#2VQ8F

Ostatnio podczas podróży autobusem miejskim byłam świadkiem następującej rozmowy.

Starsza kobieta: - Przepraszam, może mi pani ustąpić miejsca?
Jakaś dziewczyna: - Ustąpiłabym pani, ale niestety bardzo źle się czuję...

Po chwili zauważyłam, że jakiś facet ustąpił tej starszej kobiecie miejsce.
Po minucie baba zamruczała wściekłym głosem:
- Źle się czuje... a słuchawki na uszach!!!

Zatem pamiętajcie...Gdy czujecie się źle, nie możecie nosić słuchawek i słuchać muzyki :)

#yMNv7

Jestem inżynierem. Pracuję w poważnej i znanej firmie w branży mechanicznej. Skończyłam ciężkie studia, życiowo jestem zaradna, nawet bardzo. Dobrze zarabiam, potrafię utrzymać się na wysokim poziomie. Odnoszę sukcesy, wcześniej na uczelni, teraz w pracy. Wydawać by się mogło, że jest idealnie. Jest jeden duży problem, który cały czas mnie ogranicza i obniża moją samoocenę.

JESTEM TĘPA.

Rozmowa ze mną często wygląda tak, że bazuję tylko na wyuczonej wiedzy, którą wkułam. Jeśli temat jest problematyczny, to się motam. Często mam problemy z wysłowieniem się, jestem chaotyczna, niezrozumiała. Mam zawiechy. Ktoś coś mówi, ja rzucam jakieś pytanie bądź odpowiedź, która sugeruje, że nie zrozumiałam głównego tematu...

Wstydzę się często odezwać na forum, żeby nie walnąć znowu gafy. Pracownicy cenią mnie za zaangażowanie i rzetelną pracę, ale wiem, że mają ze mnie bekę i komentują moje wpadki. Czasami mam wrażenie, że mój mózg działa jak przez mgłę. Mam obsesję na tym punkcie. Codziennie biczuję się w myślach za każdą wpadkę. Robię dużo testów na inteligencję, żeby się sprawdzić.

Skomentujcie, co o tym myślicie.

#j9L0p

Gdy byłem mały, pewnego razu, gdy się kąpałem, wymyśliłem "płaszczkę". Polegała na tym, że rozciągałem swoją mosznę tak, że była prawie płaska i miała całkiem dużą powierzchnię jak na tamten wiek. Od razu skojarzyło mi się to z tym czymś co pływa w wodzie. Pokazałem to nawet rodzicom, byli pod wrażeniem.

Do dziś, gdy widzę płaszczkę lub słyszę "płaszczka" mam niesmak. Co gorsze, ojciec to pamięta i nie raz przypominał mi to, np. gdy byliśmy w zoo.

#sGPn4

Czytałem właśnie kilka historii o miłościach do innych ludzi podczas związku z obecnymi, rzucę w takim razie małą opowiastką z mojej strony.

Mój system zakochiwania się był zawsze prosty - albo od pierwszej sekundy czułem pociąg do danej osoby albo nie występował nigdy. W przypadku pierwszym będąc wolnym starałem się doprowadzić do związku co udawało się niemal zawsze, czy przetrwał czy nie to zależało także od innych czynników.

Historia właściwa:
Po paru latach od wyprowadzki na studia spotkałem się z 2 kumplami na piwo, zebrali jeszcze swoje paczki ludzi, ja nie znałem nikogo poza nimi ale jakoś po 2 piwkach tematy zaczęły się toczyć. Gwoli informacji z wówczas już narzeczoną byłem razem od 3 lat, ślub planowany za kolejne 2. I na owym piwku poznałem Ją, koleżankę mojego kumpla. Trafiło mnie w momencie, zgranie charakterów 100%, gdybym był wolny to skończyło by się to prawdopodobnie związkiem. Sytuacja tym bardziej dziwna, bo nie dość, że zdarzało mi się to raz na kilka lat, to jeszcze nigdy będąc w związku. Przegadaliśmy i przepiliśmy całą noc, bujnąłem się w niej, widziałem, że ją też do mnie ciągnie, iiiiii... I nic. Nie pozwoliłem sobie na nic więcej niż lekki flirt, ona także wiedziała, że mam kogoś więc nie naciskała. Punktem kulminacyjnym naszej 'randki' było trzymanie mnie pod ramie, gdy odprowadzałem ją do taksówki.

Zakochanie trwało jeszcze tydzień i choć serce biło szybciej na samą myśl, a marzenia galopowały to nie napisałem, nie spotkałem się. I wygasło.

Od tak by uświadomić, że przypadkowe zakochanie to nic złego nawet będąc w związku, bardziej jest to kwestia właściwych decyzji i wyborów.

#JuqwV

Mój ojciec jest lekarzem, ostatnio miał pewną pacjentkę. Nie napiszę szczegółów, bo po pierwsze to anonimowe, a po drugie nie jestem lekarzem i nawet nie potrafiłam tych szczegółów zapamiętać.

Pacjentka była w ciąży, ale poważny problem stanowiły jej macica i łożysko (przerost i zrośnięcia). Jeśli kobieta z taką przypadłością jest pod stałą obserwacją, to nie ma dla niej szczególnego zagrożenia życia, jedynie komplikacje przy operacji mogą być groźne. Postępowanie wygląda tak, że kobieta nosi w sobie dziecko dopóki może, w odpowiednim momencie wykonuje się cesarskie cięcie, a zaraz po wyjęciu dziecka przeprowadza się operację, która ma na celu naprawienie wyrządzonych w organizmie szkód. Szkody są na tyle poważne, że podczas operacji niezbędna jest krew, inaczej kobieta się wykrwawi.

Jak już się pewnie część z was domyśliła, pacjentka taty była świadkiem Jehowy. Cały personel tłumaczył, że bez krwi na pewno umrze, nawet ją błagali, by jeszcze raz wszystko przemyślała, zwłaszcza że miała już dwójkę dzieci, a trzecie właśnie w drodze. Wiecie co odpowiedziała? "Mam rodzinę, oni się dziećmi zajmą".

Cesarskie cięcie, a potem operację wykonano w 7. miesiącu ciąży. Dziecko ma się dobrze, jak na wcześniaka, pacjentka oczywiście zmarła. Mój ojciec, z racji wybranej specjalizacji, rzadko traci pacjentki. Poronienia i martwe noworodki też są straszne, ale nie aż tak.

A mnie zastanawiają dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce ratuje się samobójców wbrew ich woli, eutanazja jest nielegalna, a odmowy pacjenta co do reanimacji się nie respektuje. Dlaczego więc można odmówić przyjmowania krwi nie tylko dla siebie, ale i dla swoich dzieci? Po drugie, ja naprawdę jestem tolerancyjna i nic nie mam do ludzi odmiennego wyznania, ale jak można wierzyć, że bóg, który wymaga od ciebie poświęcenia zdrowia i życia dla takiej błahostki, jest właściwym bogiem? Tu nie ma mowy, jak w przypadku terrorystów czy katolików, o złej interpretacji. Świadkowie Jehowy mają przecież tylko jedną interpretację. Nie rozumiem tego.

#uu300

Na samym początku powiem wam, że owszem, mam mamę. Ale nie mieszka ze mną i się nie przejmuje moim życiem.

W moim liceum wybiera się rozszerzenia od 2 klasy, czyli po czasie, w którym pozna się metody nauczania większości nauczycieli i będzie się zdecydowanym na wybór fakultetów. Od zawsze lubiłam matematykę, ale lubić a potrafić to dwie różne rzeczy.
Prosto mówiąc, miałam zawsze tróję.

I wtedy pojawiła się ona, babka z matmy. Jest to kobieta tak miła i wyrozumiała jak człowiek, a nie nauczyciel. Tylko że tylko dla mnie i mojej koleżanki. Dla innych jest wredna i nie daje im wysokich ocen. Spędzam z nią czas na przerwie, na lekcjach sobie żartujemy. Jak klasa chce przełożyć kartkówkę, idzie do mnie, jak chce mieć prosty sprawdzian, idzie do mnie. Przy czym nikt nie mówi o tym, że jestem faworyzowana. I tak właśnie zapisałam się na rozszerzenie z matmy, a żeby zaimponować pani profesor, uczę się trzy razy bardziej i dostaję same dobre oceny.

Mam wrażenie, że dostałam jakiegoś syndromu opuszczonego dziecka. "Zakochałam" się w nauczycielce, będąc 100% hetero. Tylko że ta "miłość" wygląda jak relacja matki i córki. Zbieram na jej temat jak najwięcej informacji. Wiem, że jej mąż pracuje za granicą, że ma troje dzieci. Doszło nawet do tego, że gdy widzę jak śmieje się do innego ucznia, robię się zazdrosna.

#UN1bP

Przeczytałem tu wyznanie żony (jakiejś żony, nie mojej) o tym, że jej mąż wraz z brat i kolegami poszli na kawalerskie do klubu go-go. Wyznanie to dźgnęło w mnie w mózg i przypomniałem sobie moją przygodę z klubem go-go i wieczorem kawalerskim.

Kumpel się żenił, więc w ramach kawalerskiego łaziliśmy całą paczką od pubu do pubu, aż w pewnym momencie ktoś zaproponował, żebyśmy wpadli na chwilę do klubu go-go. Protestów nie było, więc “ahoj przygodo” - wyruszyliśmy w drogę. W trakcie spacerku kolega Rafcio głosem totalnego znawcy i mentora á la stary chiński mistrz Kung Fu z klasztoru ShaoLin zaczął nam udzielać dobrych porad, jak należy się zachowywać w takim klubie in a co uważać.

„Musicie być ostrożni z tymi dziewczynami – one przyjdą do was, dosiądą się, zaczną opowiadać jakieś ckliwe historie o tym, że są biedne, zbierają na studia, pomagają rodzinie, i takie tam. Będą kłamały w żywe oczy, a wszystko po to, żeby was zmiękczyć, żebyście je zabrali na prywatny taniec i dali im kasę. Poza tym, uważajcie też z drinkami, bo są cholernie drogie i wydacie na nie całą miesięczną wypłatę jak nie będziecie się pilnować”.
Lekko zdziwieni, skąd u Rafcia takie mądrości życiowe, bo nie podejrzewaliśmy go o uczęszczanie do takich przybytków, ale jak wiadomo – cicha woda...

Dotarliśmy do klubu, weszliśmy, zrobiliśmy zrzutę na prywatne tańce dla przyszłego pana młodego, a sami zostaliśmy na głównej sali. Panny przychodziły, przymilały się, ale generalnie w chwili, gdy się orientowały, że my tylko w charakterze osób towarzyszących panu młodemu generalnie nie jesteśmy zbytnio zainteresowani tym co miały do zaoferowania (a niektóre miały bardzo “dużo” do zaoferowania), dawały nam spokój i szukały bardziej dochodowych klientów. Kolega “przyszły małżonek” wyszedł w końcu z VIP Room i zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. I nagle nas oświeciło. Gdzie jest Rafcio? Rozglądamy się – Rafcia nie ma. Może do kibla poszedł? Sprawdziliśmy - nie ma. No trudno, wychodzimy – może wyszedł wcześniej i czeka na dole. I w tym momencie Rafcio wychodzi z VIP Room z jakąś lancpudrą pod rękę. Jeszcze chwilkę z nią coś tam podagał, podszedł do baru, kupił jej drinka i idzie do nas z bananem na paszczy.

Wyszliśmy przed klub i pytamy Rafcia “Gdzieś ty polazł?” A co Rafcio na to? “No wiecie, usiadła koło mnie ta dziewczyna. Bardzo miła. Opowiedziała mi, że przyjechała z Bułgarii, że jej rodzina jest biedna, że zarobione tu pieniądze wysyła mamie i siostrze w Bułgarii, a resztę odkłada na studia. No kurczę, taka miła dziewczyna, a ma taką trudną sytuację... Więc zabrałem ją na prywatny taniec i dałem jej nawet trochę więcej kasy, żeby mogła mamie wysłać”.

Naszego synchronicznego facepalma było słychać chyba w całym mieście.
Jak mówią Eskimosi: You should practice what you preach...

#XmfZg

Moich rodziców łączyła miłość, jaką rzadko można spotkać. Przez całe dzieciństwo miałam wrażenie, że wraz z dwójką młodszego rodzeństwa jesteśmy tylko dodatkiem do ich wspaniałego życia. Owszem, kochali nas, ale przede wszystkim kochali siebie, a mimo upływu lat ich miłość stawała się coraz większa i silniejsza. Na widok taty w mamy oczach zapalały się małe ogniki, a głos taty miękł i łagodniał, kiedy się do niej zwracał. Zawsze żyliśmy na dość dobrym poziomie; tata był żołnierzem - pilotem śmigłowca, mama lekarzem. Uczyli nas miłości do nauki i chęci nieustannego kształcenia się. Tata raz po raz wyjeżdżał na misję, bo jak mówił "prawdziwy żołnierz musi zaznać walki".

Któregoś dnia, pod koniec jednej z misji taty, zadzwonił telefon. Śmigłowiec taty został zastrzelony i nikt nie przeżył. Kiedy przypomnę sobie krzyk mamy i jej okropny płacz, to mimo upływu lat pęka mi serce. Mama zamknęła się w sypialni i nie wychodziła stamtąd przez prawie dwa dni, a kiedy wyszła, zupełnie nie przypominała siebie, była starsza o minimum dziesięć lat. Późniejszych dni, pogrzebu prawie nie pamiętam, jedynie to, że zajmowałam się moim rodzeństwem, a mama całe dnie spędzała w sypialni. Aż któregoś dnia coś się zmieniło. Mama znów zaczęła przygotowywać nam obiady, odrabiać z młodymi lekcję, wróciła do pracy.

Żyliśmy sobie tak we czwórkę, potem ja wyprowadziłam się na studia. Po dwóch latach mój młodszy brat, a z mamą została nasza siostra, która kończyła ostatnią klasę liceum. Wydawało się, że mama w końcu pogodziła się ze śmiercią taty, chociaż nadal przy jego wspomnieniu w jej oczach pojawiały się łzy. Po cichu mieliśmy nadzieję, że może kogoś sobie znajdzie, żeby nie spędzić starości w samotności, w końcu była bardzo atrakcyjna i mądra.

Przyjechaliśmy na zakończenie roku naszej siostry, potem w domu było małe przyjęcie. Mama wyglądała na taką dumną, ale i spokojną, uśmiechała się do siebie pod nosem, a jej oczy lekko błyszczały. Następnego dnia zabraliśmy z bratem siostrę na małą wycieczkę. Gdy wróciliśmy, mama leżała w sypialni przytulona do swetra taty z jego zdjęciem w ręce. I nie żyła od kilku godzin. Na stoliku znaleźliśmy list, w którym przeprasza nas za to, ale nie potrafi żyć bez taty.

Minęło kilka miesięcy od jej i uświadomiłam sobie, że mama tak naprawdę umarła ponad osiem lat temu, w dniu w którym dowiedzieliśmy się, że nasz tata nie żyje. Nie potrafię jej mieć tego za złe, bo wiem, że kochała nas na tyle, żeby nas wychować i pomóc nam rozpocząć własne życie, ale jej miłość do taty przewyższała wszystko inne i to dlatego tamtego dnia była tak spokojna i szczęśliwa, że w końcu, po tylu latach męki będzie mogła być z nim razem.

#7P8oA

Złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie serca. Właśnie taki sobie kupiłem i noszę. Mimo że jest typowo kobiecy, ale mnie to nie obchodzi.

To było ponad 30 lat temu. Byłem malutki, ledwo 4-letni. Leżałem u mamy na kolanach, ona czytała mi bajkę, głaskała mnie po głowie, a ja zasypiając, bawiłem się jej serduszkowym wisiorkiem. Zawsze tak robiłem, uwielbiałem te chwile przed spaniem. To był ostatni raz, jak ją widziałem. Wyszła do pracy na nocną zmianę i już nie wróciła. Zaginęła, do pracy nie dotarła. Tata szukał jej długie lata. Ja też szukałem. Pamiętam, jak rysowałem jej portrety i przyklejałem do drzew.

Często chodzę na jej grób, tylko jej tam nie ma. To tylko symbol. Tak bardzo bym chciał się czegoś dowiedzieć. Nie wierzę w to, że żyje. Ale chciałbym wiedzieć, czy nie cierpiała. Po nocach czasem śnią mi się najgorsze scenariusze.

Ostatnio przez przypadek zobaczyłem w lombardzie taki sam łańcuszek z wisiorkiem, jaki miała mama. Pewnie to nie ten sam, ale dzięki temu, że go mam, czuję, że ona jest blisko mnie, że znów mam 4 lata i bezpiecznie leżę i słucham, jak swoim ciepłym głosem opowiada mi bajkę.

#BVFzA

Ostatnio widziałam 2 dziewczyny za blokiem.

Miały na oko jakieś 15 lat. Zatrzymałam się pod blokiem, bo wydawało mi się że telefon mi dzwoni (torbę mam jak czarną dziurę więc trochę to zajęło). Słyszałam ich rozmowę. Jedna miała iPhone'a. Chciały go rozwalić żeby od rodziców dostać nowszy model. Ich rozmowa mnie rozwaliła. Zastanawiały się czy go wrzucić do Wisły czy utopić w kiblu czy rozwalić o ziemię itd.
Nie rozumiem dzisiejszych dzieci. Ja sama mam trochę słaby telefon, a nie narzekam.
Dodaj anonimowe wyznanie