Wyobraźcie sobie sytuację:
Przyszli do Ciebie znajomi, wszyscy się świetnie bawią, a Twoja córka 7 lat bawi się w pokoju obok.
W godzinach wieczornych dziewczynka przychodzi do Was i mówi, że pokaże Wam sztuczkę karcianą. Towarzystwo zaciekawione, matka dumna, wszyscy w skupieniu obserwują.
Po około 5 minutach mały, słodki, blond aniołek rzuca karty na ziemię, patrzy na zebranych i głosem pełnym niewinności mówi: "Kur*a, nie wyszło" po czym wraca do swojego pokoju.
Byłam złym dzieckiem.
Ludzie uważają mnie za dziwaka, bo lubię robić dobre uczynki dla ludzi, nie oczekując za to żadnej zapłaty. Jak dla mnie to żaden wysiłek, a być może komuś poprawię humor na cały dzień.
Dla przykładu: któregoś dnia, gdy spacerowałem na starówce, moją uwagę zwróciła pewna para. Z oczu dziewczyny płynął wręcz potok łez, a facet mówił do niej coś w stylu "oj przecież to nic takiego". Wnioskuję, iż on ją zdradził, a jej świat właśnie legł w gruzach. Po wymianie kilku zdań on zapalił papierosa i sobie poszedł. Ona natomiast usiadła na murku. Wciąż płakała. Postanowiłem jej jakoś pomóc.
Niedaleko od tego miejsca zawsze stoi jakaś staruszka sprzedająca kwiaty. Na szczęście tego dnia nie było inaczej. Kupiłem od miłej, starszej pani największą różę jaką tylko miała i wróciłem do wcześniej wspomnianej dziewczyny. Podszedłem do niej, dałem jej kwiatka i powiedziałem, że nie warto rozpaczać za osobą, która nie zasługuje nawet na jedną łzę. Po czym się oddaliłem. Ukradkiem zerknąłem jeszcze za siebie i widziałem jak się pięknie uśmiecha. Co prawda przez łzy, ale lepsze to niż załamanie.
Ot, cała historia. Nie ma zakończeń typu "od tamtego momentu jesteśmy parą".
A robię takie uczynki, bo kiedyś doświadczyłem całą masę cierpienia z powodu traktowania przez rówieśników w szkole (ale to temat na inne wyznanie). Stwierdziłem, że nigdy nie będę taki jak te osoby, które miałem "przyjemność" poznać w przeszłości. Zamiast tego chcę dawać ludziom powód do szczęścia.
Od jakiegoś czasu uczestniczę w psychoterapii (anoreksja).
Już od paru dni jem normalnie - według zapotrzebowania kalorycznego, ale moją terapeutkę okłamuję, że nadal się głodzę. Wstydzę się przyznać do prawdy, by nie wyjść na słabą, która nie potrafi się powstrzymać od jedzenia.
Wiem, że paradoksalnie jest na odwrót - to, że w końcu się do niego zmusiłam, stanowi dowód siły, ale chyba już zawsze będę mieć z tyłu głowy moje durne przekonanie, że jeść ilości o normalnej kaloryczności i większe, niż śladowe = być słabym.
Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Nikt mi tak nigdy nawet nie powiedział.
Nie chcę się żalić, chciałam po prostu to z siebie wyrzucić. Sądzę, że nie ma już dla mnie nadziei na wyjście z zaburzeń odżywiania - nie z takim podejściem, a je niełatwo zmienić. W końcu nie da się wyleczyć kogoś, kto tego nie chce. Szkoda, że nikt nie może wejść w mój umysł i zechcieć za mnie.
Krwawa historia :D Otóż miałam wówczas ok 6 lat. Tworzył mi się (chyba jak każdemu) wałeczek tłuszczu na brzuchu gdy siedziałam. Pamiętam, że tego dnia oglądałam na Polsacie jakiś pokaz mody, i zrobiło mi się smutno, patrząc na piękne chude brzuchy modelek. Pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem, aby również mieć płaski brzusio będzie ucięcie tego bebecha. Nożyczkami.
p.s. 1. Tak, bolało.
p.s. 2. Tak, bliznę mam do dziś (ok 1 cm, nie byłam masochistką).
p.s. 3. Żodyn w domu nie wie. Żodyn :D
Historię opowiedziała mi mama.
Mój dziadek od zawsze prowadził gospodarstwo rolne na potrzeby rodziny, żadna działalność gospodarcza. Miał również zwierzęta, w tym krowy i byka. Dziadek jest kochanym i spokojnym człowiekiem, ale "zwierzyna" potrafiła wyprowadzić go z równowagi.
Pewnego dnia dziadek jak zwykle oporządzał oborę, kiedy bykowi coś odbiło i ruszył na dziadka. Dziadek musiał się bronić i odruchowo strzelił bykowi z pięści w pysk, a byk... padł na ziemię. Po prostu stracił przytomność. Dziadek się przestraszył i chciał go ratować (jedyny samiec), więc zaczął mu robić sztuczne oddychanie :D
Byk odzyskał później przytomność, a historia jest opowiadana wszystkim co najmniej od 40 lat :)
Przed pierwszą randką z nowo poznanym facetem, powiedziałam mu, żeby lepiej nie zdziwił się gdy stanie się coś dziwnego lub przypałowego podczas naszego spotkania, bo zawsze przyciągam pecha.
No i nadszedł dzień spotkania w restauracji. Był letni, upalny dzień, więc wybraliśmy miejsca na ogródku i ni stąd ni zowąd na moje świeżo umyte i ułożone włosy nasrał mi gołąb, którego gówno było konkretnie rzadkie i konkretnie wkleiło się w moje jasne blond włosy. Teraz cały czas czujnie obserwuję co się dzieję nad moją głową.
Pracuję w korporacji. Koledzy z pracy nie mogą się nadziwić jakim cudem jestem w stanie wyrobić się ze wszystkim i nie muszę siedzieć po godzinach.
Nigdy im się do tego nie przyznam, ale sfrustrowany nadmiarem obowiązków napisałem kilka skryptów, które wykonują moją pracę za mnie. Z początku miało to mnie jedynie trochę odciążyć, ale z czasem rozwinęło się to do takiego stopnia, że udało mi się zautomatyzować około 80% czynności, które wykonuję w pracy. Przez to mam bardzo dużo wolnego czasu.
Mam nadzieję, że mój szef nie czyta anonimowych. Byłoby nieciekawie, gdyby dowiedział się, że prawie całą naszą pracę może ogarnąć komputer.
Byłam ostatnio u mojego chłopaka po raz pierwszy w domu. Siedzieliśmy we dwoje, oglądaliśmy sobie serial. Nagle poczułam straszne zawirowanie w brzuchu i potrzebę puszczenia najgorszego bąka w całym moim życiu. Nie mam za mocnych zbieraczy i byłam w stanie wytrzymać tylko parę sekund. Jeśli wstanę, wszystko ze mnie uleci, jak się ruszę to będzie tak samo, wiec nie miałam jak się wyswobodzić z uścisku chłopaka. Kiedy czułam, że już zaraz ta bomba atomowa wystrzeli, udało mi się ją okiełznać i pozbyć się w formie zabójczego cichacza.
Z jednej strony ulga, ale jak ten potwór do niego dotrze to chłopaczyna się przekręci! Zapaszek dotarł, chłopak się poderwał z kanapy i nagle zaczął biegać po domu myśląc, że to kupa niewyprowadzonego psa jest powodem smrodu. Cała zestresowana czekałam aż wróci do pokoju i będzie wiedział, że ja jestem winowajcą, aż tu nagle przybył ratunek! Suczka imieniem Pysia wbiegła do pokoju rozpędzona, spojrzała mi w oczy po czym weszła pod łóżko i... Zesrała się! Pysia po wszystkim usiadła przy kanapie. Chyba po to by grzać się w mej wdzięczności.
Chłopak rzecz jasna do tej pory myśli, że smród wywołała jego ukochana sunia, na którą nawet nie był zły, bo uznał, że za mało ją wyprowadza.
Tak oto ja zyskałam czystą kartę, a Pysia częstsze spacerki. :)
Kilka lat temu zmarł mój dziadek. Nigdy nie miałam z nim dobrego kontaktu, wręcz go nie lubiłam. Przez większość życia był alkoholikiem, robił awantury i zdarzało mu się bić Babcię. Na koniec życia przestał pić, ale to nie zmieniło mojego stosunku do niego, więc gdy umarł, to nie było mi smutno, nawet się ucieszyłam, że Babcia w końcu odetchnie.
Kilka dni po jego śmierci miałam sen. Dziadek stał naprzeciwko mnie, nagle wyciągnął dłonie, złapał mnie za piersi i jakby chciał mnie pocałować, ale zamiast tego wcisnął mi do ust ugotowane na twardo jajko. Po tym się obudziłam. To było tak chore i nienormalne, że do tej pory czuję zażenowanie na samą myśl o tym. Nie wiem co byłoby gorsze, że to wytwór mojego umysłu, czy jakaś wiadomość zza grobu. I nawet teraz jest mi wstyd o tym pisać.
Zawsze byłam duszą towarzystwa. Starałam się być dla wszystkich miła, sympatyczna i pomocna. Jeśli ktoś potrzebował mojego wsparcia, nie zastanawiałam się ani chwili i bez wahania jechałam taksówką w środku nocy do przyjaciółki, która rozpaczała po zerwaniu z chłopakiem, czy pożyczałam pieniądze na rozkręcenie biznesu znajomemu. Nigdy nie brakowało mi osób, z którymi mogłabym wyjść na kawę czy do kina.
Dopiero kiedy trafiłam do szpitala, zdałam sobie sprawę z tego, jak samotna jestem. Ani jedna osoba ze znajomych, czy "przyjaciół", nie napisała do mnie nawet wiadomości, nie wspominając już o odwiedzinach.
Przez trzy tygodnie leżałam na oddziale i jedynymi osobami, które mnie odwiedzały, była moja rodzina.
Dodaj anonimowe wyznanie