#XFGj2

Będąc na studiach dziennych miałam tylko 300-400 zł na życie po zapłaceniu za akademik. Często na koniec miesiąca musiałam pożyczać lub jechałam 3 dni do wypłaty na jabłkach lub suchych kajzerkach. Koleżanka z pokoju była moim przeciwieństwem. Prawdopodobnie miała sponsorów, bo jej szafa pękała w szwach od fajnych, drogich ubrań, miała kilkadziesiąt par butów i wciąż kupowała nowe, a z tego co opowiadała nigdy nie pracowała i utrzymywała się ze stypendium socjalnego. W każdym razie ona zawsze miała pieniądze i nie przywiązywała do nich dużej wagi. Jej kasa wiecznie przewalała się po jej części pokoju. Ona rozrzucała pieniądze po półkach z kosmetykami, na biurku, a nawet na podłodze, bo gdy coś jej wypadło z kieszeni, to nie chciało jej się podnosić.

Pewnego miesiąca nie miałam od kogo pożyczyć, a z powodu jakichś pilnych wydatków kasa skończyła się nad wyraz szybko. Walczyłam o przetrwanie. Po chyba tygodniu lecenia na bułce z margaryną albo gotowanym makaronie, postanowiłam podebrać jej trochę kasy. Zabrałam tylko 5 zł, dzięki którym do wypłaty jakoś udało się przeżyć, ale choć minęło wiele lat, wciąż jest mi wstyd, że ją okradłam.

#aU5N2

Byłam z facetem dla kasy. Ale nie po to, żeby mieć luksusowe torebki i drogie buty. Nie był z tych, którzy by mi je kupowali ani chyba nie miałby aż tyle pieniędzy.

Pracowałam w warzywniaku za 800 zł miesięcznie, z których sporą część dokładałam do wydatków rodziców. Wyszłam za człowieka, którego nie kochałam, najwyżej jakoś tam lubiłam, ponieważ w innym wypadku nigdy nie wyrwałabym się z rodzinnego miasteczka.
Teraz mam własny biznes, który jakoś tam się kręci i ostatnio zaczęłam zaoczne studia. Nadał jestem żoną człowieka, którego po prostu lubię. Mówcie co chcecie, ale nie żałuję.

#TiL3j

Jakiś czas temu pojawiały się wyznania związane z prywatnością w łazience, ja też dorzucę swoje trzy grosze.


W dzieciństwie do około szóstego roku życia kąpałam się w wannie z moim tatą. Z tego co pamiętam nie codziennie, tylko czasami. Tata siedział po jednej stronie wanny a ja po drugiej.


Bawiliśmy się pustymi opakowaniami po szamponach, czasem dla frajdy próbowaliśmy zetknąć się stopami.


Dla niektórych (szczególnie z perspektywy dzisiejszych realiów) może to być dość kontrowersyjne, ja natomiast wspominam te chwile bardzo pozytywnie, kojarzą mi się z błogim dzieciństwem.

#zeV1G

W mojej rodzinie istnieje dyscyplina sportowa, polegająca na denerwowaniu mnie w dowolny sposób, z doprowadzeniem do łez włącznie.

Czym sobie na to zasłużyłam?

Wszystko zaczęło się od mojego taty, który uznał, że krytyka, docinki i złośliwości na każdym kroku mnie "zahartują" i dzięki temu poradzę sobie lepiej w życiu - tak... bo nie ma nic lepszego po całym dniu wyśmiewania kujona w szkole, niż dokładanie jeszcze dziecku w domu.

Stopniowo do grona hartujących dołączyło moje rodzeństwo i kuzynostwo - skoro rodzice nie reagowali, to znaczyło, że widocznie tak trzeba i można. Za to ja nie miałam prawa do obrony, bo jestem przewrażliwiona, głupszym się ustępuje, mam się nie wywyższać, uważam się za lepszą i oni mi udowodnią, że tak nie jest.

Zawsze byłam głupia, gruba i do niczego się nie nadawałam.

Moje sukcesy były bagatelizowane, za to najmniejsze porażki rozdmuchiwane na całą rodzinę, by więcej osób mogło się pośmiać. Dzięki temu w dalszej rodzinie mam do tej pory opinię nieokrzesanego gbura i nikt nie chce ze mną utrzymywać kontaktów, w przeciwieństwie do moich super rodziców i rodzeństwa - oni są wszędzie mile widziani.

Z czasem doszła nowa motywacja: "bo ty tak uroczo wyglądasz, jak się denerwujesz", a po mojej wyprowadzce z domu kolejna, jak tylko zaczęłam ich odwiedzać: "musimy cię podenerwować na zapas, żebyś o nas nie zapomniała".

Nikt do tej pory nie widzi w tym problemu. Moje próby uświadomienia im, że źle robili i robią spełzają na niczym - przecież jestem przewrażliwiona.

Najbardziej dumny z siebie jest mój tata - bo to dzięki niemu tak dobrze sobie w życiu radzę - nie to, że tak mi dokładał, że wychodząc z domu miałam podwójnie ciężko - raz, że rzuciłam się w naprawdę głęboką wodę i wyszłam z tej próby obronną ręką (powiedział mi na odchodne, że jak wyjdę z domu, to mam mu się więcej na oczy nie pokazywać, bo on już córki nie ma), a dwa, musiałam odchorować i przepracować całe to "hartowanie", żeby sobie samej udowodnić, że nie jestem śmieciem i to, co osiągnęłam i osiągam w życiu to moja zasługa, a nie jego.

#aywm6

Jestem normalną, zadbaną dziewczyną na normalnym poziomie życia. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się wziąć coś ze śmietnika i... sprzedać. Klatka dla ptaka, stolik, lustro, akwarium, firany, elektroniczne zabawki dla dzieci i wiele innych. Ludzie naprawdę wyrzucają porządne rzeczy, za które inni są gotowi zapłacić 50-150 zł. Choć piszę to anonimowo, to zupełnie się tego nie wstydzę i co bliższe mi osoby wiedzą o tym. Nie kradnę, nie sprzedaję swojego ciała, a po prostu jak mam okazję i coś rzuci mi się w oczy, to zarobię na tym, czego ktoś już nie chciał. Anonimowe jest już jednak dla mnie to, że strasznie ciekawią mnie śmietniki i mam ochotę do nich zaglądać, bo jestem świadoma, że w co którymś śmietniku na pewno leży wartościowa rzecz... a nawet miałam swego czasu koleżankę (atrakcyjna i inteligentna dziewczyna), z którą podjeżdżałyśmy wieczorami samochodem do różnych śmietników zaglądać co tam ciekawego leży. Ot, osobliwa rozrywka.

Jak ktoś widział dwie młode dziewczyny nurkujące w kontener po parę książek, to pozdrawiam.

#ZATtd

Pracuję na stacji benzynowej. Sytuacja miała miejsce kilka dni temu. Przyjechał pan pod dystrybutor, zatankowałem mu za 3 dyszki i poszedł zapłacić. Po moim wejściu na stację zauważyłem wraz z kasjerką, że pan tankujący jest pijany. I chociaż w zasadzie ludzie często odpuszczają i puszczają, my nie zamierzaliśmy. Obezwładniłem tego człowieka i zadzwoniliśmy na policję. Policja przyjechała, kierowca miał 1,5 promila, został zabrany na komendę.

Kto wie, czy nie uratowaliśmy komuś życia.

#SGt2A

Powiem wam co zrobiłam kilka lat temu, jak miałam 15 lat. Buntowniczy okres nastolatki, czas EMO i ja, która za wszelką cenę chciałam mieć super glany, czarne włosy i dużo czarnych kredek do oczu.

Mój straszy o 8 lat brat miał pieniądze, bo pracował, i chciałam, żeby pożyczył mi 100 zł na zakupy, ale nie dał mi nic. Ja w złości zadzwoniłam na policję i powiedziałam (trzymając chusteczkę przy ustach), że wiem kto napadł na osiedlowy sklep (kilka nocy wcześniej ktoś włamał się tam i ukradł pieniądze, alkohol, fajki i aparat fotograficzny właściciela). Oczywiście wymyśliłam to, nie przemyślałam w ogóle jakie mogą być tego konsekwencje, ale bardzo chciałam, żeby mój brat dostał nauczkę (?).

Jakie było moje zdziwienie, gdy przyjechała policja i mój brat się przyznał i oddał to wszystko, co ukradł razem z kolegą. Była rozprawa w sądzie, musieli zapłacić za szkody, dostali wyrok, a nalepka złodziei ciągnie się za nimi do dziś.

Do dziś nikt nie wie, kto zadzwonił wtedy na policję, a mi przeszedł bunt.
Może dzięki mnie mój brat nie wpadł w większe kłopoty, bo od tamtej pory nic nie ukradł i udziela się jako wolontariusz w schronisku dla zwierząt. :)
Dodaj anonimowe wyznanie