Mam 37 lat. Kiedy miałam 7, moja siostra, która miała wtedy 16 lat, urodziła dziecko. Po wyjściu ze szpitala przyjechała z małym do domu. Ja ciesząc się strasznie na widok małego brzdąca prosiłam, żeby dała mi go na ręce i stało się... upadł mi na kafelki. Zabiłam własnego siostrzeńca. Uznane jako nieszczęśliwy wypadek..
Każdy we wsi współczuł mojej siostrze, a ja byłam morderczynią. Nie miałam znajomych, w szkole nikt ze mną nie rozmawiał, w sklepie udawali, że mnie nie widzą, to był ciężki dla mnie czas, a ja tylko chciałam wziąć na ręce tego szkraba...
30 lat minęło, mam swoje dziecko, którego nikt poza mną i mężem nie może brać na ręce. Moja siostra też sobie ułożyła życie, ma męża i syna, ale najgorsze jest to, że kilka dni temu dowiedziałam się, że to nie był nieszczęśliwy wypadek! Moja siostra celowo podała mi małego tak, żeby wyślizgnął mi się z rąk. Przyznała mi się do tego po pijaku i śmiała się z tego, że dzięki mnie mogła dalej uganiać się za chłopcami we wsi i niczego nie żałuje.
Całe życie byłam dla wszystkich morderczynią. Matka prawie w ogóle ze mną nie rozmawiała, rodzina nie przyjeżdżała, nawet ksiądz nie przychodził do nas...
Uciekłam z tej wsi jak skończyłam 18 lat i jakoś zaczęłam żyć, poszłam do pracy, poznałam męża i nikt poza nim nie znał mojej przeszłości, a teraz okazało się, że ja wcale nic nie zrobiłam.
Egzamin na prawo jazdy zdałam za pierwszym razem. Byłam z siebie dumna i uważałam, że to nie przypadek, tylko potwierdzenie, że jestem bardzo dobrym kierowcą. Mój mąż dość sceptycznie podchodził do tego mojego entuzjazmu, jego zdaniem 30 godzin nauki jazdy to za mało i dopiero na drodze się okaże co potrafię. Postanowiłam mu to udowodnić przy najbliższej okazji, kiedy mieliśmy jechać w sobotę na większe zakupy.
Drogę do sklepu przemilczał, spokojnie siedząc na fotelu pasażera, dojechaliśmy pod supermarket i musiałam zaparkować. Wybrałam sobie dość wąską lukę miedzy seatem a busem (w którym siedział kierowca obserwujący moje poczynania). Mąż się tym razem uaktywnił, namawiał, abym poszukała innego miejsca, bo tu nawet on miałby problem z parkowaniem, jednak ja się uparłam i udało się - zaparkowałam.
Mąż pełen podziwu, ja uradowana i podekscytowana jakbym co najmniej zdobyła Mount Everest, rozejrzałam się i upewniłam, że mój wyczyn widział też kierowca busa... Z dumą wysiadłam z auta, obróciłam się... i swoim tyłkiem urwałam lusterko zaparkowanego obok seata.
No i po radości. Musiałam wytłumaczyć właścicielowi uszkodzonego auta (w akompaniamencie salw śmiechu męża i pana z busa) jakim cudem dokonałam tego dzieła.
Kiedy rodzice budowali dom, praktycznie mieszkałam u babci. Miałam wtedy jakieś 5-6 lat. Umiałam już jako tako czytać, a babcia miała całkiem sporo książek dla dzieci z lat 50. Czytałam jedną po drugiej, bo w okolicy nie było żadnych dzieci, z którymi mogłabym się bawić.
O tym, że nie żyjemy już w Polskiej Republice Ludowej i że raczej nigdy nie zostanę przodownikiem pracy w kopalni, dowiedziałam się dopiero w szkole.
Jako dziecko w szkolnych/przedszkolnych jasełkach czy innych przedstawieniach nigdy nie dostałam jakiejś znaczącej roli. Inne dziewczynki umiały ładnie śpiewać, a ja zazwyczaj fałszowałam i zagłuszałam innych (z czego oczywiście nie zdawałam sobie sprawy). Kiedyś, w 2 klasie podstawówki, na próbie generalnej przed przedstawieniem o Janie Pawle II, zostałam poproszona o "nieśpiewanie" przez zakonnicę. Miałam tam stać i ruszać ustami, ale nie śpiewać. Jako dziecko było mi bardzo przykro, długo nie mogłam sobie z tym poradzić. Mimo tego posłusznie nie śpiewałam. Do dziś pamiętam cały tekst tej piosenki i datę przedstawienia.
Ostatnio dużo złego nagromadziło się w moim życiu. Pies mi umarł, okazało się że muszę się poddać operacji. Na dodatek wyrzucono mnie z pracy. Tego dnia, gdy dostałam wypowiedzenie, była akurat 18 rocznica tego głupiego przedstawienia. Stałam akurat na moście w moim dużym mieście, pełnym turystów. I wiecie co? Zaśpiewałam tę głupią piosenkę, fałszując na całe gardło. Naprawdę zrobiło mi się dużo lepiej.
Czuję się oszukana.
Niecały rok temu wyszłam za mąż, po kilku latach związku. Znałam rodzinę mojego partnera bardzo dobrze, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Niecały miesiąc po ślubie mąż trafił do szpitala w stanie zagrożenia życia. Miał skrajną anemię, podano mu kilka litrów krwi. Lekarzom nie udało się znaleźć przyczyny dlaczego znalazł się w takim stanie. Od tego czasu średnio raz na 3 miesiące ląduje w szpitalu i lekarze próbują znaleźć przyczynę.
Zdarza się, każdemu może się zdarzyć. Ale od pierwszego pobytu w szpitalu i wywiadu rodzinnego co chwilę, dosłownie co chwilę, od jego mamy i babci dowiaduję się o kolejnych chorobach, często genetycznych, u nich w rodzinie. I nie mówię tutaj o chorobach ciotek czy dalekiej rodziny, tylko tej najbliższej!
Jest tego multum. Oczywiście wiedziałam o niektórych, ale te większe po prostu zostały ukryte nie tylko przede mną, ale też częściowo przed moim mężem.
Te choroby występujące w rodzinie męża, czego dowiedziałam się po konsultacji z lekarzem, dają ogromną szansę na dziecko bardzo ciężko chore.
Nie rozumiem, jak można coś takiego ukrywać. Szczerze mówiąc nie wiem, czy z wiedzą, którą mam na chwilę obecną zdecydowałabym się wyjść za mąż za osobę tak obciążoną. Posiadanie dzieci jest dla mnie bardzo ważne. Oczywiście wiem, ze istnieje opcja adopcji, ale z doświadczenia wiem, jak wygląda to w Polsce.
Teraz nie dość, że naprawdę martwię się o męża, to jeszcze naprawdę nienawidzę jego rodziny.
Naprawdę czuję się oszukana.
Ostatnio wyprowadziłam się na swoje, ponieważ denerwował mnie religijny fanatyzm moich rodziców. Nie akceptowali tego, że nie wierzę w Boga. Teraz jestem szczęśliwa, gdyż nikt nie zmusza mnie do chodzenia na poranną mszę czy modlitwę dziesięć razy dziennie.
Kilka miesięcy po tym moi rodzice postanowili mnie odwiedzić. Wpuściłam ich, porozmawialiśmy. W pewnym momencie tata poprosił mnie, żebyśmy się przeszli - okej. Poszliśmy do parku nieopodal. Mama nie poszła z nami, powiedziała, że źle się czuje i że się położy.
Podczas rozmowy tata prosił, bym wróciła do domu, ale ja kategorycznie odmówiłam - nie miałam zamiaru wracać do starych czasów. Tata pomruczał coś pod nosem, potem poszedł kupić nam lody i znów próbował mnie przekonać, ale byłam nieugięta. Wróciliśmy do domu.
Myślałam, że zejdę na zawał po przekroczeniu progu.
Na ścianach już nie wisiały obrazy, które powiesiłam. Wisiały jakieś religijne malowidła i święte krzyże.
Moja cała kolekcja książek o Wiedźminie i jeszcze kilka innych fantasy paliła się słodko w kominku.
Na stole nie stał już bukiet świeżo kupionych kwiatów, tylko jakaś figurka Jezusa.
Moja szafa też na tym ucierpiała - wszystkie koszulki, które nie spodobały się mojej mamie (miałam kilka koszulek z różnymi "zakazanymi symbolami" i Harrym Potterem) zostały pocięte. Tanie one nie były.
Nie wytrzymałam. Zrzuciłam wszystkie obrazy ze ścian, figurką rzuciłam w matkę i natychmiast wygoniłam ich z domu, a drzwi zamknęłam na klucz. Ostatni raz wpuściłam rodziców do domu.
Nie wiem, co mam o tym myśleć. Dzięki moim rodzicom straciłam około czterysta złotych. Oprócz tego straciłam do nich zaufanie i cały szacunek. Chce mi się ryczeć.
Kilka lat temu stwierdziłem, że mam dosyć bycia typowym facetem przed czterdziestką z brzuszkiem. Ostro wziąłem się za siebie i po dwóch latach osiągnąłem swoją wymarzoną formę. Żona, z którą już od jakiegoś czasu nie układało się najlepiej, stwierdziła, że na pewno zdradzam, bo przecież nie istnieją inne powody, żeby o siebie zadbać.
Jakiś czas później wzięliśmy rozwód, okazało się, że to ona zdradzała mnie, nie na odwrót. Wyprowadziła się do rodziców, ja zostałem w mieszkaniu w mieście, razem z córką, już pełnoletnią wtedy, która wolała zamieszkać ze mną. I tu jakiś czas temu pojawił się problem.
Z córką zawsze miałem bardzo dobry kontakt, nasza relacja była wręcz wzorowa. Byliśmy dla siebie bliscy, jak miała jakiś problem zawsze najpierw przychodziła do mnie, mogliśmy szczerze rozmawiać na każdy temat, razem wspieraliśmy się w czasie trudnych chwil. Ale kilka miesięcy zaczęło robić się dziwnie. Na początku dość niewinnie, zauważyłem, że córka częściej chodzi po domu w samej bieliźnie, zakłada bardziej prześwitujące ubrania i tak dalej. Nie zwróciłem na to większej uwagi, myślałem, że przechodzi po prostu taki etap. Jednak później było tylko gorzej.
Zaczęło się okazjonalne przechodzenie po domu nago, dość niedwuznaczne gesty w moją stronę, różne teksty z podtekstami. Od tego momentu zacząłem ją napominać, żeby się ogarnęła, przestała. Bezskutecznie. Do tego doszło łapanie mnie za krocze i jawne już propozycje stosunku, a także masturbacja na kanapie w salonie i wykrzykiwanie przy tym mojego imienia. Prosiłem ją, próbowałem namówić na wizytę u psychologa, ale tylko się śmieje i mówi, że to normalne i nie ma w tym nic złego.
Nie chcę jej wyrzucać z domu, jest na drugim roku studiów, przynosi praktycznie same piątki, a wiem, że nie byłoby jej stać na mieszkanie, musiałaby wyprowadzić się do matki, ponad 200km stąd. Nie chcę rujnować jej studiów, a mnie samego też nie stać na wynajem innego mieszkania.
Ale jest też po prostu piękną, młodą kobietą, moją córką, którą kocham. I zacząłem zauważać, że mój opór słabnie. Na razie na zewnątrz jeszcze utrzymuję pozory, strofuję za każdym takim wybrykiem, ale wewnątrz coraz częściej rozmyślam nad tym, jakby to było w końcu ulec przed nią i samym sobą. Nie mam pojęcia co robić w tej sytuacji.
Pracuję jako niania. Od 1,5 roku zajmuję się (obecnie 3-letnią) dziewczynką. Jej mama jest sama, bo tatuś się zawinął do innej, z czasem zaczynam go rozumieć...
Nie widzę miłości, przytulania itp. między mamą i córką, za to odnoszę wrażenie, że mama rekompensuje młodej brak taty pozwalaniem jej na wszystko... Odnoszę wrażenie, że to dziecko rządzi w domu, śpi z mamą w łóżku, wypłacze i wyjęczy wszystko, zero konsekwencji - mama mówi nie, ta trochę powyje i mama ulega.
Na początku się starałam wymyślać jej różne posiłki (nie je nic poza kilkunastoma składnikami), zapewniać rozrywkę, uczyć podstawowych rzeczy jak: nie podchodzić do kuchenki, kiedy się coś gotuje, że dzieci nie otwierają drzwi wejściowych, że nie biega się przy ulicy, że możemy się postarać przy kolorowaniu i uważać na linie. Na wszystko słyszałam, że mama pozwala. W dodatku kłóci się ze mną, nie reaguje na prośby, płacze kiedy przychodzi czas sprzątania zabawek, bo przecież mama posprząta... Mówi do mnie na "ej, ty" albo "niania, chodź tu", jak do psa.. Kiedy przy wymuszaniu wpadała w szał, krzyczała i mnie biła, sadzałam ją na krzesełku i prosiłam, żeby się uspokoiła. Nie podobało jej się, ale działało... Niestety, usłyszałam od mamy, że mam tak nie robić, a dziecku wolno płakać...
Ostatnio miałam wizytę u lekarza i przyszłam później do pracy, a młoda była pod opieką taty w tym czasie - syf jaki zastałam po powrocie był straszny, tatuś wszystko tak zostawił i wyszedł bez słowa - przecież przyszła służba i posprząta...
W dodatku mama jest zagorzałą katoliczką i wciąż czeka, aż niewierny mąż do niej wróci, bo ona jako dobra żona musi mu dać możliwość nawrócenia się z grzechu...
Wypaliłam się, poddałam, nie walczę już, pozwalam jej na wszystko, podaję jej posiłki, ale jak nie chce jeść, to nie je, chce - niech wyje, ja staram się trzymać obok, jak najmniej wchodzić z nią w dyskusje. Często daję jej kredki, farby, klocki, coś do wycinania, a ja czytam książkę albo gram na telefonie, dbam tylko, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Odliczam już czas do końca umowy i raczej będę szukała pracy w innej branży.
Rodzice pozwalający dzieciom na wszystko bez żadnych ograniczeń czy konsekwencji wychowują potwory!
Moja córka jest teraz w 7 miesiącu ciąży. Ma chłopaka i dobrą pracę, jest dorosła, dawno już się usamodzielniła. Niby nic niezwykłego.
Odkąd dowiedziałem się o ciąży nie mogę już spojrzeć na nią tak samo. Chodzi o świadomość, że uprawiała seks. Wydaje mi się, że jest brudna, widzę oczami wyobraźni jak robi to dziecko z tym swoim chłopakiem.
Jednocześnie strasznie mnie to pociąga, ciągle nachodzą mnie fantazje seksualne z tym związane. Za każdym razem gdy przychodzi nie mogę oderwać wzroku od jej ciała, jest naprawdę piękna. Miałem nawet sny erotyczne z jej udziałem. Mam obsesję, nie mogę przestać o niej myśleć jako o innej kobiecie, jednocześnie przeszkadza mi to, że nie jest już dziewicą.
Gwoli ścisłości, czuję się jak ostatni zwyrol.
Byłam na zakupach z matką i przyszłą teściową. W pewnym momencie stwierdziłam, że mam dość, niech kończą beze mnie, będę czekać w kawiarni. Usiadłam przy małym stoliku, zamówiłam kawę, dostałam ją, wyciągnęłam książkę i przestałam zwracać uwagę na boży świat. Kątem oka zobaczyłam tylko, że obok usiadła para z małym chłopcem, 5, może 6 lat.
Siedzę, czytam i nagle słyszę bojowy okrzyk wojownika Apaczów, po czym mój stolik ląduje na podłodze, razem z kawą, wazonem i resztą porcelany. Sprawcą - zapłakany chłopiec, który zaczął już kopać w blat. Zdezorientowana zaczynam się rozglądać wokół siebie, kelnerka nadbiega ze ścierką, mężczyzna zaczyna krzyczeć na dziecko... Spokój zachowała jedynie kobieta. Spokojnie dopijając swoją kawę, powiedziała partnerowi:
- Widzisz, właśnie dlatego chcę, żeby mieszkał z tobą.
Dodaj anonimowe wyznanie