#O9TbT

Dziadek ma 3 córki, które wtedy miały odpowiednio 14, 10 i 6 lat. Czas wykopków. Dwie starsze córki pomagały dziadkowi i babci w zbieraniu ziemniaków, najmłodsza Ania bawiła się w okolicy stawu. W którymś momencie ktoś zapytał:
- A gdzie Ania?

Rozglądają się i nigdzie Ani nie ma, dziadek patrzy w kierunku stawu i widzi tworzące się koła na powierzchni, coś wzburzyło wodę... Dziadek nie zastanawiając się wskoczył "na szczupaka" do stawu tak jak stał (staw niewielki i płytki, ale bardzo zamulony). Wtem zza sitowia wynurza się Ania i pyta:
- Mamo, a dlaczego tato tam wskoczył?

Okazało się, że Ania bawiła się kijem w wodzie, stąd te koła na powierzchni, a dziadek myślał, że wpadła do wody :D

#Rp0tv

Ach, niedziela. Ja i żona śpimy dłużej, potem leniwe śniadanie. Nasze dzieci od rana bawią się na podwórku. Dzisiaj w hiszpańską inkwizycję. Ze skrzynek, desek i kopek skoszonej trawy budują wyjątkowo realistyczny stos. Ubierają się na czerwono, na szyje zakładają sobie wielkie krzyże i idą na sąsiadujący z naszym domem plac zabaw.

Wyzywają młodsze dzieciaki od heretyków i próbują zaciągnąć na stojący na naszym podwórku przeuroczy stos. Opiekunowie niedoszłych ofiar wyrywają je inkwizytorom, ci którzy nas kojarzą rzucają w stronę naszego domu groźby i wyzwiska. Nie ma to jak niedziela.

Żeby nie było, jesteśmy wszyscy normalni. Tylko dzieci mają pomysły. Niekiedy kiepskie.

#aT6Gt

Uroki posiadania dzieci. Dorobiłam się trzech minionków w bardzo krótkim czasie, wiec średnia wieku bardzo bliska. Jak u nas wyglądało trenowanie ich korzystania z toalety jest dość moim zdaniem dziwnie. O ile jedynka poszła bardzo łatwo, z dwójeczką już było gorzej. A wyglądało to mniej więcej tak. Za każdym razem jak któreś zrobiło dwójkę to kazaliśmy im radzić sobie samemu. Więc co robili?

Po swojej próbie podtarcia sobie pupy, przylatywali do nas, wypinali pupę, rozkładali pośladki i pytali "czyste?". I nie było by w tym nic tak dziwnego gdyby nie to, że potrafili to zrobić z rana, gdzie my jeszcze w łóżku z mężem i pierwsze co widzisz, gdy otworzysz oczy to obesrany tyłek. Czasami razy 3. Albo wołali siebie nawzajem, żeby brat lub siostra sprawdził/a czy pupa czysta. Co też było dość śmieszne, bo konwersacje jakie prowadzili też były takie - "czyste?", "tak". Albo "czyste?", " no do tej kupy to ty chyba mamę musisz obudzić".

I tak się zastanawiam czy za parę lat nie znajdę ich historii na anonimowych.

#QC73v

O tym, jak zweryfikowałem swoich znajomych. Od zawsze olbrzymią radość sprawiało mi uczenie. Najpierw korepetycja indywidualnie, później praca dodatkowa podczas studiów związana z edukacją. Aż w końcu trafiłem do domu dziecka. Prowadzę tam warsztaty z szeroko pojętej zajęcia z komputerem. Od tego jak napisać eleganckie CV czy zrobić wpadająca w oko prezentację po zabawy z programowaniem Arduino.

Część znajomych uznała mnie za potwora. Czemu? Bo fundacja, która to organizuje, podpisała ze mną umowę. Nieważne, że wkładam w to masę serca i staram się prowadzić zajęcia jak najlepiej. Nieważne, że robię coś dobrego dla dzieciaków. Nieważne, że ci co krytykują, nie udzielają się w żaden sposób. Liczy się jedynie to, że nie jestem wolontariuszem. Przynajmniej wiem, z kim nie warto więcej wychodzić na piwo.

#Bx6n3

Kiedy byłam dzieckiem, tata i mama niesamowicie imponowali mi tym, że kiedy ja się bałam sama iść do swojego pokoju na piętro/do piwnicy po kompocik/przyjść do mnie w środku nocy, oni robili to bez problemu. Nie bali się zupełnie. Mama spokojnie zapalała światła, pokazywała mi, że tam nic nie ma, a tata po prostu wydawał głupkowate dźwięki i mówił, że gdyby cokolwiek tam było, to by dawno uciekło na jego widok.

Mieszkaliśmy na rogatkach dużego miasta w domu jednorodzinnym. Często na dworze rozrabiały mniej lub bardziej dzikie zwierzęta. Raz i drugi weszły nam za płot i napędziły strachu nawet mamie. Tata bez cienia lęku po prostu brał latarkę, psa, pałkę teleskopową tak na wszelki wypadek (bo ja i mama bałyśmy się o niego) i szedł sprawdzić co to. Raz zdarzyło mu się wynosić na karku koziołka sarny, który wsadził łeb w szczeble werandy i wył o drugiej w nocy jak mordowane dziecko...

Ja rosłam, moje drobne lęki pozostawały takie same. Niby opanowane, ale jednak. Gdy budzi cię opętańcze zawodzenie w środku nocy, nie myślisz za dużo. I kij z tym, że te oczy za oknem to sowa czy inny jeleń. To jest straszne i już, zwłaszcza gdy jest się samemu. I tym bardziej podziwiasz człowieka, który nie boi się tego sprawdzać.

Gdy miałam te 16 - 17 lat, złożyło się tak, że mama i tata regularnie wyjeżdżali ok. 18 i wracali po 3, w związku z pracą. W takie wieczory na podwórzu regularnie coś się działo, coś tłukło w szybę. Na nieszczęście nasz stary, wielki sznaucer niedawno padł, więc nie wiedziałam, czy to zwierz czy człek (Gidran na zwierzęta miał wywalone, na człowieka reagował spokojnie, ale specyficznie, zwłaszcza na obcego). Chowałam się wtedy na poddaszu z telefonem w ręku, gotowa prosić babcię, żeby przyjechał dziadek (był leśniczym i miał pozwolenie na broń), bo mieszkali niedaleko. Raz i drugi dziadek przyjechał, ale nic nie znalazł. Pocieszył, pogłaskał i zostawał na noc.

Któregoś razu dyżur rodzicom odpadł i zostali w domu. Poszli spać bardzo wcześnie, ja zostałam na dole i oglądałam TV. Znowu się zaczęło, tym razem tuż przy drzwiach na taras. Standardowo uciekłam na górę, ale tym razem do rodziców. Tata od razu złapał pałkę i tylnymi drzwiami wyszedł na dwór. Gdy zaczął krzyczeć, mama poleciała za nim, a ja schowałam się pod ich kołdrę i prawie posikałam. Wezwana policja, a facet, który starannie rozpracowywał zabezpieczenia naszego domu od kilku tygodni, został obezwładniony przez ojca.

Do dziś przeraża mnie myśl o tym co by było, gdyby nie dziadek, normalni, kochający rodzice z zaufaniem do mnie i jajami do kolan. Teraz mieszkam w bloku, w centrum miasta, na 6. piętrze. Moje drzwi kosztowały majątek, mam alarm i bardzo bojowego Maine Coona jako stróża, do tego noże upchane po całym domu i już nikogo się nie boję... chyba.

#njCmG

Ostatnio w pobliskim sklepie zaczęła pracować przepiękna dziewczyna. Będąc wstydliwym chłopakiem, jedyne co potrafiłem powiedzieć poza „dzień dobry/do widzenia” to było „miłego dnia”.

W końcu pewnego dnia przełamując się poszedłem pewnym krokiem do sklepu, aby zakupić tylko jednego batonika (miałem ostatnią złotówkę w portfelu). W razie zaniemówienia napisałem króciutki liścik dla owej pięknej istoty z moim numerem telefonu.

Tak się niestety stało, że nie wydusiłem ani słowa... Dałem liścik i uciekłem z sklepu.

Nie zadzwoniła, a tydzień później ponownie ją spotkałem, zagadała o co mi chodziło... Powiedziałem, że nic nie wiem i że to był mój brat bliźniak idiota. Teraz wiem, że to był błąd...

#eLNwr

W przedszkolu miałem przyjaciółkę - nazwijmy ja Hermenegilda. Była mi bardzo bliska, no wielka miłość aż po grób.

Pewnego dnia, kiedy bawiliśmy się na dworze, powiedziała, że chciałaby zobaczyć, jak chłopcy robią siusiu.

Jako dobry przyjaciel oczywiście zademonstrowałem pod drzewkiem - Hermenegilda była zachwycona, po wiadomej czynności zaczęła oglądać mój sprzęt, bawiła się nim, głaskała...
Następnie dumnie zademonstrowała, jak to robią dziewczynki, oczywiście ja zaciekawiony również przystąpiłem do oględzin.

Tak, w wieku czterech lat dziewczyna robiła mi dobrze, a ja robiłem dobrze jej.
Nie, nie jesteśmy razem - mamy swoje drugie połówki, są one rodzeństwem. :D

#pa1Fd

Mam córkę. W wieku 4/5 lat (czyli niby duże i rozumne dziecko, okazuje się, że jednak nie) robiła kupę po kątach, którą znajdywaliśmy po czasie, gdy zaczęło cuchnąć w całym pokoju lub domu. Poważnie, nie wiem jak to robiła, ale nieźle się z tym kryła.

Byliśmy tą sytuacją wykończeni, bo może się to wydaje błahe, ale czuliśmy wszechobecny smród, potrafiła zrobić kupsko do kosza ze świeżym praniem, do zmywarki, w najciaśniejszych miejscach, skąd ledwo dało się to gówno wyciągnąć, potrafiła się zesrać i wetrzeć to w ścianę, no obrzydlistwo, mimo że to były dzieła mojego dziecka.

Któregoś razu, kiedy przyłapałem ją na gorącym uczynku, zaczęła zwiewać. Nie myśląc złapałem jeszcze ciepłe gówno i w bieg za bachorem. Z chorą satysfakcją wtarłem jej wszystko w twarz. Wiem, ojciec sku*wiel.

Żona do tej pory się zastanawia nad cudownym uzdrowieniem.
Niczego nie żałuję.

#HAXmO

To była wpadka, a jak dziecko, to i ślub. Tymi słowami syn mojego kuzyna poinformował swoich najbliższych o planie zmiany stanu cywilnego... i zaczęło się.

Najpierw ze względu na młody wiek zakochanych oraz brak zatrudnienia Pani Młodej zostaliśmy z mężem poproszeni o bycie szoferami. Tłumaczono, że mamy ładne autko i żal im wydawać pieniędzy. Pomyśleliśmy, że OK, zrobimy im tę przyjemność. Tak zaświnionego auta nie widziałam w życiu, po wizycie nowożeńców błoto było nawet w głośniku - Pani Młoda drzwi otwierała butem!

Moja koleżanka jest makijażystką i zawsze w dobrej cenie (jeśli tylko ma czas) chętnie mnie maluje. W dniu ślubu przyszła do mnie Pani Młoda, niby żeby pożyczyć lakier do włosów, a w efekcie żeby wbić się na bezpłatny makijaż (zawoziłam dziecko do teściów, mąż jej otworzył, a koleżanka przyszła 5 minut wcześniej). Byłam w szoku, bo po pierwsze zajęła moje miejsce (więc dla mnie brakło czasu), w dodatku nie chciała zapłacić! (zapłacili w końcu rodzice Pana Młodego). Po prostu wmówiła mojemu mężowi i koleżance, że to już ze mną ustaliła.

Przed błogosławieństwem poprosiła mnie o kolczyki (które miałam na uszach), bo ona nic nie ma z biżuterii i źle się z tym czuje... wtórowała jej matka "przecież Kasieńka w ciąży i w dodatku dziś jej dzień, to muszę dać, bo myszy zjedzą, bo tak wypada". Nie zgodziłam się. Kolczyki to rodzinna pamiątka i dostałam je od mojej nieżyjącej już babci, a wartość ich nie tylko sentymentalna jest bardzo duża. Płacz i lament trwał z pół godziny i ucichł dopiero jak mój mąż i żona kuzyna powiedzieli, że jak się nie uspokoją, to oni na ślub nie przyjdą.

Na weselu okazało się, że miejsc jest mniej niż gości. Tłumaczyli się, że myśleli, iż większość nie przyjdzie. Za wesele płacił mój kuzyn i co się stało z kasą, którą dostała Kasieńka na zapłatę sali, nikt nie wie. Zamiast 3 ciepłych dań był tylko obiad.
Byłam na granicy wytrzymałości i po obiedzie wróciliśmy z mężem do domu. Nasza rodzina opuściła salę około godziny 20.00, bo nie było co jeść.

Po narodzinach dziecka poprosili mnie o bycie matką chrzestną, ale bardzo stanowczo odmówiłam. Nigdy nie chciałabym, żeby ktoś do końca życia żądał ode mnie pieniędzy na różne okazje związane z ich maleństwem (rodzinę Kasieńki jak i ją samą poznałam na tyle dobrze, żeby wiedzieć dlaczego wybór padł akurat na mnie).

Nie utrzymuję z nimi żadnego kontaktu. Z opowieści kuzyna wiem, że Kasieńka nadal nie pracuje i żeruje na swoim mężu i jego rodzinie. Wakacje muszą być, chociaż na kredyt! Ale była w Hiszpanii, tylko to się liczy...

#6vsvY

Wyszedłem dzisiaj z dziećmi (1 i 3 lata) wyrzucić śmieci. Pracuję, więc rzadko bywam z dziećmi sam na sam poza domem, ale wiem co i jak (żeby nie było ;)).

Najpierw szukanie butów: 10 minut (jeden był w jednym pokoju pod szafą, drugi między zabawkami w drugim), potem zbieranie worków (te lżejsze i mniejsze dla pociech). Już miałem wyjść, ale młodsze dziecko trzeba było przekonać, że balon to nie najlepsze towarzystwo na schodach.
Potem schody. Powolutku w dół. Drzwi otworzyć i opanować, żeby nie przebiegły przez drogę (a trzeba przejść, bo śmietnik po drugiej stronie). Otwarcie śmietnika, wyrzucenie śmieci (oczywiście trzeba podnieść dzieci pojedynczo, żeby same wyrzuciły). No i droga powrotna.
Po powrocie obowiązkowe mycie rąk i rozebranie butów (nie bez krzyków, bo jak to tak bez butów?).
Całe przedsięwzięcie: 20 minut. Stwierdziłem do żony (która akurat czymś innym się zajmowała i mi nie towarzyszyła):

- Wyjście ze śmieciami jest jak zdobycie Mt Everest.
A ona:
- Ciesz się, że nie byłeś z nimi w piaskownicy.

Racja.
Dodaj anonimowe wyznanie