigdy nie widziałam lepszego wyrazu twarzy u ludzi. Żeby hejtów nie było dodam, że ciekawość zaspokojona, a wózki trafiły do potrzebujących :)
Siedzę w autobusie.
Patrzę przez okno...
O nie! Jakiś chłopak żegna się z dziewczyną, rozkłada ręce, chce ją ewidentnie przytulić, a ta... zbija mu piątkę.
Współczuję, kolego :D
Kilka dni temu jadę autobusem. Wsiada babeczka z chłopcem na wózku. Dziecko niepełnosprawne. Jakiś autyzm czy coś. Postawiła wózek naprzeciwko maszyny do kupowania biletów. Odwróciła na chwilę wzrok. Nagle dziecko z impetem walnęło głową w maszynę.
Mogłoby się zdawać, że zrobiło to specjalnie Ja, kątem oka, zobaczyłam tylko zdezorientowaną twarz chłopaka, język wywalony na zewnątrz i oczy wychodzące z orbit. Matka od razu się nim zajęła. Głaskała i uspokajała.
Sęk w tym, że ledwo powstrzymałam się od śmiechu. I od tych kilku dni, za każdym razem jak sobie o tym przypomnę, to chce mi się śmiać.
Zabijcie mnie, ale to było takie komiczne!
Dodaj anonimowe wyznanie