#4hn4X

Jakoś w 2 klasie podstawówki jedna z moich koleżanek usłyszała gdzieś słowo "prostytutka". Postanowiła podzielić się z nami tą wiedzą mówiąc, że "to kobieta, która śpi z facetami za pieniądze". Bystra w tej kwestii nie byłam, ale pasowało mi to, ponieważ byłam wtedy wielkim śpiochem. I tak paradowałam sobie wesoło wiedząc już, kim chcę zostać w przyszłości.

Gdy ogłosiłam to rodzicom, lekko w szoku zapytali, czy wiem, co to znaczy. Powtórzyłam im słowa koleżanki i swój dalszy wywód, który brzmiał mniej więcej tak: wiecie, jak bardzo lubię długo spać, więc zarobię za to duuuużo pieniędzy.
Rodzice pozwolili mi żyć w tej błogiej nieświadomości, póki sama się nie dowiem, o co chodzi z tym spaniem. Dowiedziałam się trochę później i było mi wstyd jak cholera, a rodzinka nadal dba, by ta historia przetrwała wiele pokoleń.

Dla ciekawskich - nie, nie zostałam prostytutką :)

#OaLep

Lata temu, gdy byłam mała, może z 5 lat miałam, byłam już bardzo samodzielna. Pewnego słonecznego dnia mama dała mi ostatnie 2 zł (dosłownie ostatnie) i wysłała mnie do sklepu po chleb, a sama została z moim malutkim braciszkiem.
Sklep zaraz obok bloku, daleko nie było, a mama stała na balkonie, żeby przypadkiem nic mi się nie stało. Więc sobie poszłam powolutku.
Dzień upalny, gorąco jak diabli. A słoneczko grzało, oj, jak ono grzało...

W życiu nie zapomnę miny mojej mamy, gdy zobaczyła mnie wychodzącą ze sklepu z największym i najdroższym lodem rożkiem, jakie sprzedawali w tym sklepie. Biedna nie wiedziała, czy się śmiać czy płakać.
Wchodzę do domu i mama pyta:
- Dlaczego nie kupiłaś chleba?
Na co niezwykle rozsądna ja odpowiedziałam:
- Bo na chlebek już nie starczyło.

Do dziś mi to w żartach wypomina :D

#kVFZ4

Nienawidzę dzieci mojej sąsiadki. Wiem, że to mocne słowo, ale nienawidzę ich całym sercem. Mieszkam w domu typu bliźniak, naszą sąsiadką jest samotna matka (jakoś 35 lat) i dwóch jej synów, 9 i 12 lat. Zawsze się mówi, że złe zachowanie dziecka jest wyłącznie winą braków w wychowaniu przez rodziców, ale w tym wypadku mam wrażenie, że te dzieci to diabły wcielone. Pani Julia, ich matka, jest miłą i opiekuńczą kobietą. Widać, że dba o swoje dzieci, zawsze są czyste, schludnie ubrane i nie wyglądają na głodne. Do tego mamy cienkie ściany, wiec nie raz słyszę, jak tłumaczy im zadania domowe, organizuje im czas i według mnie stara się wychować ich na porządnych ludzi. Problem w tym, że te bachory nie doceniają jej ani trochę.

Niczego nie szanują, potrafią nasikać nam na wycieraczkę dla zabawy, rzucają kamieniami w nasze okna. To dosłownie sadyści. Apogeum było, gdy wrzucili małe kociaki do otwartej studzienki kanalizacyjnej, jednocześnie to nagrywając i krzycząc, że "BEDZIE NA JUTUBA!". Widziałam to z okna, wiec zdążyłam zareagować, straż pożarna zdążyła wyciągnąć koty zanim się utopiły. A bachory żadnej skruchy. Ich matka wzięła ich na poważną rozmowę, słyszałam przez ścianę, że zostały im zabrane telefony i pousuwała im wszelkie media społecznościowe. Potem jeden dzień spokoju, nawet starszy trawę kosił grzecznie przed domem, pewnie jako kara. Ale już na wieczór powrót do rozrywki. Starszy zaczął walić pięściami w nasze drzwi, wyzywać mnie od kurew, bo przeze mnie stracił kanał na YT. Gdy otworzyłam drzwi, uciekł. Poszłam więc do ich matki, ta mnie przeprosiła i obiecała wpłynąć na ich zachowanie. Miała łzy w oczach, wydaje mi się, że ona już nie daje rady, dzieci się jej nie słuchają.

Tego dnia starszy darł się cały wieczór, że matka ma mu "jutuba oddać". Zaczynałam wtedy rozważać zawiadomienie opieki społecznej, ich matka chce dobrze, ale nie daje sobie rady, a przez to cierpi i moja rodzina, gdyż dzielimy jeden dom. Może jej synowie potrzebują leczenia albo trzeba ich umieścić w jakiejś specjalnej placówce, nie wiem, już mnie to właściwie nie interesuje. Chcę tylko, żeby zniknęli, bo już mam dość.

Dziś rano młodszy wysmarował nam drzwi gównem. Przyłapany na gorącym uczynku, bo akurat wracałam do domu, wydarł się "jebana suka!" i uciekł. I to wszystko dlatego, że przeze mnie matka zabrała im telefony. Trzymajcie mnie, bo rozszarpię te małpy za jeszcze jeden wybryk, a rano dzwonię do opieki społecznej.

#F4ifK

Najstraszniejszy i zarazem najgłupszy moment w moim życiu?

To ten, kiedy miałam trzynaście lat i podczas kąpieli wsadziłam sobie piłeczkę kauczukową w typowo damski otwór ciała.
O średnicy około 5-6 cm.
I nie mogłam jej wyjąć.
Bo nie dało się tam już wsadzić nawet połowy palca.
Nieopisana panika.
A potem wpadłam na pomysł, że ją "urodzę".

Podziałało, moja pierwsza piłeczka przychodziła na świat jakieś 20 minut.

Gdzie ja miałam wtedy resztki mózgu?
Nie wiem.

#a0a5c

Wpadłam ostatnio na pomysł, jak wyleczyć się z zakupoholizmu. Postanowiłam, że zawsze jak będę bardzo chciała kupić sobie nowy ciuch, to najpierw muszę wysprzątać całe mieszkanie. Byłam pewna, że moje lenistwo uchroni mnie przed impulsywnymi zakupami.
I wiecie co? Moja chata jeszcze nigdy nie była tak czysta.

#NQFGt

Dwa tygodnie temu byłam z przyjaciółką na zakupach. Na ulicy podeszła do nas staruszka, uśmiechnięta, miała stare schodzone buty i dziurawe spodnie. Spytała, czy nie poszłybyśmy z nią na zapiekankę. Nie wiedziałam, czy po prostu nie próbuje wyłudzić od nas pieniędzy, ale z drugiej strony poprosiła, abyśmy poszły razem z nią. W sumie żal mi się zrobiło, bo kobieta może nie mieć pieniędzy na jedzenie albo chociaż nie może sobie pozwolić na zapiekankę, którą my, nastolatki, możemy kupić bez problemu. Nie prosiła o drobne, tylko o jedzenie. Jako że jestem osobą, która nie przejdzie obok człowieka głodnego obojętnie, zgodziłam się i razem z koleżanką kupiłyśmy jej tą zapiekankę. Po tym, jak staruszka zjadła, podziękowała i wyszła. Wróciłam do domu i opowiedziałam mamie o tej sytuacji. Zaś ona mnie zwyzywała, że jestem idiotką, że tamta pani nas okradła i że mam nie dawać byle komu pieniędzy na jedzenie. Odpowiadam mamie, że nie dałam pieniędzy, tylko kupiłyśmy zapiekankę, którą kobieta zjadła na naszych oczach. Przecież 6 zł to dla mnie niedużo, a dla niej może być dużo. Miałabym wyrzuty sumienia, gdybyśmy wtedy nie pomogły. Aczkolwiek jest mi przykro, że mama tak zareagowała.

#x4jXL

Gdy byłam jeszcze w technikum, do szkoły na zastępstwo przyszła anglistka. Kobieta trochę po 50, schludnie ubrana, nie ma się do czego przyczepić. Na 1 lekcji siadamy grzecznie w ławkach, cisza jak makiem zasiał, w końcu nowa twarz w szkole. A pani? Nic. Żadnego "dzień dobry". Zero. Po 10 minutach patrzenia na nas, wyczytała listę obecności. Na tym się skończyła lekcja.
Drugiego dnia postanowiła zrobić z nami zadania. "Z nami". Robiła je sama. Chodziła dookoła klasy, odpowiadając sama sobie. Nie pozwoliła nam dojść do słowa. I tak mijały tygodnie.

Po około miesiącu ktoś zapytał ją, ile ona już uczy angielskiego. Nie odpowiedziała na to pytanie, tylko zadzwoniła do swojej siostry i zaczęła się żalić. Nie wierzyła w żadne nasze słowo nawet jak ktoś powiedział, że ma astmę i musi wyjść na chwilkę. Pytała nas o różne rzeczy typu czy mamy jakieś zwierzęta itp., po czym stwierdzała, że nam nie wierzy. Na sprawdzianach można było mieć otwartą książkę, a na jej pytanie "Co robisz?" można było odpowiedzieć "Ściągam" i nic. Same 5, 6. Zaparcie twierdziła, że nie istnieje taki kraj jak Norwegia. A dlaczego? Bo nigdy tam nie była! Więc skoro tam nie była, to tego państwa nie ma nawet na mapie.
Ta sielanka, a raczej kabaret trwał rok. Potem ją zwolnili.

#muk8V

Pewnie słyszeliście o różnego typu pranksterach, podbiegających do ludzi i wymyślających różne, głupie historie, żeby oni lub inni się pośmiali, prawda?

Niedawno mnie to właśnie spotkało.

Spaceruję z moim lubym - (nazwijmy go Pan S) po parku, świetne humory, dużo śmiechu. Nagle podbiega pewien chłopak (wyglądał na młodego, ale ja mając 20 lat, wyglądam również na zdecydowanie mniej). Wręcza mi nagle jakieś koronkowe, seksowne majtki i wypowiada tekst, którego w mgnieniu oka pożałował, a mianowicie "Zostawiłaś je u mnie wczoraj wieczorem". Ja zdezorientowana, mój facet tym bardziej, a chłopak dalej poważnie kontynuuje, że mam je zabrać i na przyszłość o nich pamiętać, bo on nie będzie robił składowiska w mieszkaniu. No szczęka opadła nam obojgu. Jednak ja już kiedyś gdzieś to widziałam, dlatego zaraz zrozumiałam, że to żart, pewnie gdzieś z daleka nakręcany przez jednego z jego kumpli i uśmiechnęłam się rozglądając. Niestety, ale mój kochany nie jest fanem oglądania YouTube, więc nawet nie pomyślał, że został wkręcony przez jakiegoś młodziaka.

Od razu furia w oczach, a chłopak zaraz chwilę potem na ziemi, a z nosa cieknąca krew. Oczywiście to nie koniec i S chciał kontynuować, ale odciągnęłam go w miarę możliwości, zanim stało się coś gorszego. Tłumaczę mu, ale do mojego lubego chyba nie docierało co mówię, ponieważ nie mógł opanować emocji.
Krzyki typu "jak mogłaś", "kochamy się przecież!" i wiele, wiele innych. No ja serio, nie mogłam uwierzyć, że aż tak wziął to na poważnie i że mógł pomyśleć, że ja bym się czegoś takiego w ogóle dopuściła, aż tu nagle słyszę piękne magiczne zdanie, którego chyba nigdy nie zapomnę... "TO TERAZ NIE ŻAŁUJĘ, ŻE RAZ MI SIĘ ZDARZYŁO CIĘ ZDRADZIĆ, JESTEŚMY KWITA".

Tak, zdradzał. Bez wyrzutów mi wszystko opowiedział, myśląc, że również się tego dopuściłam, więc było mu wszystko jedno. Pierwsze co to zasunęłam mu piękny strzał w twarz i bez słowa odeszłam.

Nie wiem jakim trzeba być kretynem, by tak łatwo uwierzyć obcej osobie w tego typu oszczerstwa.

Chce pozdrowić i podziękować chłopakowi, który nas wkręcił, bo bez tego możliwe, że nigdy bym się nie dowiedziała z jakim kretynem dane mi było chodzić, chociaż uważaj do kogo z takimi żartami startujesz.

Teraz szukam od nowa księcia na białym koniu. Lubię piwo i gry.

#vSacG

Jest taka rzecz, o której nie mówię nikomu i której do dziś strasznie się wstydzę...

Jako nastolatka miałam chłopaka, był moim pierwszym partnerem. Był starszy i już pracował, ja byłam jeszcze w technikum. Po pewnym czasie zwyczajnie się odkochałam i miałam go trochę dość. Powiedziałam mu, że jestem w ciąży i potrzebuję pieniędzy na zabieg. Przysłał je mi, była to jak dla mnie ogromna kwota.
Wydałam wszystko na zakupy, spełniłam kilka swoich zachcianek, a jemu powiedziałam, że po zabiegu nie jestem w stanie się z nim dłużej widywać, więc się rozstaliśmy.

Wtedy czułam się taka cwana i zaradna, dziś mi zwyczajnie za to wstyd :(

#GyA4w

Minęły wówczas dopiero kilka dni po tym jak zeszliśmy się z moją dziewczyną po dość ciężkim rozstaniu, kiedy to miała ona pojechać na weekend odwiedzić swoich znajomych w innym mieście (ok. 3h jazdy pociągiem).

Po pierwszym dniu pobytu tam, napisała nad ranem (akurat wracałem z imprezy, więc nie spałem), żebym "przyjeżdżał jak najszybciej". Sprawdziłem najbliższy pociąg, który okazał się być za pół godziny, spakowałem się w kilka minut na te kilka dni i gdy okazało się, że nie zdążę dostać się tam na czas żadną komunikacją miejską, biegiem poleciałem na dworzec pokonując trasę, która normalnie zajmuje jakieś 30 min szybkim spacerem w 15 minut. Oczywiście biegnąc w stanie zniszczenia po całej przemelanżowanej nocy.

Pierwszego dnia, tj w sobotę, było cudownie, wielka miłość itd. Istne święto tam urządziliśmy, rozwaliłem całe pieniądze w jeden dzień, ale w poniedziałek miałem dostać przelew, więc powrotem się nie martwiłem, a w domu wszystko było. Drugiego jednak mojej lubej się odwidziało i stwierdziła, że jednak nie może ze mną być. Żeby było milej, poprosiła osobę u której się zatrzymaliśmy o pozbycie się mnie z domu. Do otrzymania przelewu miałem jeszcze jakąś dobę...

Tak zatem zostałem bez środków nawet na coś do jedzenia, czy choćby butelkę wody w obcym mieście. Do tego wszystkich rzeczy nie zabrałem stamtąd, swetra na przykład. Z początku nocowałem chwilę na ławce w parku, ale polska pogoda stwierdziła, że to idealny dzień na nawrót zimy i zaczęło dość mocno sypać śniegiem. Okazało się, że buciki, które na powrót wybrałem nie są zbyt szczelne i całe nogi mi zmoczyło. Kolejne 10 godzin leżałem na klatce schodowej w pobliskim bloku trzęsąc się z zimna i przekonując, że faktycznie istnieje możliwość "dostania wilka".

W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że chyba prędzej się tu zabiję niż doczekam tego powrotu (zaznaczyć trzeba, że ta awantura też dość mocno mnie uderzyła) i zacząłem dzwonić po znajomych z samochodami każdemu z osobna, tłumacząc co się stało i prosząc o przyjechanie po mnie. Jeden powiedział, że może, ale nie ma na benzynę, więc... zadzwoniłem do swojej matki, tłumacząc sytuację i prosząc, aby mu na nią pożyczyła, a ja je zwrócę. Po kilku minutach wyzwisk pod moim adresem zgodziła się i trochę ponad dwie godziny później koleś był na miejscu.

Wiecie co jest najlepsze? Przed tym biegiem na dworzec gadałem z kolesiem, z którym poprzedniej nocy imprezowaliśmy, że lecę na pociąg "bo ktoś kogo kocham na mnie czeka". Miłość wylądowała na śmietniku. Dosłownie. Razem z zziębniętym i przemoczonym mną.
Dodaj anonimowe wyznanie