Raz na jakiś czas specjalnie idę do baru sama i albo daję się poderwać jakiemuś "zdobywcy", albo sama do kogoś zagaduję. Cel wiadomy.
Nikomu o tym nie powiem, bo podwójne standardy, i o ile kobieciarze są fajni, o tyle mnie nikt by potem ręki nie podał.
Będąc na studiach dziennych miałam tylko 300-400 zł na życie po zapłaceniu za akademik. Często na koniec miesiąca musiałam pożyczać lub jechałam 3 dni do wypłaty na jabłkach lub suchych kajzerkach. Koleżanka z pokoju była moim przeciwieństwem. Prawdopodobnie miała sponsorów, bo jej szafa pękała w szwach od fajnych, drogich ubrań, miała kilkadziesiąt par butów i wciąż kupowała nowe, a z tego co opowiadała nigdy nie pracowała i utrzymywała się ze stypendium socjalnego. W każdym razie ona zawsze miała pieniądze i nie przywiązywała do nich dużej wagi. Jej kasa wiecznie przewalała się po jej części pokoju. Ona rozrzucała pieniądze po półkach z kosmetykami, na biurku, a nawet na podłodze, bo gdy coś jej wypadło z kieszeni, to nie chciało jej się podnosić.
Pewnego miesiąca nie miałam od kogo pożyczyć, a z powodu jakichś pilnych wydatków kasa skończyła się nad wyraz szybko. Walczyłam o przetrwanie. Po chyba tygodniu lecenia na bułce z margaryną albo gotowanym makaronie, postanowiłam podebrać jej trochę kasy. Zabrałam tylko 5 zł, dzięki którym do wypłaty jakoś udało się przeżyć, ale choć minęło wiele lat, wciąż jest mi wstyd, że ją okradłam.
Mamy z mężem grypę jelitową, więc leżymy w domu chorzy, a dzieci u dziadków, żeby się nie zaraziły.
Mój kochany zaproponował seks... pod prysznicem. Tak na wszelki wypadek.
Byłam z facetem dla kasy. Ale nie po to, żeby mieć luksusowe torebki i drogie buty. Nie był z tych, którzy by mi je kupowali ani chyba nie miałby aż tyle pieniędzy.
Pracowałam w warzywniaku za 800 zł miesięcznie, z których sporą część dokładałam do wydatków rodziców. Wyszłam za człowieka, którego nie kochałam, najwyżej jakoś tam lubiłam, ponieważ w innym wypadku nigdy nie wyrwałabym się z rodzinnego miasteczka.
Teraz mam własny biznes, który jakoś tam się kręci i ostatnio zaczęłam zaoczne studia. Nadał jestem żoną człowieka, którego po prostu lubię. Mówcie co chcecie, ale nie żałuję.
Jakiś czas temu pojawiały się wyznania związane z prywatnością w łazience, ja też dorzucę swoje trzy grosze.
W dzieciństwie do około szóstego roku życia kąpałam się w wannie z moim tatą. Z tego co pamiętam nie codziennie, tylko czasami. Tata siedział po jednej stronie wanny a ja po drugiej.
Bawiliśmy się pustymi opakowaniami po szamponach, czasem dla frajdy próbowaliśmy zetknąć się stopami.
Dla niektórych (szczególnie z perspektywy dzisiejszych realiów) może to być dość kontrowersyjne, ja natomiast wspominam te chwile bardzo pozytywnie, kojarzą mi się z błogim dzieciństwem.
Wyjechałam za granicę i tam poznałam pewnego kolegę. Byłam z nim w związku przez ponad rok, zanim nie nauczyłam się języka na tyle, by zrozumieć, że jednak jest idiotą.
W mojej rodzinie istnieje dyscyplina sportowa, polegająca na denerwowaniu mnie w dowolny sposób, z doprowadzeniem do łez włącznie.
Czym sobie na to zasłużyłam?
Wszystko zaczęło się od mojego taty, który uznał, że krytyka, docinki i złośliwości na każdym kroku mnie "zahartują" i dzięki temu poradzę sobie lepiej w życiu - tak... bo nie ma nic lepszego po całym dniu wyśmiewania kujona w szkole, niż dokładanie jeszcze dziecku w domu.
Stopniowo do grona hartujących dołączyło moje rodzeństwo i kuzynostwo - skoro rodzice nie reagowali, to znaczyło, że widocznie tak trzeba i można. Za to ja nie miałam prawa do obrony, bo jestem przewrażliwiona, głupszym się ustępuje, mam się nie wywyższać, uważam się za lepszą i oni mi udowodnią, że tak nie jest.
Zawsze byłam głupia, gruba i do niczego się nie nadawałam.
Moje sukcesy były bagatelizowane, za to najmniejsze porażki rozdmuchiwane na całą rodzinę, by więcej osób mogło się pośmiać. Dzięki temu w dalszej rodzinie mam do tej pory opinię nieokrzesanego gbura i nikt nie chce ze mną utrzymywać kontaktów, w przeciwieństwie do moich super rodziców i rodzeństwa - oni są wszędzie mile widziani.
Z czasem doszła nowa motywacja: "bo ty tak uroczo wyglądasz, jak się denerwujesz", a po mojej wyprowadzce z domu kolejna, jak tylko zaczęłam ich odwiedzać: "musimy cię podenerwować na zapas, żebyś o nas nie zapomniała".
Nikt do tej pory nie widzi w tym problemu. Moje próby uświadomienia im, że źle robili i robią spełzają na niczym - przecież jestem przewrażliwiona.
Najbardziej dumny z siebie jest mój tata - bo to dzięki niemu tak dobrze sobie w życiu radzę - nie to, że tak mi dokładał, że wychodząc z domu miałam podwójnie ciężko - raz, że rzuciłam się w naprawdę głęboką wodę i wyszłam z tej próby obronną ręką (powiedział mi na odchodne, że jak wyjdę z domu, to mam mu się więcej na oczy nie pokazywać, bo on już córki nie ma), a dwa, musiałam odchorować i przepracować całe to "hartowanie", żeby sobie samej udowodnić, że nie jestem śmieciem i to, co osiągnęłam i osiągam w życiu to moja zasługa, a nie jego.
Jestem normalną, zadbaną dziewczyną na normalnym poziomie życia. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się wziąć coś ze śmietnika i... sprzedać. Klatka dla ptaka, stolik, lustro, akwarium, firany, elektroniczne zabawki dla dzieci i wiele innych. Ludzie naprawdę wyrzucają porządne rzeczy, za które inni są gotowi zapłacić 50-150 zł. Choć piszę to anonimowo, to zupełnie się tego nie wstydzę i co bliższe mi osoby wiedzą o tym. Nie kradnę, nie sprzedaję swojego ciała, a po prostu jak mam okazję i coś rzuci mi się w oczy, to zarobię na tym, czego ktoś już nie chciał. Anonimowe jest już jednak dla mnie to, że strasznie ciekawią mnie śmietniki i mam ochotę do nich zaglądać, bo jestem świadoma, że w co którymś śmietniku na pewno leży wartościowa rzecz... a nawet miałam swego czasu koleżankę (atrakcyjna i inteligentna dziewczyna), z którą podjeżdżałyśmy wieczorami samochodem do różnych śmietników zaglądać co tam ciekawego leży. Ot, osobliwa rozrywka.
Jak ktoś widział dwie młode dziewczyny nurkujące w kontener po parę książek, to pozdrawiam.
Pracuję na stacji benzynowej. Sytuacja miała miejsce kilka dni temu. Przyjechał pan pod dystrybutor, zatankowałem mu za 3 dyszki i poszedł zapłacić. Po moim wejściu na stację zauważyłem wraz z kasjerką, że pan tankujący jest pijany. I chociaż w zasadzie ludzie często odpuszczają i puszczają, my nie zamierzaliśmy. Obezwładniłem tego człowieka i zadzwoniliśmy na policję. Policja przyjechała, kierowca miał 1,5 promila, został zabrany na komendę.
Kto wie, czy nie uratowaliśmy komuś życia.
Powiem wam co zrobiłam kilka lat temu, jak miałam 15 lat. Buntowniczy okres nastolatki, czas EMO i ja, która za wszelką cenę chciałam mieć super glany, czarne włosy i dużo czarnych kredek do oczu.
Mój straszy o 8 lat brat miał pieniądze, bo pracował, i chciałam, żeby pożyczył mi 100 zł na zakupy, ale nie dał mi nic. Ja w złości zadzwoniłam na policję i powiedziałam (trzymając chusteczkę przy ustach), że wiem kto napadł na osiedlowy sklep (kilka nocy wcześniej ktoś włamał się tam i ukradł pieniądze, alkohol, fajki i aparat fotograficzny właściciela). Oczywiście wymyśliłam to, nie przemyślałam w ogóle jakie mogą być tego konsekwencje, ale bardzo chciałam, żeby mój brat dostał nauczkę (?).
Jakie było moje zdziwienie, gdy przyjechała policja i mój brat się przyznał i oddał to wszystko, co ukradł razem z kolegą. Była rozprawa w sądzie, musieli zapłacić za szkody, dostali wyrok, a nalepka złodziei ciągnie się za nimi do dziś.
Do dziś nikt nie wie, kto zadzwonił wtedy na policję, a mi przeszedł bunt.
Może dzięki mnie mój brat nie wpadł w większe kłopoty, bo od tamtej pory nic nie ukradł i udziela się jako wolontariusz w schronisku dla zwierząt. :)
Dodaj anonimowe wyznanie