Wracałam z mamą z wakacji z Karpacza autokarem. W tamtym okresie były ulewy, rzeki wylały z koryt, a w kierunku Wrocławia utworzył się korek, że na piechtę byłoby szybciej.
W wieczór przed wyjazdem inteligentna ja najadłam się cytrusów. Konsekwencji niestety nie przewidziałam.
Już kilka minut po ruszeniu w drogę zachciało mi się sikać. Najbliższy przystanek miał być na dworcu we Wrocławiu, więc stwierdziłam, że wytrzymam. Jednak przez korki nie dałabym rady. Szybka decyzja - poprosiłam kierowcę, czy mogę na chwilę wysiąść, iść siku w krzaki i wrócić - i tak tempo jazdy było żółwie, więc bez obawy bym zdążyła.
Kierowca się zgodził. Ja szczęśliwa biegnę w stronę krzaczorów, żeby to mojego gołego tyłka nikt z drogi nie widział. Po drodze wywinęłam orła, jednak się nie poddałam. Sikam za krzakiem, a co moja mama wtedy zrobiła?
Wyszła za mną z autokaru, stanęła na środku drogi i krzyczy:
"Szybciej sikaj, bo odjeżdżamy".
Wtedy to już wszyscy patrzyli na mój powrót za krzaka do autokaru. Takiego wstydu jak rodzina, to nie zrobi ci nikt inny.
Historia z dzisiaj.
Wracając po ciężkim dniu pracy do mieszkania - mocno zamyślony poszedłem wyrzucić jakieś papiery z auta do publicznego kosza na osiedlu. W połowie drogi do domu skapnąłem się, że przy okazji wywaliłem mięso z masarni za 80 zł.
Tak, wskoczyłem za nimi do kontenera na śmieci.
Sąsiedzi widzieli. Żona nie wie.
Pod koniec podstawówki nasza klasa miała przygotować występ patriotyczny. Wychowawczyni poprosiła naszą panią od muzyki o poćwiczenie z nami pieśni i wierszy. Pani N. wybrała "Rotę" i kazała nam podchodzić w parach lub trójkach i śpiewać wybrane przez nią zwrotki, by wyłowić najlepsze osoby do reprezentowania klasy. Kiedy ja i moje dwie koleżanki skończyłyśmy śpiewać, pani N. przez chwilę nic nie mówiła, potem spojrzała na mnie i z uśmiechem stwierdziła, że "chyba już wie, jak brzmi przestraszony prosiak w rzeźni".
Nie, nie byłam w reprezentacji, a po tym wydarzeniu nigdy więcej niczego nie zaśpiewałam, nawet dla siebie pod prysznicem.
Było piękne, cieplutkie lato, był weekend, więc postanowiliśmy z mym lubym pojechać sobie za miasto na wycieczkę. Uwielbialiśmy jeździć w miejsca, które są nieznane dla innych ludzi, czyli szlajaliśmy się po wiochach zabitych dechami. Kilka godzin po wyjeździe ode mnie z chaty byliśmy na jakiejś wiejskiej drodze, gdzie nie było żadnych domów, żadnych ludzi. Tylko pola - wieeeeelkieeee, ze stogami siana. I wtedy wpadliśmy na szatański pomysł... Zatrzymaliśmy się, poszliśmy na stogi i jakoś tak się stało, że po chwili nie miałam górnej części odzieży...
I nagle widzimy auto. Myślimy se: pojedzie dalej.
Nie pojechało.
Wjechało na TO pole, zatrzymało się centralnie przy naszym stogu siana. Chwilę później paliłam się ze wstydu, stojąc za moim facetem, który rozmawiał z właścicielami pola o tym, jak mierzy się wilgotność siana. Byli bardzo wyrozumiali, powiedzieli na odchodne, że możemy zostać i dokończyć.
(nie dokończyliśmy)
To był koniec lat 90., mieszkaliśmy w pipidówce na południu Polski i o depresji się nie mówiło. Nie było też nowy o psychologu czy psychiatrze i wszystkie ciotki chciały mi wydrapać oczy, gdy to zaproponowałam, no bo taki wstyd. Miałam wtedy 19 lat, siostra 17. Chciałam jej pomóc i pamiętałam, że kiedyś marzyła o podróży autostopem przez Europę. Do wakacji udało mi się uzbierać pieniądze i wyciągnęłam siostrę w podróż. Na początku wydawało mi się, że trochę jej to pomogło. Jednak któregoś razu, na Węgrzech, nocowałyśmy w namiocie pod lasem. Moja siostra się tam powiesiła.
Musiałam to wszystko ogarnąć. Po powrocie nie było lepiej. Rodzina uważa, że umarła przeze mnie, sama często się nad tym zastanawiałam. Od tamtej pory w domu jasno dawali mi do zrozumienia, że zrobiłam straszną rzecz, aż praktycznie zaraz po otwarciu granic wyjechałam na zachód, tak jak wielu innych. Czytam anonimowe, żeby całkiem nie zapomnieć języka, bo z rodziną nie rozmawiam już ponad 10 lat, a tu gdzie mieszkam nie ma innych Polaków.
W mojej opinii miałam cudowną mamę i ojca, który był wcieleniem zła. No bo mama pozwalała, tata zabraniał. Co bym nie zrobiła, mama głaskała po główce, tata potrafił zlać mi tyłek. Wszytko co dostawałam było od mamy, od taty nic a nic. I tak przekonania trwały aż do moich studiów.
Trochę przejrzałam na oczy, że jestem strasznie rozwydrzona, mimo że tata robił co mógł, żeby wyznaczyć mi jakieś granice.
Okazało się, że wszystko co robię niesie za sobą konsekwencje, wbrew temu, że mama pokazywała, że jej córeczka jest bezkarna. Nagle to ojciec dawał mi bokiem pieniądze, bo słyszał, że potrzebuję np. jakiejś książki lub na dodatkowy kurs (dla mamy strata pieniędzy). Zresztą wszystkie rzeczy od mamy były też od taty, tylko że on nie mógł mi dać, bo pracował po 12h, ponieważ mama chorowała i potrzebowaliśmy dodatkowych pieniędzy. Zaczęliśmy częściej rozmawiać, tata mimo że nie jest fanem technologii i internetu, założył sobie konto na fb, tylko po to, żeby móc pisać do mnie messengerem ("bo wy młodzi tak wolicie"), czasem wychodziliśmy gdzieś razem. Zresztą na studiach zauważyłam, że mama nie jest tak cudowna, jaka była w oczach małej mnie. Zdradzała tatę na prawo i lewo. Po jej śmierci w telefonie znalazłam rozmowy z 35 różnymi facetami, wszystkie niezwykle wulgarnie erotyczne.
Do dziś nie wierzę, jak mogła zrobić coś takiego tacie, który mimo że mógł ją nie raz zostawić, to trwał przy niej, bo przysięgał w zdrowiu i w chorobie. Od prawie dwóch lat trzymam w sobie ten sekret, bo boję się, że tacie serce by pękło. Najgorsze jest to, że mimo tego wszystkiego, i mimo tego, że ma nową partnerkę, po dwóch latach od śmierci mamy wciąż ją bardzo kocha.
Poszliśmy dziś na lody z okazji Dnia Dziecka (wcześnie, ale ze względu na obowiązki zawodowe rzadko bywam w rodzinnych stronach), tata cały czas wpatrywał się w jedno miejsce, milczał, później poprosił, żebym tam spojrzała i powiedział "zabrałem mamę tam na pierwszą poślubną randkę, z miesiąc po ślubie, Boże jacy my wtedy byliśmy szczęśliwi".
Nie mogę sobie wybaczyć, że przez większość życia traktowałam go jak zło konieczne. Cudowny mąż i tata, ale ani do żony, ani do córki szczęścia nie miał.
Kupiliśmy z mężem dom z ogromną działką, po naprawdę okazyjnej cenie.
Kredyt wzięliśmy na samo kupno, dom jest do kapitalnego remontu, dlatego wszystko robimy na bieżąco, co zapewne zaowocuje nieco późniejszą przeprowadzką. Tyle słowem wstępu.
Ostatnio teściowa zapowiedziała się u nas na obiedzie, bo chciała poważnie porozmawiać. Na rzeczony obiad miała także przybyć jej córka, a moja szwagierka.
Samotna madka, taka mama 24/h. Ukończyła WSRH, „zatrudniona” w Szlachta nie pracuje, bo ma 10-letniego gówniaka i nie ma jak podjąć pracy. Wiecie o co mi chodzi.
Na czym polegała ta poważna rozmowa?
Teściowa wymyśliła, że w ramach niespodzianki po skończonym remoncie zamieszka z nami! Prawda, że genialnie to wymyśliła?
Mało tego, ale co z siostrą mojego męża, skoro mieszka z matką?
Odpowiedź jest prosta: skoro mamy taką dużą działkę, to możemy jej po prostu dać kawałek na budowę.
Kolejne pytanie - nawet jeżeli zgodzilibyśmy się na ten kuriozalny pomysł, to jak na Boga jej córka miałaby się budować, skoro groszem nie śmierdzi, socjal pełną parą i jakieś marne alimenty? Odpowiedziała, że wiecie, jesteśmy rodziną i musimy sobie pomagać. Przecież mój mąż jest chrzestnym dzieciaka. Czytajcie - musimy sfinansować budowę.
Zapytałam, o czym chciała porozmawiać tak na poważnie, bo od przyjścia tylko żarty jej w głowie, po czym wyszłam.
Mąż bardzo grzecznie wytłumaczył jej, żeby puknęła się w głowie.
Zgadnijcie, kto został wydziedziczony...
Pracuję w przedszkolu i ostatnio bawiliśmy się i mówiliśmy różne rymowanki. Każdy chyba kojarzy rymowankę "Kipi kasza, kipi groch, lepsza kasza niż ten groch, bo od grochu boli brzuch, a po kaszy człowiek zdrów". Opowiedziałam ją dzieciom.
Dwa dni później zostałam wezwana do dyrekcji, bo wpłynęła na mnie skarga, ponieważ "propaguję nieprawdę zagrażającą zdrowiu i życiu dzieci". Zdziwiło mnie to, ale musiałam się stawić w gabinecie. Tam czekała już pani dyrektor i mama chłopca z mojej grupy. Zanim ja i dyrektorka zdążyłyśmy cokolwiek powiedzieć, mama zaczęła wykrzykiwać jakim prawem ja jej dziecku wmawiam, że kasza jest zdrowa, że jak chcę się truć, to mam sama jeść sobie bulgur i kuskus z glutenem, ale jej dziecko nie będzie! Ja jako osoba, która ma dość luźne podejście do swojej pracy, gdy mama już skończyła swoją antyglutenową litanię, powiedziałam jej tylko, że wolę jęczmienną. Wyszła wściekła.
Na szczęście dyrektorka jest normalna i skarga została uznana za niebyłą :)
Jako dziecko miałam bardzo ograniczaną telewizję. Rodzice mi praktycznie wcale nie pozwalali oglądać bajek i korzystać z komputera. Jak tylko jeździłam do dziadków, chciałam nadrobić wszystkie możliwe bajki, bo oni mi na to pozwalali. Dziadek próbował coś do mnie mówić, opowiadać historie z wojny. Chciał nawiązać kontakt. Strasznie mnie kochał. Nie byłam w stanie mu odpowiadać. Byłam tak zapatrzona w ekran telewizora, że nic nie słyszałam.
Dziadek umarł, gdy miałam 13 lat. Teraz mam 18 i oddałabym wszystko, żeby usłyszeć jeszcze raz choć jedną z jego historii.
Jakiś czas temu pisałem tu swoje wyznanie. Lekarz-mechanik. Niedawno przypadkiem dowiedziałem się, zmarła moja babcia. Pojechałem na pogrzeb ze swoją rodziną. Na miejscu spotkałem się z rodzicami, siostrą z mężem i dziećmi, bratem z żoną i dzieciakami. Podszedłem ze swoją, żeby się przywitać. Rodzina jak gdyby nigdy nic. Przywitali się, porozmawialiśmy. Po ceremonii pogrzebowej była stypa. Wszystko OK. Po stypie moi rodzice zaproponowali, że mamy kawał drogi, że może zostaniemy na noc. W sumie OK.
Jak byliśmy u rodziców, ok. 19 na kolację przyjechała cała rodzinka. Wtedy dopiero się zaczęło... Wszyscy (łącznie ze szwagrem i szwagierką) zaczęli mi robić wyrzuty, że nie interesowałem się babcią, że to, tamto, siamto, że babcię odwiedzałem kilka razy w roku (nieważne, że mieszkam 400 km dalej). Ogólnie pretensje, awantura na maksa.
O co poszło? Poszło o to, że babcia w swojej ostatniej woli zostawiła mi w spadku mieszkanie i całe jego wyposażenie. Babcia lubiła modne meble itd., więc wymiana wszystkiego co roku to była normalna sprawa. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że babcia zostawiła mi mieszkanie i byłem naprawdę zdziwiony, bo dlaczego akurat mi. Moi rodzice zaczęli mówić mi, że zhańbiłem całą rodzinę grzebiąc w samochodach, że to zawód tylko dla idiotów, którzy chleją, ćpają i wyklinają (podczas kłótni k*rwa leciało co 2-3 słowa), brat z hasłami, że on z żoną chcieli wynająć to mieszkanie, bo przyda im się każdy grosz, bo "tak im ciężko" (a ma dom piętrowy i dwa nowe samochody), siostra w płacz, bo ona tyle się babcią zajmowała, a ta jędza (jej słowa) nie zostawiła jej nawet telewizora. Moja kobieta na mnie patrzyła i nic się nie odzywała.
Na szczęście nie wypiłem ani grama alkoholu, po kolacji po prostu wstałem i powiedziałem grzecznie, że nie będę się im z niczego tłumaczył, że to wola babci, mieszkanie biorę i jak chcą, to niech mi sprawę w sądzie robią o podważenie testamentu. Usłyszałem od ojca i matki, że mam wypier***ać i nigdy więcej się nie pokazywać, moja siostra zaczęła płakać, jak ona babcię kochała (szkoda, że pomagała babci, bo babcia zawsze dawała jej hajs) i jak jej babci brakuje. Mąż siostry wyskoczył do mnie z łapami i chciał się ze mną bić, bo do jakiego stanu doprowadziłem jego żonę. Mój brat powiedział mi, że mam zakaz kontaktu z nim, że nie chce mnie znać, że jaki to jestem najgorszy na świecie.
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. Przepraszałem moją ukochaną za to, co widziała. Teraz, po kilku dniach, jak emocje opadły, dostałem list od brata z hasłem, że cała rodzina wyrzeka się mnie, że nie chcą mnie znać. Że zrobią wszystko, żeby odzyskać ich własność (mieszkanie po babci) i mają nadzieję, że spotka mnie kara za to, co zrobiłem tej rodzinie... A co zrobiłem? Przestałem być lekarzem, zostałem mechanikiem samochodowym i dostałem mieszkanie po babci. Aha...
Dodaj anonimowe wyznanie