#cE74j

Ostatnio dostałem pierwszą pracę - sprzątanie, sprzedaż napojów i oprowadzanie nowo przybyłych klientów po siłowni. Nie jest to praca marzeń, ale ponieważ mam 19 lat, to dopiero zdobywam doświadczenie (nie oczekiwałem niczego więcej na początku).

Po dokładnie 3 tygodniach pracy na tej siłowni zostałem wezwany na "dywanik" do szefa...
Okazało się, że mój (teraz już były) pracodawca przeglądał mój profil na fb, na którym znalazł polubienie strony Anonimowe...
Zaczął się wydzierać, że już raz miał do czynienia z takim ewenementem, co zamiast pracować czytał "jakieś pierdoły"...
Eh... Jak żyć??? :/

#sCuO4

Mam siostrę osiem lat starszą. Nigdy się nie dogadywałyśmy, głównie dlatego, że jej po prostu nie dało się lubić. Sztywna, oschła, przemądrzała, zawsze wszystko wiedziała lepiej od innych, każdego musiała poprawić. Nie miała żadnych znajomych, przyjaciół, nie pamiętam, by kiedykolwiek miała jakiegoś chłopaka. Nigdzie nigdy nie wychodziła, z nikim się nie spotykała, nie wiodła żadnego życia - knajpy, urodzin, spotkań, zupełnie nic. Do trzydziestego któregoś roku życia mieszkała z naszą matką. Miała swój pokoik i tam sobie siedziała. Pracowała jako urzędniczka, taka typowa biurwa w koku. Przy stole na rodzinnych imprezach irytowała nawet stare ciotki. Na każde wypowiedziane zdanie miała jakąś odpowiedź, do każdego jakiś komentarz. Była nie do zniesienia. Nigdy nie potrafiłam się z nią porozumieć. Kiedy wyprowadziłam się na studia, zerwałyśmy kontakt.

Dopiero gdy ostatnio przeszła załamanie nerwowe, dowiedziałam się, że przez całe dzieciństwo była molestowana. Wiedziała o tym nasza matka, ale nigdy z tym nic nie zrobiła. Myślę, że z czasem uwiązała siostrę do siebie i obie nie potrafiły się z tego wyplątać. Nie rozmawiałam z siostrą odkąd wyszła ze szpitala. Nie potrafię spojrzeć jej w oczy. Nie ma słów, którymi mogłabym przeprosić ją za te wszystkie lata, przez które nią pogardzałam. Nie potrafię wybaczyć sobie, że też ją krzywdziłam, szydziłam, przezywałam przegrywem, cnotką niewydymką, biurwą, sztywniarą, królową lodu. Nie mogę przez to spać. Nie potrafię nawet nikomu się wygadać, bo nie chcę przyznawać się, jak złym człowiekiem potrafiłam być wobec bliskiej osoby. Czuję do siebie wstręt.

#zFMCf

Czytając tu wyznania o przypadkach, kiedy ludzie robili sobie krzywdę przy chodzeniu, leżeniu, staniu, siedzeniu czy innych, teoretycznie niezagrażających życiu i zdrowiu czynnościach, nie dowierzałam. Aż do dzisiaj.

Przekomarzałam i wygłupiałam się z moim chłopakiem. W którymś momencie, kiedy oboje mieliśmy brzuchy obolałe od śmiechu, poprosił, żebym podała mu wodę. Wstałam, żeby spełnić jego prośbę, a kiedy wróciłam z butelką upragnionej cieczy w ręku, postanowiłam kontynuować nasze przekomarzanki.

To był błąd.

Wyciągnęłam rękę z butelką, tak żeby znajdowała się poza jego zasięgiem i pochyliłam się nad nim, siedzącym na kanapie, chcąc go pocałować. Wtedy on nachylił się do przodu, doskonale rozumiejąc moje intencje i...
z ogromnym impetem zderzyliśmy się przednimi zębami. Odrzut był tak duży, że zatoczyłam się do tyłu. Spojrzeliśmy na siebie zdezorientowani i oszołomieni i wtedy poczułam coś twardego na moim języku. Pospiesznie wyciągnęłam to i położyłam na dłoni i zobaczyłam... a jakże. Kawałek zęba z odrobiną krwi. Przerażona podbiegłam do lustra i zaczęłam szukać jakiegoś ubytku, jednak nic nie znalazłam. I wtedy mnie oświeciło. Kazałam mojemu chłopakowi otworzyć usta, a kiedy spełnił moją prośbę zobaczyłam jego jedynkę, a raczej jej częściowy brak. Jak to już mam w takich sytuacjach, zaczęłam się histerycznie śmiać. Chłopak początkowo był zdezorientowany, ale spojrzał na kawałek zęba w mojej dłoni i połączył fakty.

Teraz czeka go wizyta u dentysty, ja natomiast zastanawiam się jak wielki musiał być impet uderzenia, że jego ukruszony ząb znalazł się w moich ustach.

Niedawno były walentynki, a niedługo Dzień Kobiet, tak że ten... ostrożnego całowania.

#7V4Pd

Mimo młodego wieku pracuję jako manager w sporej korporacji. Jakiś czas temu dostałam pod swoje skrzydła projekt, który opierał się głównie na kopiowaniu i porządkowaniu danych, wobec tego uznałam, że zatrudnię do tego osobę bez większych kwalifikacji. Wybór padł na Karolinę - sprawiała wrażenie trochę zbyt pyskatej, ale znała wymagany program i była bystra, więcej nie potrzebowałam.

W pierwszym tygodniu jej pracy doszły do mnie skargi, że czuć od niej alkohol. Zaprosiłam ją do swojego biura i delikatnie poruszyłam ten temat. Całkowicie się rozkleiła i uderzyła w płacz, w kwadrans poznałam jej niewesołą przeszłość. Niedawno odszedł od niej mąż, poznał młodszą kobietę i uznał, że nie chce dłużej żyć z Karoliną. Zostawił ją z dwójką dzieci w wieku szkolnym, przez co się załamała.
Dałam jej szansę. Zaoferowałam pomoc w wyjściu z nałogu (nie było to szczególnie trudne, ponieważ jej alkoholizm trwał zaledwie od kilku tygodni), zdarzało mi się kupować jakieś drobiazgi dla dzieciaków, kilka razy odwiedziłam ich, żeby pomóc dzieciom w lekcjach.
Karolina już nie pije, dostała bardziej odpowiedzialną i - co za tym idzie - lepiej płatną posadę.

Co w tym wyznaniu anonimowego, spytacie? To przeze mnie odszedł od niej mąż, nosił w portfelu rodzinne zdjęcie, które widziałam, skojarzyłam również nazwisko. Do dzisiaj się łudzę, że ten akt dobroci wymazał mój grzech, jednak wiem, że moja pomoc to ciągle zbyt mało, by to naprawić.

#eiuGs

Karma wraca. Ale czasem trzeba jej pomóc.

W liceum moja klasa miała interesującego nauczyciela matematyki. Profesor K. był klasycznym draniem, który uwielbiał upokarzać, obrażać i wyśmiewać uczniów. Obrywali wszyscy, bez względu na płeć, wygląd, status, zawsze znalazło się coś, nad czym mógł się popastwić. Skargi? Był nietykalny, jego żona była najlepszą przyjaciółką dyrektorki szkoły - ktoś nie wytrzymał i się na niego poskarżył - żona profesora K. brała dyrektorkę na kawkę, a ta wszystko zamiatała pod dywan.
W klasie maturalnej miła dziewczyna, Weronika, chodziła zupełnie rozbita. Jej młodszą siostrę pobito i zgwałcono. Weronika cieżko to przeżywała. Sprawa była głośna, zaś profesor K. zupełnie jawnie, na każdej lekcji, gnoił Weronikę chamskimi komentarzami o niej, jej siostrze, rodzinie. W końcu nie wytrzymała, po jednej matematyce tak się załamała, że do szkoły wróciła dopiero po miesiącu, na lekach.

Postanowiliśmy zrobić coś dobrego i obrzydzić mu życie. Kolega prowadził z rodzicami gospodarstwo hodowlane. Mieli spore zasoby świeżutkiej gnojówki.
Podczas kilku nocy odwiedziliśmy dom profesora i dokładnie przyozdobiliśmy gnojem wszystko. Jego auto na podjeździe, wycieraczkę, drzwi wejściowe, okna, trawnik, wypełniliśmy skrzynkę pocztową i pojemnik na śmieci. Oczywiście tak, żeby sprawcy byli nieznani. Powtórzyliśmy to jeszcze 2 razy, potem zauważyliśmy, że zainstalował kamery.
Dodatkowo skorzystaliśmy z możliwości internetu. Założyliśmy kilkadziesiąt skrzynek pocztowych i zalewaliśmy go wiadomościami ze słownictwem z rynsztoka i fotomontażami z nim w "oryginalnych" sytuacjach. Oczywiście o papierze i tradycyjnej poczcie nie zapomnieliśmy.
Do sprawy dołączyły się koleżanki z klasy. Rozpuszczały wśród rodziców, uczniów, nauczycieli innych szkół to, co wszyscy kochają. Ploteczki. To, że facet wyżywa się na uczniach nikogo nie obchodzi. Ale to, że bije żonę, lubi chłopców, pali skręty, proponuje uczennicom 5 za seks, jego dziadek/ojciec był komunistą, hitlerowcem, zboczeńcem, a on podrywa dyrektorkę - to interesuje każdego.
No i sklepy internetowe. Zamówiliśmy z fejkowych kont na jego nazwisko, adres i z płatnością za pobraniem tyle dildosów, wibratorów, akcesoriów do BDSM i lateksu, że byłby z tego mały sex-shop.
Ostatni cios - wjechać mu w podjazd, stanąć pod oknem, puszczać na maksymalnej mocy Cypisa, aż wybiegnie w samej piżamie i odjechać. Tej nocy wróciliśmy jeszcze 3-krotnie, ale z szacunku dla sąsiadów tę taktykę zastosowaliśmy raz.

Drań wytrzymał 5 miesięcy. Zwolnił się z naszej szkoły krótko przed naszą maturą. Z tego co wiem, to żona wymusiła na nim przeprowadzkę do innego miasta, bo miała dosyć plotek i bała się, że to się nie skończy.
Minął rok. W mojej starej szkole, jest nowy, normalny nauczyciel. Było warto.

#9h7X0

Jakiś czas temu zamieszkaliśmy na piętrze w domu wielorodzinnym - 4 rodziny na jedną klatkę, wysoki parter i jedno piętro. Nasz balkon i balkon sąsiadów dzieli +/- półtora metra, przez które przebiega szeroka rynna.

Któregoś dnia córka (8 lat) woła: mama, mama, kitku na balkonie!
Patrzę, rzeczywiście, w miejscu na donicę wyleguje się a'la chleb, biało-rudy kot. Córka ma lekką odmianę autyzmu, problemy z nawiązywaniem kontaktów, ale z naszym kocim gościem złapała niesamowitą więź. Gość również ją polubił, przychodził codziennie, siadali oboje w progu drzwi balkonowych, kotek mruczał, a córka cichutko, pod nosem, nawijała jak nigdy wcześniej do swojego kumpla.

Kotka okazała się własnością sąsiadów. Nie wiedzieli, że kot przełazi do nas po rynnie i od razu zapytali, czy nam to nie przeszkadza. Córka z Gruszką zaprzyjaźniona od dawna, więc mówię że nie, kotek jest mile widziany, niech się czuje na naszym balkonie jak u siebie. Z czasem nasza przyjaźń na tyle urosła, że gdy sąsiedzi wyjeżdżali, opiekowaliśmy się Gruszką, a gdy było trzeba - oni naszą córką.

Któregoś dnia córka przybiega w spazmach - poszła na balkon, czekając na wizytę Gruszki, ale kotki nie ma, mimo idealnego nasłonecznienia. Wyjrzała za murek sprawdzić, czy drzwi na balkon sąsiadów otwarte... a tam bezwładna kotka nabita na pal. Dosłownie. Sąsiedzi byli w pracy. Mąż mało nóg nie połamał, ale wyszedł po tej rynnie i ściągnął go w nadziei, że da się uratować. Niestety Gruszka skonała w ramionach córki.

Winowajczynią okazała się starsza pani z piętra niżej. Zaczaiła się pod aluminiową rynną i nabiła kota na "dzidę" z bambusowej ogrodowej tyczki, bo, uwaga:
- Kocica podła robi hałas!!!
- Gzi się po rynnie!!!
- To drażni jej pieska!!! (pies głuchawy, ślepawy i drze paszczę przez ok. 75% doby tak na zapas)
- To  ją drażni!!!
- Szczyl z downem skowyczy z tym kocurem cały dzień!!!
- Tylko sataniści lubią koty!!!
- Mamy stąd wyp***dalać, ona nas nie chce w JEJ DOMOSTWIE!!!

Tyle ile razy stałam na balkonie, nigdy nie słyszałam nawet szmeru, gdy nas Gruszka odwiedzała. Rynna szła po boku budynku. Córka siedząc z nią dosłownie szeptała tak, że dopiero gdy podchodziłam bardzo blisko słyszałam, że w ogóle coś mówi. Dopóki przypadkiem w rozmowie z sąsiadką nie usłyszałam, że mają kota, w życiu bym się nie domyśliła po odgłosach zza ściany. Dom jest własnością 4 rodzin.

Pani podobno wytruła swojego czasu niemal każdego kota z okolicy. Dowodów na jej winę nie mamy, bo najpierw chcieliśmy ratować kota, a potem pomyśleliśmy o dokumentacji. Sąsiadom było potwornie przykro, oboje chodzili jak struci bardzo, bardzo długo. Ale tydzień po śmierci Gruszki sąsiadka zastała na balkonie swojego rozdartego psa - uduszonego. Nikt jej nie współczuł.

Minął rok, córka nie mówi wcale, mimo terapii.

#QqreS

Cóż, będzie dłuugo, ale naprawdę nie wiem już, co powinnam robić...
Zacznę może od tego, iż obecnie mam 28 lat i mieszkam w Japonii, ale wszystko po kolei. Jako nastolatka dość mocno interesowałam się kulturą japońską (nie, nie było to tylko anime). W wieku 15-16 lat pierwszy raz miałam większą styczność z językiem japońskim i bardzo mi się on spodobał. Potem już wszystko poszło z górki, wiedziałam, co chcę robić. Gdy przyszedł czas na wybór studiów, oczywiste dla mnie było to, że jako kierunek wybiorę japonistykę. Wszystko fajnie, tylko już wtedy mojej mamie zaczęło się to nie podobać. Mówiła: "Po co ci to?". Oboje moi rodzice byli rasistami, mama jednak zdecydowanie bardziej. Nie słuchałam jej jednak i robiłam to, co zaplanowałam już wiele lat wcześniej. Studia były dość ciężkie, ale pracowałam sumiennie. Po studiach w końcu osiągnęłam swój cel. Język umiałam bardzo dobrze, kulturę znałam nie mniej. Prosta decyzja - wyjeżdżam do Japonii. Mama mało co nie zemdlała, jak to usłyszała. No bo jak to, jej córka zamierza wyjechać do tych obleśnych Azjatów, których mamusia tak bardzo nienawidziła bez żadnego konkretnego powodu? Toż to przecież tragedia. Nie słuchałam jej. Wyjechałam.

Może brzmieć to wręcz niewiarygodnie, lecz wszystko poszło po mojej myśli. Znalazłam dobrą pracę, wynajęłam dość przestronne mieszkanie. Po pewnym czasie, poznałam też chłopaka. Rok starszy ode nie, bardzo miły i życzliwy. Pracował w firmie konkurującej z tą, w której ja pracowałam. Cóż, mogłabym teraz po kolei opisywać, jak rozwijał się nasz związek, ale nie o tym wyznanie. Przeskoczmy do momentu, gdzie mi się oświadczył. Bałam się reakcji mamy, jednak nalegał, byśmy polecili do Polski i osobiście powiedzieli o tym moim rodzicom. Po długim czasie nudzenia mnie, w końcu uległam. I to był błąd.

Gdy tylko mama zobaczyła mnie razem z nim w drzwiach, zaczęła się w progu wydzierać, że nie wpuścić go do środka, bo jeszcze czymś się od niego zarazi i jak ja w ogóle śmiem go tu przyprowadzać. Mówiła, że nie poznaje własnej córki. Prędko powiedziałam jej z progu o tym, iż Koyomi mi się oświadczył, po czym odeszliśmy, zostawiając mamę z miną, jakby miała zemdleć. Pobyt w Polsce potraktowaliśmy jako wakacje. Na ślubie nie była, mimo że wiedziała kiedy i gdzie się odbędzie.
Kiedyś dzwoniła do mnie i błagała, żebym przyjechała ją odwiedzić. Przyjechałam. Powtórka. Z progu krzyczy, że zapraszała mnie, a nie "to chińskie g*wno". Aha. Od tego czasu ograniczyłam z nią wszelki kontakt. Do czasu, aż nie zadzwoniła z wiadomością, że za tydzień to ona do mnie przyjeżdża. Ciekawa jestem, jak zareaguje za ten tydzień na to, że jestem w drugim miesiącu ciąży. Z Japończykiem, moim mężem.

#rapha

Mam niecodzienne hobby: piszę manuskrypty. Świetnie odstresowuje, a przy tym sobie dorabiam i to nawet niemało za jedno zlecenie, na razie mam ich niewiele, ale zawsze coś. W związku z tym posiadam dużą kolekcję m.in. stalówek i redisówek oraz tuszów. Zazwyczaj leżą grzecznie w szufladzie, no chyba że akurat coś skrobię. Tak było też owego felernego dnia.

Odwiedziła nas dawno niewidziana rodzinka, mają zwyczaj odwiedzania co jakiś czas krewnych, a przy tym "ojej, jak późno, możemy zostać na noc?". No trudno, rodzinne więzi trzeba podtrzymywać (przynajmniej wg rodzicielki, mam na ten temat inne zdanie, ale cóż), więc zostali. Rodzinka w składzie: ciotka, wujek, dziecko lat 3-4 skończyli jeść kolację, przygotowują się powoli spać, ja w łazience, biorąc prysznic. Wracam do pokoju i aż muszę wyjść i wejść ponownie, bo nie wierzę w to, co widzę. Ciotka siedzi z brzdącem na kolanach przy moim biurku, na którym wykwitły już dwie kolorowe kałuże.

Mówiąc krótko - szlag mnie trafił. Po pierwsze, kto jej pozwolił tu wejść? No jak to kto, przecież są w gościach, mogą chodzić, gdzie chcą. Kurrr, mieli nie wchodzić na piętro (domek jednorodzinny), gdzie znajduje się m.in. mój pokój. Skąd plamy? Bo Bartuś chciał się pobawić, to odkręcił i się rozlało. Samo. A ciocia wie, ile ta zabawa kosztuje? Jeden tusz kosztuje 15 zł (normalne są tańsze, ale nie nadają się do tej roboty). Niee, przesadzasz, jak już musisz, to ci pięć złotych oddam. I w ogóle kto to widział takie niebezpieczne i ostre rzeczy na widoku trzymać? Stalówka nie jest niebezpieczna, jeśli zajmuje się nią osoba odpowiedzialna, a nią nie jesteś ani dziecko, ani ty. Wypad z pokoju.

Tak, w tym momencie nerwy puściły mi do końca. Na szczęście poszła na dół, zawołałam ojca, pokazałam mu stan biurka i streściłam sytuację. Rodzinka musiała szukać innego noclegu i mają wilczy bilet.
A kasy dalej nie odzyskałam, oczywiście.

#VwApG

Jestem prawdopodobnie najgorszą matką na świecie.
Zawsze troszczyłam się o moje dzieci, ale te i tak były bardziej zafascynowane ich ojcem. Niby nic takiego, ale ich fascynacja opierała się na takim "Bo on kupuje nam prezenty i pozwala na wiele głupich rzeczy".
Nie, nie byłam z tych sztywnych matek, co nie pozwalają dziecku nawet porządnie się ubrudzić. Po prostu miałam trochę rozsądku i zabraniałam im zabaw nożami itd. Prezenty też dawałam, ale oczywiście nie tak cudowne jak te od tatusia, który przecież zwiedzał cały świat.
Ciągle byłam do niego porównywana. Słyszałam, że on zrobiłby to i tamto lepiej, a piętnastoletnia córka powiedziała mi w końcu, że w sumie to dobrze, że kiedyś, gdy jeszcze był moim mężem, bił mnie, poniżał i łaził od dziwki do dziwki, bo w sumie zasłużyłam na to. Trochę później syn prawie mnie uderzył, bo stwierdziłam, że nie powinien olewać nauki tylko dlatego, że jego ojcu jakoś zawsze się udawało.

Wtedy coś we mnie pękło. Wyszłam z domu, załatwiłam co trzeba, minęło trochę czasu i dzieci były u ojca, a ja zostałam sama i... Poczułam ulgę. Nie smutek, nie złość. Zwykłą ulgę, że nie muszę się męczyć z codziennym "CHCEMY DO TATY, BO TATA MA FAJNE PREZENTY, A JEGO NOWA DZIEWCZYNA ZABIERA NAS CODZIENNIE NA ŚMIECIOWE ŻARCIE I LODY, A TY TO JESTEŚ STARA I GŁUPIA".
W końcu zajęłam się sobą, po latach samotności znalazłam sobie faceta z dwójką uroczych dzieci. I poczułam się szczęśliwa.

Swoje dzieci dalej widuję.
Początkowo robiłam to raz na dwa tygodnie. Obecnie widuję je co kilka dni, bo okazało się, że tatuś jednak nie jest tak idealny.
Nie. On ich nie bije, ale też nie dostarcza im już tylu prezentów, nie skacze przy nich, a w ogóle to spodziewa się kolejnego dziecka i teraz ono jest najważniejsze.
I ktoś pewnie stwierdzi, że to ten moment, w którym powinnam odebrać mu dzieci. Ale ja nie chcę. Bo między ich "Mamusiu, potrzebujemy cię" jest to "Bądź naszą osobistą sprzątaczką, kucharką i znoś nasze humorki, głupia kurwo". I nie, nie ubzdurałam sobie tego. Słyszałam ich rozmowę.
I ktoś pewnie powie, że ja też spieprzyłam w ich wychowywaniu. Pewnie tak. Pewnie mogłam spakować siebie, je i wyjechać na drugi koniec świata i przy okazji odciąć się od wszystkich przyjaciół i rodziny (oni często informowali dzieci co u ojca, gdy jeszcze próbowałam nie dopuszczać ich do siebie). Pewnie powinnam była zrobić sto różnych rzeczy. Niestety jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak to wszystko się skończy, a obecnie nie mam najmniejszej ochoty brać udziału w dalszym wychowywaniu tych konkretnych dzieci.

#kBxkW

Sąsiedzi uprzykrzyli nam życie do tego stopnia, że postanowiliśmy z mężem założyć kamery. W sumie 8, obejmujące zasięgiem cały dom i podwórko. Bardzo pilnowałam, by nie obejmowały niczego poza naszą własnością, żeby sąsiad nie miał podstaw do oskarżeń. Kamerki są malutkie, prawie niewidoczne, gdy ktoś nie wie, że są, to nie zauważy. Rozdzielczość genialna, widać pryszcz na nosie dostawcy pizzy. Nagrywają także w nocy, w podczerwieni, widać wszystko. Pod nieobecność sąsiadów przyjechał pan samochodem bez żadnych reklam, naklejek, w kilka godzin się uwinął, zainstalował co trzeba, zainkasował swoje i pojechał. Wydaliśmy masę pieniędzy, ale było warto.

Nagrały się takie kwiatki:
- sąsiad sikający do piaskownicy naszej córki
- sąsiad przerzucający nam przez płot śmieci i odchody (możliwe, że własne)
- sąsiadka tłukąca szyby w naszej szklarni gałęzią ułamaną wcześniej z naszej czereśni
- sąsiad drażniący psy będące w kojcach (walił jakimś prętem po siatce, próbował też tym prętem przez oczka siatki uderzyć psa, na szczęście nie dosięgał)
- sąsiadka kradnąca moją bieliznę (!) ze sznura
- sąsiadka wyciągająca jakimś przyrządem (pincetą?) naszą korespondencję ze skrzynki na płocie
- syn sąsiada rysujący gwoździem bok samochodu stojącego pod wiatą
- wnuczka (!!!) sąsiada, przerzucająca przez płot pod tuje coś, co okazało się być kawałkami kiełbasy z powciskanymi głęboko w środek okruchami trutki na szczury i pinezkami
- sąsiad smarujący drzwi i elewację naszego domu odchodami zwierzęcymi (świńskim gnojem konkretnie)
- syn sąsiada podlewający nasze drzewka jakimś roundupem lub innym chwastobójczym środkiem
- sąsiadka chodząca wkoło domu i zaglądająca do środka przez każde dostępne okno z nosem przy szybie i dłońmi wokół głowy (klasyczna pozycja podglądacza)
- syn sąsiada wynoszący drobne narzędzia z naszego garażu
i naprawdę wiele innych... Wszystko zaniosłam do kolegi, który z kilkuset godzin materiału wyciął te co bardziej smakowite kawałki, pozlepiał w jeden dwugodzinny filmik, wyodrębnił ponad 100 zdjęć, ukazujących owe sytuacje, nagrał na kilku płytach, kilku pendrive'ach oraz wydrukował po kilka egzemplarzy każdego zdjęcia. Zapakowałam do czterech kopert komplety zdjęć i filmiki na płycie. Zaniosłam na komendę policji, do prokuratury i do księdza. A dlaczego do księdza? Bo ksiądz grzmiał z ambony w czasie kazania o miłości bliźniego, a gdy poszłam do niego prosić o pomoc w polubownym rozwiązaniu problemu, niemal wyrzucił mnie z kancelarii, mówiąc o naszej zazdrości i zawziętości w stosunku do starszych i schorowanych sąsiadów. "Schorowanie" też widać  - sąsiad dziarsko przełazi przez płot, bo bramę i furtkę zamknęłam na klucz wyjeżdżając do pracy.
Jedną kopertę zaadresowałam do sąsiadów i wysłałam (wraz z kopią doniesienia na nich do prokuratury i wyciągów z kodeksu karnego, które mówią o uporczywym nękaniu, stwarzaniu zagrożenia, znęcaniu się nad zwierzętami, kradzieżach, niszczeniu mienia znacznej wartości i kilku innych paragrafach, pod które sąsiad podpada.
A teraz czekamy na reakcję...
Dodaj anonimowe wyznanie