#fVfJv

Staramy się o dziecko, ale niestety, nie idzie to po naszej myśli. Winowajcą tutaj jestem ja, a raczej szereg problemów hormonalnych, o których nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie zaczęliśmy się starać. Nie ukrywałam tego przed rodziną i znajomymi, wiedzą o diagnozach, pobytach w szpitalu i ogólnych problemach. Lekarze dają mi szansę na ciążę i to całkiem spore, ale muszę czekać, aż dobiorą dobre leki i hormony się ustabilizują. Ciężko mi z tym, ale nie poddajemy się z mężem i staramy się optymistycznie nastawiać.

Problemem jest mój ojciec, który co mnie widzi, to pyta, czy już jestem w ciąży. Głosi teorie, że jestem jakaś schorowana i wybrakowana i co to za filozofia, żeby zajść w ciążę. Ostatnio mi powiedział, że chyba za długo czekałam (mam dopiero 27 lat). Wie, że prawdopodobnie winowajcą jest lek na bazie glikokortykosteroidów, który przyjmowałam w dzieciństwie w bardzo dużych ilościach. Nie obwiniam o to rodziców, bo i skąd mieli wiedzieć, że przez to będę miała problemy w przyszłości. Ojciec jakby próbuje odepchnąć od siebie winę, zrzucając ja na mnie. Boli mnie jego zachowanie, bo sytuacja i tak jest bardzo trudna. Chodzę na terapię, żeby nie obwiniać siebie i zaakceptować ten stan rzeczy, ale ilekroć wracam do domu rodzinnego albo rozmawiam z ojcem przez telefon, czuję się jak śmieć. Dla własnego komfortu psychicznego ograniczyłam z nim kontakt do minimum, nie jeżdżę tam, staram się nie odbierać telefonu, ale ojciec znalazł sobie nową taktykę. Dzwoni i pyta, dlaczego go nienawidzę i nie chcę go odwiedzić. Powiedziałam mu, że jego teorie są krzywdzące i tylko się tym stresuję. Nie widzi swojej winy i powtarza, że mi to już nic nie można powiedzieć i jestem przewrażliwiona. Mam dosyć. Przez takie teksty mam wrażenie, że jestem człowiekiem drugiej kategorii, wybrakowaną kobietą. Chęć posiadania dziecka jest tak ogromna, że chce mi się płakać, jak widzę szczęśliwą matkę na ulicy.

#CQzw9

Moja matka jest patologiczną bałaganiarą. Pewnie ma też depresję, ale chciałabym móc powiedzieć, że nabrała bałaganu na starość, ale to nieprawda. Tak jest odkąd pamiętam, czyli jak miałam 5 lat. Syf jest wszędzie plus zbieractwo. Jedyne czego nie robi, to łażenie po śmietnikach. Nie wyrzuca nic. Wszystko jej się przyda, największe śmieci. Mieszka sama w dwupiętrowym domu, bo wszyscy od niej uciekliśmy – ja, rodzeństwo i ojciec. Zagraciła całą przestrzeń. Wszędzie są naczynia, resztki jedzenia, czasopisma, brudne ubrania, czyste ubrania, wszystko. Każdy mebel w domu jest zapchany jej rzeczami. Od zarania dziejów były o to kłótnie z ojcem, był to jeden z powodów jego odejścia. Ja od dziecka jeździłam na szmacie, żeby to jakoś ogarnąć, ale próżny trud. Za trzy sekundy był jeszcze większy syf. Po kryjomu z ojcem wynosiliśmy jej worki np. butów, które wypadały z szaf, i wyrzucaliśmy, bo i tak nie była w stanie się połapać co ma, a czego nie ma. Po naszej wyprowadzce jest tylko gorzej. Zagraciła cały dom do tego stopnia, że do kilku pokoi nawet nie da się wejść… stoją wory z rzeczami po sam sufit. 
Śmieszą mnie rady „pomóż jej posprzątać”. Powiedziałam jej, że dam jej wszystkie moje pieniądze, zamówię ekipę, wezmę wolne z pracy, żeby jej pomóc to ogarnąć – ale ona nie widzi problemu w tym, jak żyje. Nie pozwala mi wyrzucić z domu nic. Nic. Wszystko jej się przyda. 
Mam dość. Przyjechałam tu ostatni raz i nigdy już nie wrócę. Może zarośnie brudem albo wywoła pożar lub się czymś zatruje. Wszyscy w rodzinie wiedzą, jaka jest, ale nikt jej nie pomoże, bo ona sama tego nie chce. Pracuje na kierowniczym stanowisku i to jest szok, jak człowiek może się prezentować poza domem, a jak wygląda jego dom.

#IQk2P

Nie potrzebuję w życiu i od życia dużo.
Właściwie to wystarczy mi miejsce, gdzie jest ciepło, nie czuć głodu, być czystym i przyroda blisko. Nie potrzebuję dużego domu, nie potrzebuję wakacji zagranicznych i samochodu, który „wygląda”, nie potrzebuję chodzić na koncerty, do knajpy.
Dbam o siebie i mam tzw. dobrą pozycję społeczną, ale wisi mi to i powiewa. Jest tak, że nieustannie pracuję, bo ożeniłem się i mam trójkę dzieci. Z dzieci jestem dumny i zadowolony, a żona to konsekwencja posiadania dzieci. Nie że coś jest nie tak między nami, ale to ja od 20 lat pracuję, aby wszystkich utrzymać i wyłazi mi to już bokiem. To taki czas, w którym dzieci (nastolatki) jeszcze są ogromnym kosztem i trzeba je ogarniać i ktoś to musi robić, więc żona nie pracuje (czasem coś dorobi).
Zarabiałem dobrze i zarabiam dziś przyzwoicie, a i tak koszty mnie obecnie przytłaczają. Nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy, które kupuję, które muszę mieć, które opłacam.
Powtórzę – kocham dzieci i nie żałuję, że je mam, ale czasem zastanawiam się, po co mi to było.
Im jestem starszy, tym robię się bardziej odizolowany od ludzi. Kiedyś tak nie było.
Nie że dziwaczeję, ale dziś staranniej dobieram kontakty i relacje. Ograniczam je do minimum niezbędnych. Sukcesem dla mnie nie jest obecnie dodatkowy zarobek, ale święty spokój.

#NZglc

Jestem żonaty od 10 lat. Żona dopóki chciała drugie dziecko, chciała często zbliżeń. Teraz kiedy tego nie chce, bo chce jechać na wakacje, w ogóle nie chce. 
Czuję się jak byk rozpłodowy. Myślę o rozwodzie. Nie wyprowadziłem się tylko ze względu na dziecko, ale zbliżam się do granicy. Kilka razy jej o tym mówiłem. Bez rezultatów.

#8Lrv3

Bardzo brakuje mi w związku spontaniczności. Jesteśmy razem około 2 lata, a ja czuję się jak w jakimś starym, nudnym małżeństwie. Nie chodzi mi o jakieś ciągłe fajerwerki, wybuchy czy nie wiadomo co, bo czas pierwszego zauroczenia już raczej minął, ale po prostu o przełamanie szarej codzienności od czasu do czasu.
Wszystkie wyjazdy muszą być zaplanowane chociaż z miesięcznym wyprzedzeniem, bo inaczej on nie dostanie wolnego. Okej, rozumiem, taka praca. Ale na jednodniowy wypad za miasto w wolny dzień już nie trzeba specjalnie brać urlopu, a i tak jest to wielki problem, jeśli wieczorem proponuję, żebyśmy następnego dnia sobie gdzieś pojechali. No trudno, jakoś się z tym pogodziłam i wszelkie wspólne wyjścia (nawet do kina czy na spacer) ustalamy kilka dni wcześniej.
On nie lubi niespodzianek i w związku z tym prezenty np. na urodziny wybiera sobie sam, po prostu jedziemy razem do sklepu i tyle, ja płacę za to, co on sobie wybierze. Ja za to bardzo lubię niespodzianki, ale po prezenty dla mnie i tak jeździmy razem, żebym sobie wybrała, co chcę dostać. Może się czepiam i niepotrzebnie narzekam, ale dla mnie w ten sposób znika cały urok z robienia komuś prezentów. Najbardziej doceniam właśnie to, że ktoś poświęcił czas na to, żeby pomyśleć o drugiej osobie, o tym, co mogłoby sprawić jej radość, z tysięcy rzeczy wybrał tę jedną specjalnie dla tego kogoś. A tak... wybierz sobie i tyle, kolejne święta odhaczone. On tłumaczy się tym, że jak zrobi mi prezent niespodziankę, który okaże się nietrafiony, to będę niezadowolona itp. No nie wiem, wydaje mi się, że te 2 lata to jednak wystarczający czas, żeby się zorientować co druga osoba lubi, z czego by się ucieszyła, można zresztą jakoś dyskretnie podpytać, jeśli nie jest się pewnym.
Raz zapytał mnie, co chciałabym dostać na urodziny. Odpowiedziałam, że chciałabym, żeby zabrał mnie w jakieś ładne miejsce, może zorganizował piknik, może spacer, żebyśmy po prostu miło razem spędzili ten dzień. Po kilku dniach dostałam listę książek z pytaniem, czy któraś z nich mi odpowiada. Miło spędzony czas w ładnym miejscu oczywiście się nie ziścił, bo nie powiedziałam konkretnie dokąd chcę jechać i właściwie po co.
Może to dość błahy problem, kilkukrotnie już próbowałam z nim o tym rozmawiać i zwykle kończyło się tak samo. Ja nie chcę codziennie niespodzianek, szalonych podróży i nie wiadomo czego, tylko żebyśmy od czasu do czasu zrobili coś bez planowania, tak po prostu. Dla mnie to urozmaicenie codzienności, miła odmiana, tworzenie nowych wspólnych wspomnień. Dla niego to coś, czego nie lubi, bo nie i koniec, i czemu ja w ogóle czegoś takiego od niego wymagam. Tymczasem ja czuję, że zaczynam tracić jakąś cząstkę siebie i ciągle muszę się dostosowywać, bo on nie lubi, nie chce i nie będzie nic zmieniał tylko dlatego, że ja bym chciała.

#lNyoT

Gdy byłam dorastającą dziewczyną, mama zabroniła mi się golić – nawet nogi odpadały. Tak oto stałam się wielkim pośmiewiskiem w końcowej fazie podstawówki, a w gimnazjum znienawidziłam lekcje WF-u, siebie oraz moją mamę. Mama wiecznie powtarzała, że moich włosów nie widać i mam nie przesadzać. Że jak zacznę golić, to będą twarde i nigdy się ich nie pozbędę. Mówienie jej, co robią inne dziewczyny, potęgowało jej zdenerwowanie i przegadywankę: ale ty nie jesteś wszyscy. Nie liczyła się z moimi uczuciami, kompleksami, tym, że jestem sensacją i kozłem ofiarnym. Była tak uparta na moje niegolenie się, że mnie sprawdzała, a nawet przekopywała mi pokój w celu sprawdzenia, czy nie mam przypadkiem jakiejś maszynki/żyletki „nielegalnie”. Często ganiła mnie za moją głupotę, że chcę być jak inne „głupie dziewczyny”, że sadzała mnie na stołku w kuchni i krzyczała na mnie, wyzywała mnie do momentu, aż się rozpłakałam.

Zaczęłam się golić pod koniec trzeciej klasy gimnazjum i zrobiłam to u koleżanki, w gościach. Byłam taka zdesperowana, nie mogłam na siebie patrzeć... Zaprosiła mnie do siebie na naukę matematyki, a ja po prostu poszłam do łazienki i użyłam jej maszynki (którą jej ukradłam). Wróciłam do domu i specjalnie pokazałam mamie swoje błyszczące i gładkie nogi. Jej złość pamiętam do dzisiaj. Nigdy więcej nie widziałam jej tak czerwonej i kipiącej nerwami. Zrobiła mi wielką wojnę, i ona płakała z tych emocji, i ja, ale finalnie dopięłam swego.

Nie mogę na nią liczyć po dziś dzień, a minęło parę lat od mojej matury po technikum. Po tamtym wydarzeniu kazała mi iść swoją drogą, „skoro jestem taka przemądrzała”. Można rzec, że obraziła się na mnie na całe życie, chociaż myślę, że to nie przez sam czyn golenia, a przez nieposłuchanie jej, niespełnienie jej żądań, oczekiwań.
Ach, te mamy...

#4ooiV

Mam 26 lat. Pochodzę z dużej rodziny i dużego wielopokoleniowego domu, w którym wciąż mieszkam z rodzicami. I tu jest problem. Nie mój, ale innych i również członków mojej rodziny, a konkretnie bratowej. Odnoszę wrażenie, że w naszym społeczeństwie jak ktoś zaraz po 18 roku życia się nie wyprowadzi z domu, to jest jakiś trędowaty. Ciamajda, maminsynek, pępowina nieodcięta itp. Rozumiem, że są domy, w których jest patologia i dzieci chcą się szybko odciąć, ale ja ze swoją rodziną mam zajebisty kontakt. Jestem przywiązana do domu. I żeby nie było – ogarniam swoje domowe obowiązki, dokładam się do rachunków domowych, bo pracuję 50/50, pół zdalnie, a pół w firmie. Nie mam faceta, nigdy nie znalazłam drugiej połówki i nie płaczę z tego powodu. Trochę oszczędzam, a trochę baluję za zarobione pieniądze. Dobrze mi się żyje, rodzice też zadowoleni, bo już tyle sił nie mają, a ja zawsze pomogę jak trzeba, więc czemu ludzie chcą mnie usilnie z tego domu wywalić? Ja nie chcę brać kredytu na kolejne 20 lat, żeby pomieszkać w klatce w bloku przy dzisiejszych cenach, a o budowie domu nie wspominając. Bo po co? Żeby żyć w domu samej, bez nikogo, do kogo można otworzyć gębę? No ale co niektórzy mnie postrzegają jako nieodciętą pępowinę...

#5xHx3

Mam syna 9-letniego, którego wychowuję sama. Nie mam żadnych problemów finansowych czy mieszkalnych, na szczęście powodzi mi się dobrze. Niestety w innych sprawach jest inaczej, wręcz fatalnie. Mowa o moich relacjach z byłym mężem.

Jesteśmy jak pies z kotem. Mimo iż wielokrotnie próbowałam załagodzić nasze relacje dla dobra syna, z jego strony nie widzę tego samego. Robi wręcz wszystko, by mnie upokarzać czy poniżyć przy pierwszej nadarzającej się okazji. Gdyby wina rozpadu naszego małżeństwa leżała po mojej stronie, zrozumiałabym to. Prawda jest taka, że to on odszedł do innej, kiedy syn miał 8 miesięcy. Teraz ma z nią dwójkę dzieci. Dziwi mnie to, że mając nową rodzinę, przy każdym kontakcie z synem mnie obraża. Gdyby tylko to było na rzeczy, to nie miałbym aż takiego problemu, bowiem dochodzi do tego, że nastawia syna na mnie. Zawsze kiedy młody wraca od niego czy jego rodziny (dziadkowie), jest nie do poznania. Staje się niegrzeczny, niemiły i w szkole szybko pojawiają się problemy. Na szczęście udaje mi się go na nowo przywołać do porządku.
Dodatkowo zawsze kiedy były mąż kupi synowi jakikolwiek prezent, to nie daje mu go, aby mógł zabrać go do domu. Jak młody chce się pobawić, ma przyjechać do ojca.
Szczerze, to komu on kupuje te prezenty? Synowi naszemu czy swoim dzieciom? Bo to one mają go na co dzień.

Sama już nie wiem, co robić w tej sytuacji. Pocieszam się, że syn dorośnie i zrozumie jakiego ma ojca. A jak nie?
Dodaj anonimowe wyznanie