Mój chłopak bardzo często ostatnimi czasy oskarżał mnie o zdradę. W końcu miałam tego dość i przyznałam się... do tego, że nie uprawiamy seksu, bo najzwyczajniej w świecie on przestał mnie pociągać.
Od jakiegoś czasu zaczął zaniedbywać higienę osobistą, myje się rzadko, mimo tego, że często go do tego zachęcam, nie używa dezodorantu, a w przepoconych koszulkach potrafi chodzić kilka dni z rzędu. Dodatkowo potrafi nie wychodzić z mieszkania przez kilka dni siedząc przed komputerem i jedząc żarcie na wynos.
Na dłuższą metę po prostu odechciało mi się wszelkich zbliżeń, bo nawet jak jest świeżo po prysznicu, od razu kojarzy mi się z zapachem niemytego ciała i jakąś taką rozlazłością.
Kocham go, ale przestał być dla mnie atrakcyjny.
Nauczona doświadczeniem z anonimowych w końcu powiedziałam mu o tym wszystkim, starając się zrobić to w miarę grzecznie i wiecie co?
Obraził się śmiertelnie, po czym oznajmił, że za dużo od niego wymagam i jestem hipokrytką, bo sama noszę kolczyk w nosie (!), który jemu się nie podoba.
Ludzie, nie rozleniwiajcie się będąc w związkach! To, że macie kogoś nie upoważnia Was do tego, aby przestać o siebie dbać, bo pożądanie w związku nie jest dane raz na zawsze!
Cierpiałam na bezsenność. Jej powodem była trauma - byłam wielokrotnie molestowana w dzieciństwie. Chodziłam do kilku terapeutów, brałam leki nasenne, uprawiałam sport do wycieńczenia, ale nic nie pomagało mi zasypiać.
Pewnego dnia mój mąż przesunął łóżko do ściany, u nóg postawił szafę, a sam położył się od zewnątrz. Od kiedy łóżko jest zagrodzone z każdej strony, śpię jak niemowlę.
Tyle lat męczyłam się z tą przypadłością, a tak banalne rozwiązanie, którego nie był w stanie zaproponować żaden terapeuta, okazało się rozwiązaniem problemu.
Praktycznie już od końca podstawówki bałam się, że skończę z facetem takim, jak mój ojciec. Omijałam szerokim łukiem wszystkich, którzy przejawiali jakieś podobieństwa.
Ostatnio uświadomiłam sobie, że jestem zaręczona z męską wersją mojej matki.
Mieszkam na starym rynku, gdzie zawsze jest masa gołębi. Lubię biegać i zazwyczaj przeganiam je biegnąc tak jakby ich nie było, a one uciekają.
Ostatnio byłem u kuzynki na wsi i to samo chciałem zrobić ze stadem gęsi. Tylko że nie wiedziałem, że gęsi w przeciwieństwie do gołębi nie uciekają - atakują...
Moi rodzice nie nauczyli mnie się podcierać.
Po każdej kupie na moich majtkach zostawała brązowa linia. Nie wiedziałam, że trzeba się podcierać dopóki papier jest czysty, a potem najlepiej jeszcze podetrzeć się mokrymi chusteczkami albo po prostu wskoczyć pod prysznic.
Myślałam, że ubrudzone w ten sposób majtki to norma, a problem zauważyłam od kiedy zamieszkałam z chłopakiem. (Mimochodem podczas prania widziałam, że on tak nie ma).
Teraz problem istnieje już tylko w przeszłości i za to dziękuję internetowi.
Będzie trochę narzekania, ale trudno.
Mieszkam na wsi, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Moja miejscowość to urocza okolica, nad którą wznosi się wzgórze ze starym kościółkiem, który góruje nad domostwami i rozległymi polami. Mieszkam tu już od jakiegoś czasu - nasza rodzina przeprowadziła się z miasta na wieś i do wielu rzeczy zdążyłam się już przyzwyczaić. Jest jednak jedna kwestia, do której za Chiny Ludowe nie przywyknę i która niesamowicie mnie drażni i zraża do tego miejsca.
Pamiętacie, jak opisywałam wzgórze z kościółkiem? To właśnie on jest problemem, a konkretniej msze transmitowane przez zewnętrzne głośniki na całą wieś. Jeszcze bym rozumiała, gdyby cała sytuacja miała miejsce w jakieś większe święta, ale niestety - jestem zmuszona do wysłuchiwania okolicznych modłów przez całą niedzielę, a nierzadko - również w tygodniu. Nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł wystawienia przed kościołem tych głośników, ale jak dla mnie jest to zwykły brak szacunku dla innych (i nie mam tu na myśli jedynie niewierzących, ale też tych, którzy najzwyczajniej w świecie chcieliby odpocząć i nie musieć wysłuchiwać przy tym religijnego wycia). Obecnie jestem na etapie zastanawiania się nad zebraniem grupki osób, którym, podobnie jak mi, nie podoba się przymusowe uczestnictwo w mszach i udaniem się do proboszcza z prośbą o usunięcie głośników.
Życzcie mi szczęścia.
Przewinęło się tutaj ostatnio kilka historii nt. znęcania się i przemocy wśród uczniów w szkołach. Kilkanaście lat temu, w mojej szkole takie zachowania był tradycją i zwano je "koceniem". Wielu uznawało to za nieszkodliwą zabawę, ale jak wiadomo, zabawy czasem wymykają się spod kontroli.
Najpopularniejszą metodą "kocenia" było mierzenie. Polegało to na zmuszaniu do odmierzenia za pomocą zapałki rozmiaru jakiegoś obiektu. W wersji light był to parapet mierzony całą długością patyczka, ale co bardziej "kreatywni" wymyślali rzeczy w stylu mierzenie korytarza lub odpływu klozetu jedynie główką zapałki. Dopóki stosowana była wersja light i obie strony traktowały to jako wygłupy wydawało się, że można machnąć ręką, jednak zdarzały się "koty" krnąbrne, które bawić się absolutnie nie chciały. Wówczas egzekwowano od nich posłuszeństwo straszeniem, biciem czy zabieraniem rzeczy i wyrzucaniem ich do śmieci, przez okno lub nawet do klopa.
Pewnego razu, kiedy to już przeistoczyliśmy się z "kotów", w drugoklasistów na którejś z przerw podszedł do mnie kolega i oznajmił, że "jeden >kot< nie chce mierzyć". On sam był kurduplem, ja natomiast, bez chełpienia się, z uwagi na rozmiary i pewne umiejętności nabywane od najmłodszych lat budziłem respekt.
Nigdy wcześniej nie bawiłem się w "kocenie", sam też nigdy go nie doświadczyłem, ale z jakiegoś powodu wstałem i poszedłem za kolegą, utemperować buntownika. "To ten!" - wskazał palcem mój kompan. "Ale dlaczego ja?" - odparł wciśnięty w kąt korytarza mały, przestraszony, pucułowaty chłopaczek, z wystającymi przednimi zębami. Ofiara idealna, niezdolna do obrony. Z perspektywy dorosłego człowieka to śmieszne, ale wtedy czułem, że mam nad nim pełnię władzy. Mogłem upokorzyć go na dziesiątki różnych sposobów. Stanąłem więc nad nim, groźnie zmarszczyłem brwi i moja ręka wystrzeliła naprzód... otwarta do powitania. Przedstawiłem się, uścisnąłem małą, spoconą ze strachu dłoń i nakazałem mu "nie słuchać tego ch*ja, a w razie innych problemów przyjść do mnie". Kolega z klasy trochę się obraził, ale szybko mu przeszło.
Za to z tego drugiego miałem do końca szkoły dobroduszny ubaw, gdy wołał za mną "cześć" z drugiego końca korytarza.
Minęło ponad 15 lat. Gdybym wtedy zmusił go do wzięcia udziału w tych pozornie nieszkodliwych, debilnych zabawach, nawet nie uciekając się do bezpośredniej przemocy, pewnie wciąż wspominałbym to z zażenowaniem. Zamiast tego do dziś czuję się dumny, że postąpiłem właściwie. I być może przeczyta to jakiś nastoletni kozak i wyciągnie naukę.
Chcesz poprawić sobie samoocenę? Poczuć się twardzielem? Pomóż komuś, zamiast go gnoić. Spraw, żeby szanował cię, a nie bał się ciebie. Stań po stronie tego, który jest prześladowany. To duże lepsze niż bycie gnojkiem, który musi krzywdzić innych, by czuć się "kimś".
Mam współlokatora, znamy się jeszcze z czasów liceum i studiujemy ten sam kierunek. Muszę wam powiedzieć, że mój kolega jest dosyć... specyficzny?
W liceum był świetnym uczniem, jednak nienawidzi wszystkiego i wszystkich, zawsze stawiał się nauczycielom, co przysporzyło mu kłopotów. Poznałem go dlatego, że tylko ja i on zdawaliśmy język rosyjski w rozszerzeniu. Nigdy nie był zbyt przyjazny w stosunku do mnie, mimo to zawsze się dogadywaliśmy i nie sprzeczał się ze mną, bo podzielałem jego poglądy.
Wracając do teraźniejszości… Współlokator codziennie po zajęciach leży równo godzinę na kanapie w salonie, słuchając na cały głos rosyjskiej poezji i narzeka jak to zmęczył się ludźmi, a ja to najlepiej żebym milczał. Codziennie je to samo, praktycznie o tej samej porze dnia, a w nocy zamiast spać kroi warzywa w plasterki "na zapas" do kanapek, na przykład: marchewki. Pije w każdy piątek, ale upija się tylko smakowymi wódeczkami, przy czym zawsze je brzoskwinie, oczywiście wtedy ja też z nim piję, bo wtedy zaczyna mówić jak to mu smutno i „picie samemu to alkoholizm”. A co najważniejsze, nienawidzi fryzjerów do tego stopnia, że ma włosy do pasa i to ja muszę mu obcinać końcówki, ale przy tym nie mogę dotykać jego głowy rękoma, bo zaczyna tyradę o tym „że naruszam jego przestrzeń osobistą”.
I tu mały zwrot akcji: jestem biseksualny i muszę przyznać, że mimo specyficznej natury on jest bardzo przystojnym facetem i w trudnych sytuacjach tylko on przy mnie był, jak poproszę o pomoc, to nigdy nie zawodzi. On nie wie, co do niego czuję, sam nigdy nie miał nikogo i nie wyraża zainteresowania nikim, a ja nie chcę pytać, by nie zepsuć naszej przyjaźni.
Historia właściwa:
Piątek, współlokator się upił i zasnął na kanapie z włosami całymi na twarzy, a ja jako troskliwy (i może troszkę zauroczony) kolega chciałem pomóc i przegarnąć te włosy, żeby się nie udusił albo chociaż nie najadł kłaków, więc mimochodem dotknąłem jego głowy… wtedy on przez sen wydał z siebie dosyć charakterystyczny seksualny jęk. Troszkę nie ogarnąłem o co biega i przyznam, że mnie to rozśmieszyło, więc zacząłem miziać go po głowie niczym fryzjerka na myjce. Obudził się po chwili z dosłownie czerwoną twarzą i bełkocze, że mam głaskać dalej. Zdziwiłem się i miło mi się zrobiło, bo nie mam nigdy okazji go dotknąć jakkolwiek, wiec miziam dalej, skoro prosi … a on... doszedł. Też nie wiedziałem co się dzieje i jak to jest właściwie możliwe, więc siedziałem tam tylko jak słup soli, on poszedł po chwili niezręczności do łazienki się ogarnąć, a potem zasnął u siebie.
Rano zachowywał się jakby niczego nie pamiętał, albo udawał, cóż, tego nie wiem. Teraz minął mniej więcej tydzień i nadal nie ogarniam co właściwie się stało i nie do końca wiem, czy powinienem pytać :’)
Cóż, przynajmniej odkryłem, dlaczego nie chodzi do fryzjera…
Pochodzę z bardzo zamożnej rodziny. Natomiast moja dziewczyna była z "typowej klasy średniej" - nie przelewało się, ale niczego nie brakowało i wystarczało na przyjemności.
Przynajmniej do czasu, kiedy jedno z jej rodziców nagle zmarło, a drugie zostało z kredytem, rachunkami itd. do opłacenia z jednej pensji. Wtedy zaczęło brakować do pierwszego. Dziewczyna nic mi nie powiedziała, dowiedziałem się jako ostatni i to tylko dlatego, że planowali się wyprowadzić do tańszego miejsca, więc w końcu musiała się przyznać. Musicie wiedzieć, że naprawdę ją kochałem i stanąłbym na rzęsach, żeby jej pomóc, porozmawiałem z rodzicami i ustaliliśmy, że możemy "pożyczyć" mojej dziewczynie jakieś pieniądze. W cudzysłowie, bo nawet nie oczekiwaliśmy zwrotu, dla nas naprawdę nie była to jakaś wielka kwota. Ucieszyłem się, pognałem do niej... a ona się oburzyła, że nie przyjmują jałmużny, że ma zdrowe nogi i ręce, dlatego rzuci studia i znajdzie pracę, żeby odciążyć rodzica finansowo, a nie będzie brnęła w kolejne długi. Rozmawiałem, przekonywałem, prosiłem - na nic. Więc wymyśliłem coś innego.
Dziewczyna studiowała na uczelni artystycznej, była naprawdę bardzo utalentowana i dorabiała sobie sprzedając różnego typu rękodzieło. Oznajmiłem więc, że znajomy rodziców zobaczył u nas jedną z jej prac i chciałby kupić coś podobnego. A poza tym jeszcze kilka innych rzeczy. Oczywiście żadnego znajomego nie było, po prostu chciałem dać jej te pieniądze, a że "pożyczki" nie chciała, to wymyśliłem, że może je zarobić. Musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby jej to wmówić, bo nie wierzyła, że akurat teraz, kiedy potrzebuje pieniędzy, ktoś chce od niej coś kupić, ale uwierzyła po potwierdzeniu tej wersji przez moich rodziców.
"Zamówienie" było naprawdę spore, rękodzieło jest drogie, więc sporo zarobiła.
I się wydało. Głupio, przez przypadek. Dziewczyna się wkurzyła, zwymyślała mi, moim rodzicom, że traktujemy ją z góry, bo mamy pieniądze, a przecież jasno powiedziała, że nie potrzebuje jałmużny. Ze mną zerwała. To, czego jeszcze nie wydali oddała zaraz następnego dnia, resztę zwróciła jakiś czas później. Tłumaczyłem jej, że uczciwie zarobiła te pieniądze, ale nie chciała ich zatrzymać. "Towaru" też nie wzięła, kazała mi się nim wypchać. Przepraszałem, prosiłem, błagałem, zapewniałem, że ją kocham i obiecywałem poprawę, ale do mnie nie wróciła. Nawet rozmawiać ze mną nie chciała. Nie wiem jak potoczyła się ta sprawa, bo do dzisiaj się do mnie nie odzywa, ale czasem ją widuję, więc najwidoczniej dali sobie radę.
Wiem, że ją okłamałem, ale chciałem dobrze i uważam, że nie zasłużyłem na takie traktowanie.
Mój pająk wprowadził się do mnie tuż po tym, jak opuścił mnie były facet. Zazwyczaj nie toleruję takich stworzonek w moim domu, ale w tamtym okresie poczucie beznadziei i niechęci do świata sprawiło, że nie chciało mi się pozbyć intruza.
Pierwszy raz zobaczyłam go we wnęce okiennej w mojej łazience, mam okno tak jakby w środku prysznica. Panikarą nie jestem, tak że z myślą 'jutro go wyrzucę' umyłam się i poszłam spać. I tak każdego dnia, aż stwierdziłam, że w sumie bardzo go lubię. Uczyliśmy się siebie wzajemnie. Ja, sprzątając łazienkę, nie ruszałam jego kilku milimetrów kwadratowych. On zawsze chował się głęboko w rogu okna, kiedy naga szłam pod prysznic. Nigdy nie kierowałam strumienia wody w jego stronę. Tak nam mijały miesiące. Z czasem z rozczuleniem myślałam o nim wracając do domu. Taka mała, niepozorna czarna kulka, czekająca grzecznie i niezmiennie na swoim miejscu w oknie. Nie sprowadzał innych pająków do naszego mieszkanka, a ja usuwałam obcych delikwentów, żeby przezornie ochronić mojego koleżkę.
Mój pająk był znany w gronie moich znajomych. Traktowali go nieco lekceważąco, ale nikt nie ośmielił się wprost powiedzieć czegoś uwłaczającego lub przykrego. Pewnego dnia zaprosiłam do siebie kolegę na kawę. Zwyczajowo sprzątnęłam widoczne części mieszkania i zabrałam się za łazienkę. Przecierając szmatką podłogę pod zlewem, natknęłam się na pająka. Odruchowo starłam go ściereczką, a ten skulił się w geście obronnym. Dobiłam go papierem toaletowym. Kiedy już wylądował martwy w muszli, ogarnęło mnie złe przeczucie. Spojrzałam w okno. Puste.
Zabiłam swojego pająka. Mojego nieśmiałego, grzecznego, małego pająka, który samym swoim widokiem osładzał mi wiele miesięcy naszego wspólnego życia. Wciąż mam przed oczami jego obraz, kiedy się kulił i z każdym dniem bardziej do mnie dochodzi, co zrobiłam. Czemu akurat tego dnia opuścił okno? Dla niektórych to tylko jakaś przybłęda z zewnątrz, a ja chyba nigdy o nim nie zapomnę.
Dodaj anonimowe wyznanie