Pamiętacie może wyznanie #GhARC? Napisałem je i teraz powracam, znowu się stało z moim życiem coś ciekawego.
Pozytywne przyjęcie moich wynurzeń dało mi bardzo dużo energii, wyszedłem między innymi przez to do ludzi. Nieuchronnie doprowadziło to do rozszerzania się kręgu znajomych. Poznałem Ewkę, wspaniałą kobietę. Rozumieliśmy się w sposób wykraczający poza zwyczajną komunikację werbalną, po prostu coś niesamowitego.
Z tego opisu można się bez trudu domyślić, że nie minęło dużo czasu i zacząłem się z Ewką spotykać. Było po prostu wspaniale, naprawdę, czułem się jakby ktoś mi dodał skrzydeł. Jednak, jak Ikar, musiałem sobie spaść, w dodatku w niezwykle spektakularnym stylu.
Poszedłem sobie z moim obiektem westchnień na imprezkę. Znaliśmy się wtedy nieco ponad miesiąc, spotykaliśmy też mniej więcej tyle, dlatego nawet nie chodzi mi o to, że przelizała się (bo całowaniem to trudno mi nazwać, przysięgam) z jakimiś trzema rosłymi byczkami. W końcu to nie był żaden związek, a zresztą przed samym aktem cielesnego zbliżenia z jej ust wyleciały słowa, które mnie potężnie uderzyły, po prostu się poczułem się jakby ktoś mi wbił gwóźdź w serce. Gadała sobie z jakąś koleżanką, po czym podeszła do mnie i rzekła "Wiesz, bo w sumie to umawiam się z tobą tylko dlatego, że wydajesz się bogaty, bo jesteś naprawdę najnudniejszą osobą jaką znam".
Przyznam, uderzyło mocno. Prawie się popłakałem, ale jakoś zapanowałem nad swoimi uczuciami, jednak chwilę później, kiedy postanowiłem to wyznać to jednemu z moich nowych kolegów, to ten odparł, że "w końcu ktoś mi to przekazał". Potraktowałem to jako taki pojedynczy, potężny kop w leżącego. Byłem bardziej zdenerwowany niż smutny, z trudnego do racjonalnego wytłumaczenia powodu zostałem na tej imprezie jeszcze około dwóch godzin (to właśnie w tym czasie udało mi się złapać Ewkę na odkrywaniu zakamarków jamy ustnej trzech mięśniaków). Zwinąłem się po tym do domu, nawet nie chciało mi się płakać w poduszkę.
I zastanawiam się, co jest ze mną nie tak, że przyciągam tak niebywale toksycznych ludzi, bo problem zdaje się leżeć we mnie.
Od kilku lat byłam uzależniona od prażonych pestek słonecznika, wiem, że pogarszało to mój stan zdrowia, bo zamiast jeść normalne jedzenie, jadłam pestki.
I z tego miejsca chciałabym pozdrowić moje 146 cm oraz Biedronkę, dzięki której nie dosięgam do półki z pestkami, a innego sklepu w pobliżu nie mam.
Tak oto Biedronka czasami ratuje zdrowie :)
Ja, wiek jakieś 7-10 lat. Upalny dzień w sierpniu. Dostałem od mamy 2zł i poszedłem kupić sobie ulubionego Big Milka, ale w czasie drogi żułem różową gumę orbit (no nie ma nic lepszego na tym świecie), kupiłem loda, i pojawił się dylemat. Nie doniosę loda do domu, bo się roztopi na dworze, a szkoda wypluwać gumę, bo przecież taka dobra. Cóż, młody ja wyjąłem gumę z buzi i położyłem sobie na głowę. Skutek był taki, że trzeba było ją usuwać razem z włosami i potem chodziłem z fryzurą "na mnicha".
Nie mogę z tym żyć, muszę to powiedzieć, wyrzucić z siebie. Jestem szonem, zdradziłem moją dziewczynę. Nie jestem puszczalski czy coś w tym stylu. Chciałem tylko "spróbować czegoś innego"
Przepraszam, prawa ręko, uwierz, że nic nie czuję do lewej, jest dla mnie nikim.
Od 2 lat mieszkam w internacie. Mieszkańcy naszego internatu są podzieleni na 5 grup, w każdej są 2 wychowawczynie. Na drzwiach pokoi mamy zawieszki z informacją kto tu mieszka. Ogólnie jestem bardzo aktywna, uczestniczę w praktycznie wszystkich zajęciach artystycznych, kulinarnych itp. Okej, ale o co chodzi?
Otóż na pierwszych zajęciach, wiadomo zabawna atmosfera, powiedziałam dla śmiechu, że mam na imię Kunegunda. Weszło. Tak głęboko, iż po 2 latach wychowawczyni myśli, że przedstawiam się/podpisuję innym (tym prawdziwym) imieniem, ponieważ się wstydzę bycia "Kunią". To nic, że dokumenty i wszystko jest inaczej. Byłej nauczycielki polskiego nie przegadasz.
Jestem facetem w wieku 23 lat. Rozstałem sie z dziewczyną, z którą byłem 4 lata. Jest mi teraz tak bardzo brak rozmów, kontaktu wzrokowego z płcią przeciwna, że w akcie desperacji zagaduję do kobiet starszych oraz do tak zwanych "moherków" w czasie jazdy do pracy żeby tylko porozmawiać.
O dziwo z miłą chęcią ze mną rozmawiają. Przykre...
W czasach przedszkola mieliśmy z mamą małą tradycję, każdej niedzieli po dobranocce moja rodzicielka nalewała pełną wannę wody i pozwalała się wyszaleć przed nadchodzącym tygodniem.
Jednak pewnego razu, w jedną z niedziel wpadłem na "znakomity" pomysł.. Czekałem aż usłyszę kroki mamy zmierzającej do łazienki, by natychmiastowo wstrzymać oddech, położyć się na brzuchu i dryfować w wannie niczym topielec.
Mama otworzyła drzwi, krzyk, panika, podbiegła by mnie wyciągnąć aż tu nagle niespodzianka! Synek podnosi głowę rozbawiony, gluty zwisają mu z nosa i dziwi się, że mama płacze. Kary nie dostałem, klapsa również, jedynie reprymenda oraz tulenie przez kilka dobrych minut.
Pomimo upływu lat, nadal zdarza mi się przeprosić mamę za ten żałosny wybryk...
Ps. Brak dobranocki na TVP 1 uważam za największą porażkę od czasów pamiętnej przegranej polskich hokeistów 0 do 20..
Moi rodzice od zawsze chętnie chodzili do lasu na grzyby lub jagody, najczęściej, żeby je sprzedać i trochę zarobić.
Gdy miałam ok 7 lat, zanim rodzice poszli do lasu, poprosiłam mamę o jakieś drobne, żebym mogła kupić sobie coś słodkiego. Dostałam coś ok 50 gr. (lata 90-te :)). Tego dnia szła z nimi ich dobra znajoma, taka moja "ciocia". Stwierdziła, że się dorzuci i że mogę z kieszeni jej kurtki, którą u nas zostawia na czas grzybobrania, sama sobie wziąć z drobnych też coś około 50 groszy, co też zrobiłam.
Mój ojciec zabronił mi kogokolwiek zapraszać do domu, kiedy byłam sama, ale to dla mnie nic nowego właściwie, bo nigdy nikt do mnie nie mógł przyjść.
W każdym razie siedząc sobie w domu i bawiąc się na balkonie, zobaczyłam na dworze syna tej mojej "cioci", Adama. Gdy zobaczył, że jestem w domu, postanowił przyjść do mnie, żebyśmy się razem pobawili. Wiedziałam co prawda, że zakaz itd itp, ale skoro moi rodzice są z jego mamą w lesie, uznałam, że nie będzie tak źle. Czas mijał, poszliśmy potem znowu na podwórko, wydałam moją złotówkę na groszki (nie zapomnę tego do końca życia) i wróciłam do domu, gdy moi rodzice już w nim byli.
Moja ciocia akurat się przebierała i ubrała tę swoją kurtkę, którą u nas zostawiła. Włożyła rękę do kieszeni i stwierdziła, że miała tam dwuzłotową monetę, której teraz nie ma.. Mój ojciec dostał szału. Skoro była, a nie ma, a ja grzebałam, więc pewnie ukradłam. Nie dał się przekonać, że wzięłam tylko 50 groszy, które ciocia mi pozwoliła. Nie i już, ukradłam! Mój ojciec krzyczał jak opętany, biegał po całym pokoju z pasem w ręce i kazał mi się przyznać, obiecywał, że jak to zrobię to nie dostanę lania. Byłam małą dziewczynką, która strasznie bała się swojego ojca, więc się przyznałam.. Miało obyć się bez kary!
Skończyło się potężnym laniem, miesiącem niewychodzenia z domu, bez telewizora (musiałam sama siedzieć w moim pokoju, kiedy rodzice oglądali), musiałam cały wielki zeszyt zapisać zdaniem "nie będę nigdy kradła", a że nie zdążyłam w wyznaczonym czasie, dostałam kolejne mega wielkie lanie...
Mimo, że okazało się, że to Adam, widząc kurtkę swojej mamy stwierdził, że "pożyczy sobie" od niej pieniądze na coś słodkiego.
Mimo, że ciocia do dziś ma wyrzuty sumienia, mój ojciec nigdy mnie nie przeprosił. Dla niego jestem złodziejką.
Szkoda tylko, że dziś, po 20 latach, to on zawsze wszystkim pieniądze z portfela podkrada, kiedy ktoś zostawi go na wierzchu, żeby mieć na alkohol...
Dzięki tato.
Dostałam się do najlepszej szkoły w mieście, nawet nie oczekując, że niektóre sytuacje doprowadzą mnie do tak wielkiego śmiechu.
1. Pan od informatyki, na oko jakieś 50-55 lat. Poszedł na boisko, przyniósł martwego gołębia i powiedział do niego "Spokojnie Andrzeju, już wszystko dobrze", kazał nam zrobić zdjęcie Andrzeja i obrobić tak, żeby latał.
2. Ksiądz, 35 lat, postanowił poznać moją klasę lepiej i rozdał karteczki, żebyśmy ewentualnie pytania do niego zadali anonimowo. Pierwsze pytanie - "Skoro homoseksualizm jest wbrew Kościołowi, dlaczego w męskim odbycie znajduje się punkt G?" Drugie pytanie -"Brokuł Bartek to Bartosz czy Bartłomiej?" Ksiądz dał każdemu obecnemu 5 (może 15 osób z 35) i kazał iść na przerwę.
3. Po raz kolejny cudowny informatyk. Kilka osób zapytało, co zrobić, żeby dostać 6 na semestr. Odpowiedź: "Zaimponować mi, tak jak Maciek z 2 liceum, on zrobił przysiad na jednej nodze, no i dostał 6".
4. Tym razem pani od geografii. Oddanie sprawdzianu ze stolic Afryki. Zatrzymuje się przy pewnym chłopaku i zaczyna kiwać głową z uznaniem. Mówi, że ona już różnych głupot się nasłuchała w życiu, ale że stolicą Etiopii jest Addis Ameba, to jeszcze nigdy nie słyszała.
5. Dzień ucznia, moja klasa proszona na aulę. Istotne jest to, że ogrzewanie włączyli dopiero w połowie listopada, przez wymianę kaloryferów. Dyrektor przebrany za Zeusa dumnie siada na tronie, przygotowanym z zwykłego szkolnego krzesła i dwóch kawałków kartonu. Ksiądz, posłaniec Bogów, oświadcza, że zgubił skrzydła. Podbiega do drzwi po puszkę red bulla i krzyczy na całe gardło "RED BULL DODA CI SKRZYDEŁ", po czym zakłada na plecy różowe skrzydła wróżki. Podbiega do dyrektora i wyciąga Prometeusza spod ławki. Rozgniewany Zeus krzyczy na Prometeusza, że podarował ludziom ogień, a znudzony ksiądz odpowiada "A ja się mu nie dziwię, co miał zrobić jak KOMUŚ - patrzy z wyrzutem na dyrektora - zachciało się wymieniać kaloryfery?!"
6. Tego samego dnia, z okazji dnia ucznia wszyscy nauczyciele zebrali się i ustawili na scenie. Nie wiadomo o co chodzi, aż tu nagle słychać pierwsze nuty tak dobrze znanej piosenki - Despacito.
7. Ostatnie już w tym wyznaniu, bohaterem jest uwielbiany przez nas ksiądz, który nikomu nie chce podać swojej nazwy na snapchacie, wchodzi do klasy, włącza popularną ostatnio piosenkę Katy Perry i tańczy jak chłopak z teledysku.
Nikt mi nie wmówi, że ta szkoła jest nudna.
Byłam weganką. Urodziłam się w rodzinie wegan i praktycznie przez około 20 lat nie jadłam produktów odzwierzęcych, nie nosiłam skórzanych ubrań, nie miałam naturalnej pościeli ani wełnianego koca. W dodatku byłam nadęta. Uważałam się za lepszą od "mięsożerców", a w przekonaniu tym skutecznie utwierdzali mnie rodzice.
Na studia wyjechałam do innego miasta. Rodzice nie mieli już na mnie takiego wpływu jak kiedyś. Kiedy w internecie trafiałam na jakieś dyskusje weganie vs nieweganie, odkrywałam, że często to ci drudzy mają sensowniejsze argumenty. Poznałam paru fajnych ludzi, z którymi mogłam pogadać o weganizmie bez nerwów, nie próbowali mnie na siłę przekonać do zmiany diety, ale jednocześnie również dawali mi powody do zastanawiania się, czy to co robię ma sens.
I tak w końcu powoli, małymi, bardzo małymi krokami, zaczęłam rzucać weganizm. Wszystko przychodziło stopniowo, poznawałam nowe smaki. Nie wszystkie przypadły mi do gustu, ale i tak znacznie rozszerzyłam swoją dietę. Gdy rozwaliły mi się zimowe buty, kolejne kupiłam skórzane - było to 7 lat temu i dalej je mam, chociaż poprzednie buty wytrzymywały tak średnio dwie zimy. Zmiana pościeli na naturalną przyniosła mi lepszy sen. No i odeszło mi z życia dużo stresu, bo kiedyś musiałam sprawdzać każdy kosmetyk czy nawet lek, czy przypadkiem nie ma w sobie nic odzwierzęcego.
Walczę o zwierzęta w inny sposób. Kupuję jajka tylko z wolnego wybiegu, a mięso ze sprawdzonych miejsc, a nie z marketów. Wpłacam często pieniądze na fundacje walczące o lepsze warunki dla zwierząt gospodarczych. Nie popieram noszenia futer ani wykorzystywania zwierząt w cyrkach. I co najważniejsze, nie jestem zołzą, która każdemu wciska na siłę swoje poglądy. Zmieniłam się na lepsze.
Dodaj anonimowe wyznanie