Pora dodać coś od siebie.
W moim domu nigdy się nie przelewało, głównie z powodu rozwodu rodziców. Mieszkałem z matką wraz z dwójką rodzeństwa, niestety nie mogę powiedzieć, że moja matka była dla mnie mamą. Lała mnie ręką czy pasem za słabe oceny (a zawsze powtarzała, że uczę się dla siebie), nawet gdy spotkałem się z ojcem, który mieszkał niedaleko.
Obiecałem sobie, że moje dzieci będą miały inaczej, po prostu lepiej. Po zakończeniu szkoły od razu poszedłem do pracy. Miałem dziewczynę, z którą planowałem wspólne życie. Szybko podjąłem decyzję o małżeństwie, ponieważ miałem dobra pracę i niezłe wynagrodzenie. Żona nigdy nie pracowała, zaraz po zakończeniu przez nią szkoły zamieszkaliśmy razem.
Niedługo potem urodził mi się syn, byłem przeszczęśliwy, w końcu mogę mu dać wszystko czego zapragnie i czego ja nie miałem. Zmieniłem pracę, dzięki temu więcej zarabiam, niestety jestem rzadziej w domu (kierowca zawodowy).
Kupiliśmy ładne mieszkanie, całkiem porządny samochód, na wszystko było nas stać. Wszystko robiłem dla nich, aby nigdy nie było sytuacji, w której czegoś nam zabraknie.
Zapragnąłem mieć coś dla siebie, samochód, nie z górnej półki, ale dość kosztowny. Dla żony był to zawsze drażliwy temat, bo "po co ci to, chcesz się tylko pokazać, nie stać nas..." (zarabiam dwie średnie krajowe).
Przez 8 lat mojej pracy nie kupiłem dla siebie praktycznie niczego, zawsze było dla nich lub wspólne. Żona nie pracowała, zajmowała się mieszkaniem i synem.
Często się kłóciliśmy, o wszystko, głównie o pieniądze. Nie z powodu ich braku, ale z nadmiaru. Ja chciałem żyć, korzystać z tego co mam teraz, bo nigdy nic nie miałem. Ona chciała oszczędzać, odkładać lub wydawać na siebie.
Właśnie jesteśmy w separacji i w najbliższym czasie będziemy brać rozwód.
Boli mnie to, że moje zdanie nigdy się nie liczyło, że to wszystko tak łatwo się popsuło. Tak naprawdę nigdy nie byłem ważny, ważna była "stabilność finansowa".
Jestem zadbaną, drobną młodą kobietą o bardzo delikatnej urodzie. Często zaczepiają mnie mężczyźni, tego wieczoru nie było inaczej.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, a ja stoję na przystanku.
Dobra, nie przeciągając... okrąża mnie czterech facetów. Padają teksty w stylu "ale cię wygrzmocimy".
Co robię ja? Puszczam tak głośnego bąka, że dwóch z nich podskoczyło. Pierd okazał się być równie śmierdzący, co głośny, więc chyba zdegustowani goście postanowili się oddalić bez słowa.
Cóż... zwykle nie przeszkadzają mi moje gazy, ale tym razem to i ja musiałam odejść kawałek, tak piekło po oczach.
Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają. Cóż, mi jednak dają. Mogę śmiało powiedzieć, że zarabianie to moja największa pasja. Zacznę od tego, że pochodzę z biednej rodziny. Jako małe dziecko nie zdawałam sobie sprawy z naszej sytuacji materialnej, jednak z czasem, gdy podrosłam, zaczęłam coraz więcej na ten temat rozumieć. Dziś widzę, jak bardzo negatywnie to na mnie wpływało. Nigdy na nic nie było nas stać. Nawet na podstawowe rzeczy, już nawet nie wspominam o jakichś zajęciach dodatkowych, wycieczkach, czy nawet moich dziecięcych zainteresowaniach. Nie winię za to moich rodziców, ale mam żal do matki o to, że słyszałam od niej rzeczy w stylu "to nie dla takich jak my", "nawet o tym nie myśl, nigdy nie będzie nas stać", "może inni tak mają, ale to nie dla nas". Przez to dorastałam z poczuciem, że jestem gorsza, że nigdy nie będę na takim poziomie, jaki dla moich koleżanek czy kolegów jest normą.
Teraz, po latach, jestem samodzielna, mam dwie wspaniałe córeczki. Kocham je ponad życie i jestem szczęśliwa, że nie muszę im wszystkiego odmawiać. Mogę im i sobie zapewnić życie, którego nie zapewnili mi moi rodzice. Nie wychowuję ich na materialistki, ale uczę, że fakt, że czasem nie możemy sobie na coś pozwolić nie czyni nas gorszymi, i że marzenia można spełnić, nic nie jest od razu niemożliwe. Jeśli kiedy dorosną, będą chciały zwiedzić jakiś kraj, uczyć się gry na instrumencie czy robić cokolwiek innego, ja będę mogła im to zapewnić, zadbać o ich szczęście i rozwój. Dzięki temu, że zarabiam, moje dzieci nie muszą jeść trzy razy dziennie kanapek z najtańszym pasztetem, mogę im dać owoce, zabierać do restauracji, aby poznały nowe smaki.
Wyjście z biedy, to, że moja rodzina nie musi żyć od pierwszego do pierwszego, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mnie w życiu spotkały. Pieniądze pozwoliły mi spełnić największe marzenie z dzieciństwa, dzięki nim nie czuję się już kimś gorszym, bezradnym, bez nadziei na spełnienie marzeń.
Przykre jest to, że dla kogoś, kto nie zna mojej przeszłości będę egoistyczną, pustą materialistką. Dla mnie to po prostu zaradność i poczucie wytęsknionej w dzieciństwie wolności.
Mój ojciec lubi grzebać w moich prywatnych rzeczach. Ostatnio w jednej z szafek szukał nożyczek, bo chciał coś przeciąć, a w tym czasie nie było mnie w domu. Może nie byłoby nic w tym takiego dziwnego, ale znalazł tam kartkę ze wszystkimi naklejkami Roberta Pattinsona, jakie udało mi się znaleźć. Do tego były dopiski typu „Hot Edward”, „Bierz mnie” i zrobione „całuski” z odbitej pomadki do ust. Zrobiłem tę kartkę, bo moja koleżanka uwielbia Zmierzch i Edwarda i chciałem dać to na jej zbliżające się urodziny.
Mój ojciec nie za bardzo wierzy w te tłumaczenia i myśli, że zakochałem się w chłopaku.
Moja dziewczyna ma w domu wiele zwierząt. Wśród nich wyróżnia się wesołe stadko świnek morskich. Często myślę o tym, że chętnie bym je zjadł. Kiedy jej o tym powiedziałem, jakoś tak dziwnie na mnie patrzy...
Dni naszego związku są chyba policzone... a ja nie potrafię przestać myśleć, jak pyszne byłyby te świnki.
Spotkałam chyba najgłupszego złodzieja, jaki chadza po tej ziemi.
Rzecz działa się latem. Jestem wielką fanką rowerów (może kojarzycie moje wyznanie o chłopaku na rajdzie rowerowym, który panicznie bał się dziewczyn z okresem? to znowu ja) i poza rajdami spędzam sporą część wakacji również na siodełku rowerowym. Tak było też tego dnia. Pojechałam wraz z czwórką znajomych w góry, dojechaliśmy na przełęcz, rowery oparliśmy o jeden stolik piknikowy - żeby nie było, że zajmowaliśmy miejsca, nie było nikogo poza nami - przy drugim usiedliśmy. Jemy, pijemy, ogólny chill. W międzyczasie podjeżdża samochód, wysiada dwóch młodych chłopaczków. Podchodzą do tablicy informującej o szlakach w okolicy, rozglądają się - nic nadzwyczajnego. Jeden z nich idzie w stronę auta, przechodząc obok rowerów. I nagle...
I nagle zabiera jeden z nich, wsiada na niego i zaczyna jechać. My szczęki do ziemi, nie ogarniamy, co się dzieje. Kolega najbardziej przytomny krzyczy "gonić go!", lecimy do rowerów i gonimy delikwenta, koleżanka w ostatniej chwili zostaje, żeby pilnować rzeczy, które byśmy zostawili. Tu ważna informacja - w obie strony od przełęczy droga schodzi w dół, i to ostrymi zakrętami. Wbrew pozorom szybka jazda w takim terenie jest naprawdę trudna, nauczenie się jej wymaga wiele praktyki, a wejście w jeden zły zakręt może skutkować wypadnięciem z drogi i kalectwem do końca życia.
Tak więc pomykamy w dół i już po niedługiej chwili widzimy naszą ofiarę (fakt, zrobiliśmy głupio, jadąc w grupie, ale emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Wy nigdy tak nie róbcie ;)), siedzimy mu niemal na ogonie, aż stało się to, co było do przewidzenia - chcąc przyspieszyć, nie wyhamował odpowiednio przed zakrętem i wypadł z niego.
Na szczęście rowerowi wiele się nie stało, bo wpadł na jakieś krzaki, trochę do ustawienia i będzie żył, gorzej z kierującym, bo zdarte kolana i łokcie, podrapana twarz od krzaka. Dzwonię na policję, spisali i dali mandat. Była kwestia sprawy sądowej przeciw niemu, nie wiem, jak się to potoczyło. W każdym razie byli równie rozbawieni, co my.
Tak więc jeśli chcecie kraść rowery, upewnijcie się, że nie ma w pobliżu właściciela :D
Zdawałem dzisiaj egzamin na prawo jazdy. Po bardzo dobrej jeździe zaparkowałem, zaciągnąłem hamulec ręczny, zgasiłem silnik, odebrałem gratulacje od egzaminatora, uścisnąłem mu rękę i zwymiotowałem.
Kiedyś byłem świadkiem wypadku - facet potrącił autem kobietę w średnim wieku. Na szczęście nic poważnego jej się nie stało, ale wszyscy wokół z przerażeniem patrzyli jak jej noga, która oderwała się od ciała, toczy się kilkanaście metrów i wpada pod przejeżdżającą nieopodal ciężarówkę, która trzaska ją na drobne części. Tak, to była tylko proteza nogi tej kobiety.
Dzisiaj mój mąż wszedł do sypialni, otworzył szafę, chwilę pomyślał i stwierdził: "To prawdziwa magia! Zostawiam moje brudne ubrania na podłodze, a niedługo potem widzę je czyste i poskładane w szafie".
Tak Kochanie, to wszystko to magia, a ja jestem twoją Czarodziejką :)
Dziś rano dostałem długo wyczekiwany telefon odnoście rozmowy kwalifikacyjnej. Byłem podekscytowany i musiałem sobie zanotować podstawowe informacje odnośnie daty, godziny i miejsca spotkania. Włączyłem w telefonie głośnik, podszedłem z nim do biurka i szybko podniosłem pliczek żółtych, samoprzylepnych karteczek.
W moim ręku została jedna, a cała reszta spadła na klawiaturę uruchamiając zatrzymany wcześniej film (tak jeden z TYCH filmów, co myślicie). Nim zdążyłem go wyłączyć padło zdanie: "O tak, uderz mocniej, nie jestem twoją matką".
Jutro mam spotkanie. No nic, trzymajcie kciuki :)
Dodaj anonimowe wyznanie