#JfOJ1

Pracuję w firmie marketingowo-informatycznej. Moim zadaniem jest dostarczanie analizy klientom. Jednak mam takich klientów, że pomimo regularnych analiz nic z tym nie robią (zero kontaktu), więc zamiast audytować, siedzę już trzeci miesiąc w pracy po 8h i przeglądam neta i oglądam filmy. Raz na jakiś czas wysyłam im w kółko to samo, a pracodawcy składam raport, ile to ja nie zrobiłem w tym miesiącu (i oczywiście słyszę, że dobrze wykonuję swoją robotę).

#CKLgK

Będąc w trzeciej lub czwartej klasie podstawowej, puściłam w szkole "mokrego bąka". Sytuację szybko opanowałam w łazience chusteczkami oraz mydłem, które na szczęście zniwelowało zapach. Majtki były białe, a plama pod wpływem wody straciła na intensywności, natomiast zakreślała szerszy obszar.

Mama, robiąc pranie, zauważyła to i przyszła do mnie, zaczynając wykład o... okresie! Ze wstydu wolałam słuchać, jak to jest z tym okresem, niż się przyznać. Bardzo się zaangażowała, nawet kupiła mi podpaski z kwiatkami dla nastolatek i mówiła, że mogę się "pochwalić koleżankom" jaka jestem dorosła. Dodała też, że okres z początku jest bardzo nieregularny, więc będziemy obserwować ten stan.

Miała rację, bo "drugiego okresu", a tego pierwszego prawdziwego dostałam dopiero dwa lata później, pod koniec podstawówki.

Nigdy jej nie wyprowadziłam z błędu.

#YFpWX

Mój kuzyn ma siedem lat i jest to serio dziwny dzieciak. Jak uważa moja babcia oraz mama: wszystko to z winy jego rodziców.

R. od początku był wychowywany na zasadzie "kupimy ci wszystko, co tylko się da". Czyli co pierdnął, to już miał, a nawet zanim zdążył pierdnąć, już to dostawał. W rezultacie jego pokój do teraz jest jedną, wielką graciarnią, gdzie są wszelkiego rodzaju zabawki, którymi R. w sumie to nie potrafi się bawić i tylko nimi rzuca, rozwala albo się ich boi. Co śmieszne, zabawki najczęściej kupowali mu rodzice oraz rodzice od jego matki, czyli jego dziadkowie.

Poza milionem zabawek, R. ma również milion innych rzeczy. Ciuchy, gadżety, śmieciowe akcesoria. A jeśli jeszcze chodzi o ubrania - nie wynosił ani połowy z nich. Nie raz widziałem jak ciocia (jego mama) wyrzuca NOWE, podarowane np. przez nas komplety ubranek dla młodego.

Ze względu, że nigdy nie wiedzieliśmy co młodemu kupować na święta czy urodziny - bo w końcu miał wszystko - ograniczaliśmy się do paru słodyczy, kasy w kopercie i jakiegoś ładnego ubrania. Co potem lądowało na śmietniku, tak, nawet słodycze, bo R. ich nie chciał, więc nie mogły być w domu.

R. wyrósł na młodego szantażystę, któremu wszystko wolno, może rozrabiać, rozwalać oraz rządzić się własnymi prawami, chceniami. Wszystko uchodzi mu od zawsze płazem. Jak coś rozwali, rzuci uśmiech, rodzice odkupią, a ciocia czy babcia wybaczy. Dodatkowo kręci się, nie potrafi wysiedzieć, nie wie co to czyjś ból i potrafi go sprawić (np. uderzając celowo babcię w głowę dziadkiem do orzechów, bo to "młotek ha, ha"). Jest specyficzny. Chce skupiać na sobie uwagę, często nie chce jeść i nawet zaczął obmacywać kobiecą część społeczeństwa (od mamy, po ciocie, kuzynki itd. aż do nauczycielki angielskiego!).

Dodatkowo R. śpi nadal z mamą. Bo sam rzekomo spać "nie potrafi, budzi się". Już nie raz rodzice młodego zostali ochrzanieni, bo cholera, co to ma być. Młody przez ten kontakt z mamą jest z nią bliżej niż ona (mama) ze swoim mężem. R. potrafi mamę pocałować w usta po parę razy, trzymać jej piersi i się z tego cieszyć, komentować jej "wielkie cyce" (sam to wymyślił) i nawet mówić, że ją kocha i to ona jest jego żoną.

Obrzydza, dziwi i irytuje mnie ta część mojej rodziny. Nic sobie nie robią z tego, że robią krzywdę temu dziecku. Ciocia z młodym się maca przy stole na świętach, wujek (jego tata) na wszystko dumne patrzy, a choćby babcia zwraca uwagę na ich zachowanie, a ciocia tylko się zawstydza i rzecze coś na styl "oj R., przeestań, w doomuu".

Nawet pisząc to, jestem oburzony. Serio. Nikt i nic na nich nie wpływa, nawet uwagi ze strony szkoły - niejednokrotnie byli wzywani, bo młody np. usiadł na kolana nauczycielce i powiedział, że ją kocha i ma "fajne cyce".

Skandal.

#pZ899

Ostatnio poznałam dziewczynę mojego starszego syna.

Byłam wykończona po całej nocy pracy (jestem weterynarzem i przeprowadziłam wielogodzinną operację). Wchodzę sobie do domu, a w kuchni stoi zupełnie obca mi dziewczyna, ubrana tylko w za dużą koszulkę i męskie bokserki. Byłam tak nieprzytomna, że tylko usiadłam przy barku i powiedziałam: "Jak już tam stoisz, to zrób mi herbatę, OK?"
Dziewczyna nie wiedząc chyba za bardzo co ma robić zrobiła mi tę herbatę i stała nade mną niepewnie, aż jej nie wypiłam. Po wypiciu powiedziałam jej, że jestem zmęczona, więc idę spać i żeby nie zapomniała odrobić lekcji (nie mam pojęcia o co mi chodziło).

Syn przez cały ten czas był w łazience (brał kąpiel), więc zastał nas, gdy już wychodziłam z kuchni. Podobno kazałam mu zmienić pościel i poszłam do siebie.

Nie ma to jak pierwsze wrażenie.

#64lMT

Do sklepu, w którym pracuję przychodzi bardzo dużo głuchoniemych osób. Pracują w zakładzie nieopodal i często wpadają na zakupy. Nie zawsze idzie się dogadać. Albo pokazują palcem, albo piszą na kartce co chcą kupić.

To w większości bardzo miłe osoby. I często zawstydzone, jakby mieli poczucie, że sprawiają kłopot.
Postanowiłam zrobić coś od siebie, by lepiej się poczuli. Kupiłam duży, kolorowy notes i śmieszny długopis.
I zapisałam się na kurs języka migowego...
Ot, takie moje nowe hobby.

Nigdy nie zapomnę tych zdziwionych i uśmiechniętych twarzy, gdy zaczęłam "migać" dzień dobry, do widzenia i dziękuję.
Idzie mi coraz lepiej, a radość na twarzach moich klientów kiedy życzę im miłego dnia w ich języku umacnia mnie w przekonaniu, że naprawdę było warto :)

#25rCb

Na pewnym lubelskim osiedlu, niedaleko centrum, straszy duch czerwonoarmisty z pobliskiego cmentarza. A przynajmniej zaczął straszyć ok. 10 lat temu.

Moja praprababcia, po zesłaniu na Syberię, zdołała wrócić do Polski i przywiozła ze sobą obłędną czapę oraz szal z białych lisów. Odziedziczyła ten ubiór jej wnuczka, a po niej - prawnuczka, czyli ja. Zestaw zarąbiście ciepły, z historią, ale wyglądający jak nowy, zatem nic, tylko nosić. Zwłaszcza gdy szaleją dzikie mrozy, a pies musi kupkę. Psu mróz -25* nie przeszkadza nic a nic. Nawet o 11 wieczorem.

Zatem wzdycham, wkładam spodnie, na to drugie, luźniejsze, jeszcze wysokie buciory, długi, gruby płaszcz, rękawice, szal, czapę z lisa i dopiero mogę iść na pobliską łąkę z moim Fafikiem. Wyglądam strasznie, ale trudno, wolę wyglądać jak strach na wróble, niż żeby mi tyłek zamarzł.

W pobliżu ww. łąki jest sporo drzew i krzaków. Fafik w najlepsze buszuje w śniegu, ja tupię i marznę mimo wszystko. W słuchawkach utwór w stylu "The Bogatyr". Żeby się rozgrzać, zaczęłam tańcować w rytm. Nastrój dziki. Wymachy, przykuce, podskoki. Pies już pół godziny myśli, która zaspa bardziej godna jego kloca, a ja swoje, w małej śnieżycy.

Byłam PEWNA, że nikt nie może mnie widzieć. Raz, że zadupie, dwa, środek nocy, mróz i śnieg. Ale... ale znaleźli się amatorzy gorzałki, którzy mimo wszystko siedzieli w krzakach i mnie podziwiali. Zorientowałam się, gdy zaczęli uciekać świńskim truchtem. Cóż, wstyd. Zgarnęłam psa i uciekłam do domu.

Tylko potem ktoś na osiedlu rozpowiadał, że w mroźne noce straszy w okolicznej zieleni poległy na wojnie ruski sołdat... najpierw jeden ktoś, potem drugi, a na koniec pół osiedla o tym huczało. Ba, nawet sporo osób go widziało. Ale tylko raz jak tańcował, za to wiele razy jak się snuł i zawodził.

Żodyn nie wie, że to ja. Żodyn nie wie, że ten sołdat to ja i nie zawodziłam, tylko przez szalik na gębie usiłowałam nakłonić Fafika, żeby szybciej srał, bo dochodzi już północ.

#TfIYR

Pracowałem w sklepie z RTV i AGD. Przyszło do mnie małżeństwo już po 60 i chcieli kupić odkurzacz. Ale nie byle jaki, tylko z reklamy, gdzie nie budzi on dziecka, bo jest bardzo cichy. Jednak małżonek nie dowierzał, więc położył się na wykładzinie, a 4 metry dalej żona włączyła odkurzacz. Po chwili on wstał i powiedział "rzeczywiście, ale cichy, bierzemy!".
To była najdziwniejsza sytuacja w mojej pracy. :D

#LxPS5

Sytuacja z dzieciństwa.
Kiedyś wyszedłem na dwór i nogi zaczęły mi się plątać. Wróciłem do domu i powiedziałem dla mamy, że w tych butach nogi mi się plączą. Mama zdziwiona, no ale cóż, dała mi drugie buty. Wychodzę i znów ta sama sytuacja, więc wracam. "Mamo, w tych butach też mi się nogi plączą". Mama wystraszona, nie wie co się dzieje, ja też nie. Mierzy mi gorączkę, sprawdza, czy coś mi się stało. Wszystko oka,y więc o co chodzi? Idzie do pokoju na chwilę odłożyć termometr i patrzy - kubek. Zagląda, a tam... wino.

Okazało się, że ja, mały gnojek nie znający świata, szukałem czegoś do picia. Był tylko karton w lodówce, więc myśląc, że to sok, wlałem sobie.


PS Dobre było :D

#wHZJt

Od wielu, wielu lat jestem kawalerem. Mniejsza o powody, dobrze mi się tak żyje i nie bardzo chcę to zmieniać. Niestety moja rodzinka ciągle suszy mi o to głowę i dopytuje, kiedy wreszcie się ożenię. Zawsze zbywałem ich odpowiedzią, że wezmę ślub tylko i wyłącznie w sobotę 29 lutego. Początkowo się na to nabierali i cieszyli, że szykuje się weselisko, dopiero po chwili załapywali, że 29 lutego to tylko raz na cztery lata, a 29 w sobotę to już w ogóle raz na kilkanaście lat.

Ostatnio jednak babcia zgasiła mój głupi uśmieszek oznajmiając, że powinienem już zacząć rozglądać się za salą i orkiestrą, wszak za dwa lata zmieniam stan cywilny. Sprawdziłem, ma starowinka rację, najbliższy dodatkowy dzień roku wypada w sobotę.

Zawsze uchodziłem za człowieka honorowego, który dotrzymuje słowa. To teraz chyba, psia kostka, muszę się zabrać za znalezienie odpowiedniej kandydatki, lokalu, fotografa i całej tej oprawy, wszak terminy gonią ;)

#nUEGD

Razem z mężem i synkiem mieszkamy w bloku, oczekując na koniec budowy naszego domu. Mimo że mieszkanie, w którym tymczasowo mieszkamy jest jednym z tego typu, gdzie jak głośniej puścisz bąka, to sąsiedzi usłyszą, nigdy nie było większych problemów. Do czasu.

Moja sąsiadka z góry zaszła w ciążę. Chociaż sam fakt wydania na świat potomstwa jest piękny, jej zachowanie już mniej.
O ciąży mojej sąsiadki dowiedział się cały blok, gdyż ta postanowiła zawiesić kartkę na tablicy ogłoszeń. Na kartce napisane było "Proszę o trzymanie zwierząt w budynku na rękach, ponieważ jestem w ciąży. Sąsiadka z XX".
Następnym krokiem było torturowanie nas Mozartem o 01:00, ponieważ jej dziecko w brzuchu nie mogło usunąć. Zmieniała głośność, żeby ukoić syna lub córkę.
Następnie pojawiło się wybieranie pokoiku dla dziecka. Słyszałam hałasy i poszłam prosić o ciszę ze względu na porę (24:00), co zobaczyłam? Sąsiadka siedziała na podłodze i płakała. Mądra sąsiadka wyczytała, że należy wziąć arbuza (jeśli chce się, żeby była dziewczynka) i zrzucać go z wysokości swoich ramion w każdym pomieszczeniu domu. Tam, gdzie arbuz się rozbije, to idealne miejsce na pokoik. Płakała, bo arbuz rozbił się w kuchni i w łazience. Stanęła przed poważnym dylematem.
Kilka dni temu na tablicy ogłoszeń pojawiła się kolejna kartka. "Proszę wszystkich o rzucenie palenia, alkoholu lub hazardu, ponieważ jestem w ciąży i chcę dobry przykład dla dziecka". Cytat dosłowny.

Coś czuję, że pojawi się druga część..
Dodaj anonimowe wyznanie