#o3BQE

Często słyszę tekst, że "matka to zawsze matka" oraz że "trzeba ją kochać i szanować mimo wszystko". Tylko że ja po prostu nie umiem.

Wychowałam się w rodzinie dysfunkcyjnej.
Mieszkałam z matką i ojczymem.
Ojczym odkąd pamiętam bił matkę, ale ona i tak zawsze do niego wracała. Za kołnierz też nie wylewali.
Gdy miałam 6 lat, ojczym mnie molestował. Nie rozumiałam tego co zaszło, ale mówił mi, że to normalne i nikomu nie mogę powiedzieć, a zwłaszcza mamie, bo będzie na mnie bardzo zła, więc milczałam. Z wiekiem coraz bardziej rozumiałam sytuację, ale i tak czułam zbyt wielki wstyd, żeby cokolwiek powiedzieć. 6 lat zajęło mi zebranie się w sobie, żeby powiedzieć matce co się wtedy stało. Wydusiłam to poza domem, spontanicznie i w miejscu, gdzie jakby co nie mogłaby mnie uderzyć. Zapytała się, czy doszło do penetracji. Gdy odpowiedziałam, że nie, machnęła ręką i stwierdziła, że nic takiego się nie stało, że przesadzam i pewnie to przeze mnie.

Mniej więcej rok po tym trafiłam do psychiatry, który stwierdził depresję. Na dodatek dostaliśmy kuratora po tym, jak w szkole zauważyli siniaki na moim ciele. Oczywiście to była moja wina, za co zostałam ukarana złamanym nosem. Nie poszli ze mną nawet do szpitala.
W wieku 15 lat na popijawie moich rodziców zostałam zgwałcona przez kolegę mojego ojczyma. Dopiero rok później wykrzyczałam to matce, gdy po raz kolejny mówiła mi, że jestem niewdzięczna, a ona wychowała mnie najlepiej jak mogła i inne dziecko to by się cieszyło z takiej matki. Ze śmiechem odparła, że mogłam zrobić mu dobrze ustami. Bezsilność czy gniew to za mało.
Po mojej próbie samobójczej narzekała, że jestem na tyle tępa, że się zabić nie potrafię.
Kurator wiedział tylko o przemocy w rodzinie i próbie. Matka mówiła, żebym się nie chwaliła swoim "dziwkarskim" zachowaniem.
Straciłam nadzieję na pomoc od kogokolwiek, gdy powiedziałam kuratorowi, że się bardzo źle czuję psychicznie i nie mam już siły wstawać z łóżka, a on na to śmiejąc się "Nie dramatyzuj, jakie wy możecie mieć problemy w tym wieku? Żeby nie mieć czasu na pójście ze znajomymi na lody?". A matka tylko pokiwała głową uśmiechając się.

5 lat temu się usamodzielniłam. Byłam na różnych terapiach i biorę leki od psychiatry, ciągle nad sobą pracując. Ale nadal nie jestem w stanie zbudować normalnej relacji czy nie ryczeć po kątach, gdy ktoś mnie zaprosi na randkę, a ja mimo chęci nie mogę pójść, bo nie wyobrażam sobie kontaktu cielesnego z kimkolwiek.

#yrLQS

W przedszkolu miałam przyjaciółkę - Dorotę. Bardzo się lubiłyśmy. Potem kontaktu nie było do czasu liceum. W pierwszy dzień od razu rozpoznałyśmy znajomą twarz. Okazało się, że również do mat-fizu chodzimy razem. I się zaczęło: jak za dawnych czasów - papużki nierozłączki. Razem w ławce, podobne zainteresowania, wspólne wypady na pizze, imprezy itp. Dorota zawsze była ode mnie mądrzejsza i zdolniejsza. Zawsze była Dorota i "jej koleżanka". Mnie nauczyciele kojarzyli tylko dlatego, że byłam obok niej. Nie przeszkadzało mi to. Byłam przeciętną uczennicą, a Dorota wzorową. Od początku liceum wiedziałam na jakie studia chcę iść, okazało się że Dorota chce iść na ten sam kierunek co ja. Chodziłyśmy razem na kurs przedegzaminacyjny. Wyczuwałam wyścig szczurów u Doroty, ale była bardzo skrytą osobą i nigdy mi bezpośrednio tego nie okazała. Miała mamę nauczycielkę i wiedziałam, że w liceum musiała mieć super oceny, bo inaczej się na nią w jakiś sposób obrażała. 

Egzamin na studia zaliczony przez nas obie. Sukces. I się zaczęło. Dorota nie zaliczała kolokwiów i nie oddawała projektów, nie radziła sobie z systemem "teraz uczysz się sam, bez prac domowych, albo zaliczasz albo nie". Proponowałam jej pomoc, że oddam jej swój projekt, wspólną naukę. Ale chyba jej duma na to nie pozwalała. Opuszczała zajęcia. Zaczęła mnie wystawiać. SMS-y, telefony - cisza. Zaczęłam odpuszczać zadręczanie się co u niej słychać, pisanie, dzwonienie - jakby chciała, toby się odezwała, zawsze mogła na mnie liczyć.
Po roku dowiedziałam się od jej koleżanki z grupy, że Dorota miała problemy psychiczne. Wiedziałam od początku, że od zawsze była smutną osobą: rodzice nie byli razem, mocno to przeżywała w liceum, ale nie wiedziałam, że jej stan psychiczny doprowadził ją do szpitala... Jej kumpela nic więcej nie wiedziała. Niestety, od tamtej pory przez kolejne 8 lat nie odezwała się do mnie ani do koleżanki z grupy. Telefonu do jej mamy nie miałam nigdy.

Rok temu przed świętami byłam w sklepie. Zobaczyłam ją jako pracownicę, wiedziałam, że patrzyła na mnie. Od razu poszłam do niej, a ona poszła w innym kierunku. Pomyślałam - chociaż się przywitam, bo szczerze mówiąc bardzo mi jej brakuje i często o niej myślę. Ale nie, ona ewidentnie szła slalomem, żebym do niej tylko nie podeszła. Jak się zatrzymałam, ona na końcu sklepu tylko zerknęła, czy dalej idę. Mam nadzieję, że widziała mój smutek i milion pytań na twarzy. I wiem, że nie lubicie takich zakończeń, ale do tej pory nie wiem co u niej słychać. Nie powiedziała mi dlaczego zrezygnowała z naszej przyjaźni, co się stało, że tak się odcięła,co zrobiłam źle, że skreśliła naszą przyjaźń. Chciałabym usłyszeć wszystko z jej strony, jej wersję. Nawet jeśli ma mi powiedzieć rzeczy, których nie dostrzegałam i byłyby bolesne dla mnie.

#wsPXg

Było tu kiedyś wyznanie osoby, która była wyzywana z powodu wagi. W komentarzach zasugerowali jej, że w takim razie powinna schudnąć, żeby nie dawać pretekstu do szykan. Potem jakaś dziewczyna napisała wyznanie w obronie tamtej osoby. Tłumaczyła, że do odchudzania potrzebna jest silna psychika, a gdy jesteś wrakiem, to jest to niemożliwe. Została zhejtowana za bycie słabą. Teraz ja coś napiszę.

Przez całą podstawówkę i gimnazjum byłam wyśmiewana i wyzywana, głównie od krów. Nie, nie dlatego, że byłam gruba, chociaż później i to sobie dodali, choć miałam wtedy rozmiar 38. Nigdy nie zgadniecie, co było powodem tych wyzwisk. Chodziło o to, że miałam długie i gęste rzęsy.

Tak, byłam wyzywana z powodu takiego atutu. Wiecie, co robiłam? Podcinałam je nożyczkami, zanim nauczyłam się to jakoś robić, prawie w ogóle nie miałam rzęs, ale wolałam ból spowodowany brakiem ochrony oka, niż posiadanie długich rzęs, które uznawałam za ohydne. Za każdym razem mama na mnie krzyczała, jednak nikt nigdy nie zainteresował się, dlaczego to robię.

Szykany jednak nigdy nie ustały, skoro nie miałam już tej krowiej cechy, uczniowie zaczęli szukać innych pretekstów. Byłam więc gruba jak krowa, owłosiona jak krowa, niezdarna jak krowa, głupia jak krowa, żarłam jak krowa i śmierdziałam jak krowa. No i wciąż słyszałam, że mam rzęsy jak krowa, mimo że tych rzęs już prawie nie miałam.

Tak więc doprowadziłam się do niedowagi, całe ciało zaczęłam depilować w podstawówce, przestałam jeść publicznie i bałam się odzywać, żeby ktoś nie przekręcił moich słów i nie wcisnął mi głupoty. Usunęłam nawet najbardziej absurdalne powody szykan, jednak co chwilę słyszałam, że jestem jak krowa. Moje starania nie dały mi nic, prócz jeszcze większych kompleksów.

Zmienianie się tylko dlatego, że coś się komuś nie podoba i cię wyśmiewa z tego powodu, to najgorsza rada na świecie - nieważne, czy to okulary, rude włosy, nadwaga czy coś już zupełnie abstrakcyjnego. A ja do tej pory nie potrafię spojrzeć na moje rzęsy jak na coś ładnego. Przestałam je podcinać i słyszę wiele komplementów od zazdrosnych koleżanek, jednak wciąż ich nienawidzę.

#zMdlS

Jako dziecko byłam bita za byle co. Głównie przez tatę.
Skończyło się to, gdy wylądowałam w szpitalu, bo gdy próbowałam się zasłonić przed tatą, to od uderzenia pękła mi kość w ręce. Tym razem nie zeszło i skończyło się na izbie przyjęć, gdy w szkole pani kazała dobrać się w pary, a ja się rozpłakałam z bólu, gdy koleżanka chwyciła mnie za rękę.
Rodzice mnie odebrali ze szkoły i kazali nazmyślać, że się przewróciłam.
Wszystkim tak mówiłam, cały czas się bałam, że znów oberwę za nieposłuszeństwo, nieposłane łóżko, przeoczoną pracę domową, kiepską ocenę, odezwanie się, gdy nie trzeba itd.

Jednak wysłanie mnie do szpitala miało jeden plus - skończyło się bicie.
Rodzice zauważyli, że uchylałam się nawet gdy chcieli mnie po głowie pogłaskać. Oni nie byli świadomi, że mnie krzywdzą, aż mi czegoś poważnie nie zrobili.

Nikomu nigdy nie powiedziałam jaka jest prawda, poza moją jedną przyjaciółką. Dopiero ona mi uświadomiła, jakie to było złe. Taka moja mała tajemnica ze skrywaniem patologii w rodzinie.

#evs1r

Rok 2018 miał być dla mnie przełomowy z oczywistego względu, czyli wypadających w nim 18-stych urodzin. Miałam plany, marzenia jak każdy z nas. Wycieczka klasowa, wymiana w Anglii, prawo jazdy, praca wakacyjna, wspaniały wypoczynek. Jednakże nikt nie przewidział, że chłoniak pokrzyżuje moje plany.

Absolutnie nikomu włącznie ze mną nie przyszło to do głowy. No bo gdzież ja? Okaz zdrowia, bardzo aktywna i pełna energii osoba. Zaczęło się bardzo niewinnie. Świąd skóry. Należy dodać, że bardzo uporczywy, przeszkadzający w codziennym funkcjonowaniu. Drapałam się praktycznie non stop, wydrapując rany. Pamiętam, że nie obchodziły mnie wtedy powstające rany, ale to, by choć na chwilę zaznać ulgi.

Czasami czułam się zmęczona, ale cały czas zwalałam to na szkołę, dużo nauki, siedzenie do późna. Chodziłam do różnych dermatologów, z których żaden nie potrafił mi pomóc. Pamiętam jeszcze, że były momenty, w których robiło mi się gorąco. Nie raz już w okresie zimowym, gdy na dworze mróz, otwierałam okno i wdychałam lodowate powietrze - pomagało na chwilę. Tak sobie żyłam zmagając się z tym wszystkim, martwiąc się, że żadne maści, leki, nawet sterydy nie pomagają.

Aż nadszedł ten dzień, w którym zaobserwowałam u siebie coś na kształt piłeczki tenisowej po prawej stronie, powyżej obojczyka. To zaniepokoiło mnie i moją mamę na tyle, że zamiast do szkoły, pojechałam do ośrodka zdrowia, a stamtąd do szpitala. Tam zrobiono mi badania, usg, rtg. Zostałam skierowana do kolejnego szpitala. Rodzice nie powiedzieli mi o co chodzi... Tylko, że potrzebne są dodatkowe badania. Jechałam karetką, nie będąc świadoma niczego. Gdy dojechaliśmy i trwała rejestracja, rzuciłam okiem na dokumenty i zobaczyłam napis ''nowotwór o nieokreślonym charakterze''.

Powiedziałam wtedy do mamy coś w stylu ''no cóż, oni to napisali'' - kompletnie nie dotarła do mnie powaga sytuacji. Dopiero gdy wchodząc na odział zobaczyłam napisy: ONKOLOGIA, HEMATOLOGIA, CHEMIOTERAPIA, coś zaczęło świtać, ale mój mózg nadal to wypierał, stwierdziłam że to na pewno pomyłka, że przysłali mnie tu po to by zrobić badania i upewnić się że jednak jestem zdrowa.

Na początku oddział wydał mi się okropnie duży. Pielęgniarka cały czas do mnie mówiła, pokazywała mi gdzie szafki, gdzie gabinet zabiegowy, a ja nie umiałam się ruszyć i patrzyłam na nią tępo. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Biopsja, tomografie, trepan kości. Diagnoza chłoniak stopień II. Konieczna chemioterapia. To słowo zbiło mnie z nóg, od tamtej chwili znikły wszelkie wątpliwości. Szok, płacz, złość. Niedawno śmigałam na nartach, teraz leżę w szpitalu na onkologi.

Mój apel do wszystkich: BADAJCIE SIĘ. Nie myślcie, że to was nie dotyczy - ja też tak myślałam, uważałam się za osobę super zdrową, ze świetną kondycją. A jednak. Największym błędem jest nie badanie się w strachu przed wykryciem jakieś nieprawidłowości. Pamiętajcie, że czas ma znaczenie. Jeżeli was drodzy Anonimowi interesuje cała historia, dajcie znać w komentarzach. Dziękuję.

#y5I8K

Impulsem do napisania tego wyznania jest spotkanie na ulicy "koleżanki" z klasy, która była zdziwiona czemu nie pojawiłem się na spotkaniu klasowym po latach. Jestem osobą niepełnosprawną i miałem okazję w przeszłości trafić dla klasy, którą uwielbiał każdy nauczyciel, a wychowawca regularnie spotyka się dalej z niektórymi osobami na różnego rodzaju kawkach i pogawędkach, mimo upływu już tych kilkunastu lat od zakończenia szkoły.

Ja natomiast nie mogę powiedzieć o żadnej z tych osób dobrego słowa. Gdy zaczynałem te kilkanaście lat temu szkołę, byłem pełen nadziei, że poznam fantastycznych ludzi, a poznałem takich, dzięki którym wolałem dostać jedynkę lub minusa z odpowiedzi, bo każda moja wypowiedź na lekcji była powodem do śmiechu z tego powodu, że troszeczkę przy sytuacjach stresowych się jąkam.  Dlatego po pewnym czasie wolałem w ogóle nie odpowiadać na pytania, no bo jak, gdy twój najmniejszy dźwięk powodował rechot całej klasy?

Gdy próbowałem dołączyć do jakiegoś grupowego zadania, to najczęściej byłem ignorowany i pomijany i słyszałem tylko szepty na swój temat, po co ja tutaj w ogóle jestem lub że mieli to nieszczęście trafić akurat na mnie.

Przerwy spędzałem sam z boku i czasem mijało kilka dni/ponad tydzień, jak mogłem się do kogoś odezwać, co najczęściej kończyło się agresją ze strony z tego powodu, więc później nawet i to sobie darowałem - byle przeżyć dzień i żeby nikt się do mniej o nic nie przyczepił.

Wiec co zrobiłem gdy zrozumiałem, że dłużej tak nie wytrzymam? Wmówiłem sobie i otoczeniu (rodzicom, szkole), że jestem chory na jakąś dziwną i tajemniczą chorobę, która powoduje omdlenia i utratę przytomności. Okazuje się, że gdy jesteś niepełnosprawny od urodzenia, to:
a) lekarze przez twoją niepełnosprawność nie są wstanie stwierdzić, czy symulujesz czy też nie, bo twoja niepełnosprawność może powodować czasem takie objawy, więc musieli ci wierzyć na słowo
b) nauczycieli w sumie nie obchodzi czemu cię nie ma w szkole, bo bez ciebie ich życie jest prostsze.
W związku z powyższym otrzymałem nauczanie indywidualne i żeby poczuć się choć trochę mniej samotny, zacząłem grać w gry online, gdzie nikogo nie interesowało jak wyglądam, czy jestem sprawny itp. I nagle stałem się jednym z najpopularniejszych graczy na serwerze, z którym chciał zadawać się każdy, co pozwoliło mi skończyć szkolę i dostać się na studia, gdzie poznałem naprawdę wspaniałą grupę ludzi, dla których okazałem się swojego rodzaju gwiazdą socjometryczną spajającą grupę.

Najgorsze w tym doświadczeniu było to:
- Nauczyciele są ślepi albo udają, że są ślepi
- Gdy przez dłuższy czas nie wychodzisz z domu, to gdy już wyjdziesz możesz dostać szoku jak świat potrafi się zmienić
- Samotność i pustka, którą się odczuwa
- Niestety po studiach się dorasta i ci świetni ludzie mają swoje życie.

#5IYXi

Jestem psychologiem, który nienawidzi ludzi. Poszedłem na te studia, bo nie dostałem się na inny, nie-ludzki kierunek. Okazało się, że jestem w tym dobry (zdanie wykładowców), sprawdzam się (zdanie współpracowników) i umiem pomagać (zdanie pacjentów). I co z tego, skoro jak słyszę kolejną osobę, która mi opowiada o sobie, to mam ochotę wepchnąć jej knebel w dziób. Nie zrezygnuję z tej pracy, bo za dobrze zarabiam. Po prostu pewnego dnia to ja trafię na kozetkę.

#gOL2i

Mam dziadka. Właściwie "przyszywanego", jest on ojczymem mojej mamy. Trzeba dodać, że moja mama była małą dziewczynką, kiedy związał się z moją babcią.

Znam go całe życie. Był dla mnie zawsze wspaniałym dziadkiem, z ogromną cierpliwością. Spędziłam z nim setki godzin na wspólnych grach, wspólnych spacerach, corocznych wakacjach. Z cierpliwością tłumaczył mi świat, kiedy jako mały grzdyl zadawałam tysiące pytań. Zabierał mnie do kina i kawiarni. Zaszczepił swoje pasje.

Niedawno dowiedziałam się, że dziadek molestował moją mamę, kiedy była dzieckiem.

Jestem rozbita. I nie wiem do kogo mam większy żal: do babci, że nie ochroniła mojej matki? Do dziadka, za jego dwie twarze? Czy do matki, która sama była ofiarą, ale pozwoliła, by dziadek miał wiele sposobności zostać ze mną sam na sam? No i pozwoliła mi zbudować z nim wiele, wiele dobrych wspomnień. Teraz czuję wielkie obrzydzenie. Z jednej strony nigdy nie spotkało mnie z jego strony nic złego. Z drugiej: skrzywdził bliską mi osobę.

Żałuję, że się o tym dowiedziałam. Życie w nieświadomości było łatwiejsze.

#2NoSU

Drodzy anonimowi, nie wiem co mam zrobić. Zacznijmy od tego, że mam męża. Mąż ma na imię Andrzej i jesteśmy dość zgranym małżeństwem.

Ostatnimi czasy Andrzej zrobił się tajemniczy, cichy, nos wlepiał ciągle w telefon. Założył nawet hasło, gdzie nigdy tego nie robił. Kiedy się zorientowałam - na moje pytanie odpowiedział tylko, że nie chciałby aby w pracy ktoś mu grzebał i robił dowcipy. Pomyślałam okeeej całkiem wiarygodne i puściłam w niepamięć na dwa tygodnie.

Zauważyłam, że robi zdjęcia różnym przedmiotom, ale nie chciał powiedzieć czemu obracając wszystko w żart, a to porównują gadżety z kolegami, a to sprawdza jak dokładnie wyszukuje się Google grafiką. Do sedna.

Gdy ostatnio poszedł się myć, chyba zapomniał wyciszyć telefonu. Pikał jak szalony a ikona pokazywała olx, myślę sobie wtf? Coś się zwiesiło? Nagle jak w slow motion stanęły mi przed oczami te fotki i dotarło do mnie, że może Andrzej wyprzedaje nasze mieszkanie? Może ma długi? 1000 myśli na sekundę, a blokada na telefonie powstrzymuje mnie przed potwierdzeniem moich tez. Stawiam wszystko na jedną kartę i gdy tylko małż wychodzi spod prysznica, atakuję go serią pytań, które on zbywa i obraca w żart. Podejrzałam, że ma za hasło wzorek i jak spał - pod światło odczytałam maziaja z ekranu.

Finał, gotowi?
Andrzej nie wyprzedawał naszego mieszkania, choć byłam bardzo blisko.

Wystawiał nasze rzeczy jako ofertę za darmo, by ludzie się o to bili! Przeczytałam setki wiadomości, w których ludzie opisują mu swoją trudną sytuację i proszą go by to właśnie im oddał ten ekspres czy telewizor (opisany jako 54cale smart tv - no kto takie coś oddaje?!) Niektórych wyzywał od żebraków, a innych pocieszał, pisząc że będzie lepiej, że to już akurat komuś oddał, a np. za tydzień znowu coś wystawi i może się tej osobie uda. WTF?!

Nie spałam już tej nocy, Andrzej dostał solidny opierdol zamiast dzień dobry, ale wszystkiego się wyparł i zrobił ze mnie złego człowieka, bo mu zajrzałam w telefon.

Wyprowadził się do mamy przedwczoraj. Piszę to, popijając wino z biedry i głaszcząc kota.

Próbuję zrozumieć tego oszołoma ale nie potrafię, chciałabym z nim rozmawiać, przepracować to ale zablokował mnie gdzie się da. Chyba zostaje mi ten olx i udawanie że chcę kanapę czy co on tam u mamusi znajdzie.
Pomocy?

#3lL0V

Od zawsze mieszkam w dosyć niedużej wsi. Wszyscy się w miarę ze sobą znają i generalnie nic ciekawego zazwyczaj się tu nie dzieje. Ot, zwyczajna, nudna wioska.

Parę domów ode mnie mieszkał około 50-, 60-letni mężczyzna. Dosyć wycofany człowiek, nie miał rodziny, z nikim nie rozmawiał jakoś za dużo i często znikał na kilka dni, a czasami nawet i tygodni. Jedyne czym się jakoś bardziej wyróżniał było to, że był myśliwym. Oczywiście z racji tego miał w domu kilka zarejestrowanych broni.

Któregoś dnia okazało się, że zmarł z powodów wcześniejszych problemów z sercem. Normalnie w takich okolicznościach rodzina musi zdać jego broń. Z racji, że jej nie miał, policja musiała sama wtargnąć do jego domu i ją zabezpieczyć. Co znaleźli? Około 30 sztuk broni snajperskich niezarejestrowanej i bez żadnych numerów. Najnowsze lunety warte po 5000 zł. I to nie były w żadnym wypadku bronie nadające się do łowiectwa. Na podstawie innych dowodów okazało się, że pracował jako płatny zabójca. Człowiek, który w żaden sposób się nie wyróżniał i mieszkający na uboczach cywilizacji. Większość życia wykonywał swoje zlecenia i korzystał z życia jeżdżąc po świecie, a przy tym ukrywał cały czas się w tłumie.

Chyba nie muszę mówić, jak wielki to był szok dla okolicznych mieszkańców.
Dodaj anonimowe wyznanie