#My9fZ

Kilka dni temu mój starszy brat po pijaku wygadał mi się, że przespał się z naszą bliską kuzynką.
Mówił, że na wyrzuty sumienia, że to rodzina, że to nie tak miało być.

Byłem, rzecz jasna, w ciężkim szoku. Ale tylko dlatego, ponieważ zastanawiałem się, czy ona sobie jakieś punkty nalicza, bo ja też się z nią przespałem.

#fTxpk

Byłam wtedy maturzystką i czułam się bardzo dumna z tego, że mój chłopak już studiuje... i to dwa kierunki, a na dokładkę jeszcze był sportowcem. Dla tak zakompleksionego stworzonka jak ja był to prawie szczyt marzeń. Prawie, bo szybko się przekonałam, że nie jest on wcale taki cudowny, tylko totalnie nieodpowiedzialny i bez wyobraźni.

Jako że odbywały się właśnie juwenalia, wybraliśmy się razem na koncert i tu warto wspomnieć, że mieszkaliśmy na innych osiedlach (dojazd autobusem trwał ok. 30-40 minut), a koncert był na jeszcze innym, równie odległym osiedlu. Początkowo cierpliwie czekaliśmy na gwiazdę wieczoru, która miała wystąpić zaraz po odjeździe autobusu, którym mogłam wrócić bezpośrednio do domu (był to już ostatni kurs tej linii).

Ale przecież to ulubiony zespół mojego lubego, więc czekam twardo, przecież do domu jakoś dotrę, chociaż w kieszeni tylko na bilet. Zespół się spóźnia, my czekamy. Czekamy, czekamy.... No i mój chłopak stwierdza, że on ma jutro egzamin i musi się pouczyć, więc musimy już wracać. Autobusy się pokończyły, najbliższy do centrum za godzinę. Nie będziemy czekać, idziemy z buta. Po drodze musieliśmy minąć jedną z bardziej nieciekawych dzielnic w mieście, ale ja idę dziarskim krokiem, bo akurat w pobliżu mam kilku znajomych, więc proponuję, by poczekać na jakiś inny autobus na mijanym przystanku
- Nie, idźmy dalej, tu jest niebezpiecznie - mówi on.
- Daj spokój, mam kolegów tu w bloku naprzeciw, jak nas ktoś zaczepi, to się na nich powołam.
- Nie, idziemy, znajomości ci nie pomogą jak się pijany trafi i może ich akurat nie znać.

Dobra, idę. Następny przystanek jest niedaleko, ale tam już nie znałam nikogo, a do tego za przystankiem jest nieoświetlony, zapuszczony park, a ja słyszę:
- O, za minutę mam autobus do domu. To ja pojadę, bo wiesz, ten egzamin.

Słucham i nie dowierzam własnym uszom.

- Tu mnie zostawisz??
- No muszę jechać się pouczyć trochę.
- Wolałam zostać tam na górze, przynajmniej znałam tam kogoś.
- Tu masz bliżej do domu. - Podjechał autobus, on wsiada i jeszcze na schodach - trafisz stąd do domu, nie? - i pojechał.

Ja wmurowana z duszą na ramieniu idę sama, godzina 22:30 albo lepiej, ale sił mi wściekłość dodaje. Idę i wyzywam go od najgorszych (kto wie, może potencjalny napastnik samego biadolenia się wystraszył) i w tym miejscu los się do mnie uśmiecha. Obok mnie zatrzymuje się taksówka i wywiązuje się taka oto rozmowa:
- Gdzie panią zawieźć?
- Dziękuję, ale nie mam pieniędzy.
- Pani wsiada, kto to widział, żeby po nocy dziewczyna sama chodziła.

Odwiózł mnie bezpiecznie pod sam blok. Opowiedziałam mu co mnie spotkało, nie krył oburzenia.

Wiecie co.... wcale nie jest mi przykro, że dwa tygodnie później puściłam tego studenta bokiem z moim teraźniejszym mężem :)

#dVwOk

Razem z mężem od lat przyjaźnimy się z innym małżeństwem. Wszyscy chodziliśmy razem do liceum i jesteśmy bardzo zgraną paczką. Przyjaciele bliżsi niż rodzina, zawsze sobie pomożemy. Jeździmy razem na wakacje, spędzamy razem święta itd.

Pewnego wieczoru mąż poprosił, żebyśmy poważnie porozmawiali. Usiedliśmy i wyznał, że po jednej imprezie, gdy ja i Adam już spaliśmy, on i Sylwia jeszcze siedzieli, pili i gadali. Jakoś tak wyszło, że zaczęli się całować i potem już poszło. Robili to w salonie, a my byliśmy w pokojach obok. Bardzo tego żałowali i nie dali rady nas okłamywać. Ustalili, że w tym samym czasie nam powiedzą.

Nie krzyczałam, nie płakałam, wstałam i wyszłam. Zadzwoniłam do Adama i poprosiłam o spotkanie i rozmowę. Po paru dniach spotkaliśmy się w czwórkę. Razem z Adamem powiedzieliśmy im, że zrzucamy winę na dużą ilość alkoholu i zapominamy o sprawie. Nie będziemy niszczyć lat przyjaźni.

Od tamtej pory mąż mnie nosi na rękach, jest między nami lepiej niż kiedykolwiek. U nich też się świetnie układa.

Nie wiedzą jednego. Wybaczyliśmy im, bo kilka lat temu sami mieliśmy romans.

#FkuQe

Sześć lat temu wyprowadziłam się z domu rodzinnego, żeby rozpocząć studia dzienne. Byłam nowa w mieście i trzęsłam portkami na myśl o rozpoczęciu nauki wśród obcych ludzi. Z pomocą przyszedł Facebook. Odnalazłam grupę, do której należeli studenci mojej uczelni i od razu zostałam zaczepiona przez dziewczynę, która była na moim roku. Ucieszyłam się, że nowy rozdział rozpocznę z koleżanką, z którą w dodatku zaczęłam się świetnie dogadywać.

Nadszedł dzień rozpoczęcia roku akademickiego, umówiłyśmy się przed 8 przy szatni. Stamtąd razem miałyśmy pójść na aulę. Stałam przy szatni chyba z pół godziny, studenci rozchodzili się, każdy w swoją stronę. Gośki ani śladu. Zrezygnowana na rozdanie indeksów poszłam sama, ale po powrocie do mieszkania napisałam dziewczynie kilka słów o tym, jak to przez nią prawie się spóźniłam. Na co ona, że przecież czekała, a to ja nie przyszłam. Była tak wkurzona, że dla podkreślenia wielkimi literami napisała mi nazwę i adres naszej uczelni. Okazało się, że jej wydział znajduje się we Wrocławiu, mój w Warszawie.

Tej uczelni ostatecznie żadna z nas nie ukończyła, ale przyjaźnimy się do dziś.

#0OmC4

Sytuacja miała miejsce jakieś lata temu, kiedy to przyjacielska relacja z moim obecnym chłopakiem zaczęła ewoluować w związek. Był on moim pierwszym chłopakiem, więc nie do końca wiedziałam, jak powinnam się zachować na randkach.

Uznałam, że przede wszystkim powinnam sama za siebie płacić, ponieważ bardzo mi na nim zależało, a nie chciałam wyjść na pazerną osobę. Poza tym czułabym się źle każąc komukolwiek za mnie płacić. Na pierwszym wyjściu powiedziałam mu o tym, moja decyzja niestety ugodziła trochę w jego męskie ego, ale nie odpuściłam i musiał się zgodzić.

Po paru dniach "randek spacerowanych" chłopak postanowił mnie zaprosić do cukierni. Zajęliśmy miejsca i przeglądaliśmy menu, a kiedy wybrałam ciastko, które chciałabym zamówić, wyjęłam portfelik i zaczęłam liczyć pieniądze. Wreszcie powiedziałam: "24 złote, starczyłoby nawet na dwa ciastka i jeszcze trochę kasy by mi zostało".
Wtedy chłopak popatrzył na mnie zdziwiony i zapytał: "Czyli dzisiaj ty chcesz stawiać? No dobra, skoro tego potrzebuje twoja feministyczna dusza"...

Zatkało mnie. Wcale nie zamierzałam stawiać, chciałam wziąć dwa ciastka dla siebie, bo po prostu lubię wp**rdalać. Był to na tyle wczesny etap związku, że odmówić nie mogłam, ale zaczęłam mówić coś w rodzaju: "Jeśli czujesz się zdominowany przez kobietę, to nie muszę ci go kupować, nie ma problemu", ale on uznał, że nie może mi odbierać tej radości z dominacji. No cóż, kupiłam, ciastko i dla siebie, i dla niego.

Jesteśmy razem już prawie 10 lat, ale on dalej nie wie, że chciałam wtedy zeżreć dwa ciastka sama, przez długi czas był bardzo dumny, że ma tak niezależną kobietę :D

#NGNpb

Znacie ten typ człowieka, który zawsze biadoli, narzeka, że jest biedny i na nic go stać i ma tupet?
No i taka przyszła teściowa mi się trafiła...

Z moim lubym poznałam się na uczelni, obydwoje studiowaliśmy dziennie. Udało nam się dostać stypendia naukowe, całkiem przyzwoita suma, która pozwoliła, byśmy nie pracowali, a skoncentrowali się na nauce, konferencjach etc.
O jak ona wtedy biadoliła - jak to można nie pracować, tylko się uczyć, po co to w ogóle komu.
Luby chciał się pochwalić swoim sukcesem, zarówno publikacją naukową, jak i stypendium. I tyle widział te pieniądze „no bo to mama”. A mama za to kupowała kwiatki i prezenty dla koleżanek.

Choć przyszła teściowa groszem nie śmierdzi, uwielbia wszelkiego rodzaju imprezy. Imieniny, urodziny, rocznice, święta. Byleby nagotować jedzenia, postawić wódkę i będzie miło w gronie rodzinnym.
Przestało być miło, kiedy zapukał komornik, jak się okazało pożyczyła od firmy krzak pieniądze na zorganizowanie chrzcin wnuczki. Impreza kompletnie się nie zwróciła - rodzina nauczona doświadczeniem kopert nie dała, a i zmyła się tuż po mszy. Jedzenie i dług zostały.

Przyszłej teściowej wydawało się, że pochodzę wręcz z bogatej rodziny. Zawsze wprost pyta ile kosztowały poszczególne części mojej garderoby i dlaczego mój tata nie zapłaci za wakacje moje i lubego (no nie mam pojęcia z jakiej paki). Swoje zdanie na temat mojego bogactwa zmieniła, kiedy moi rodzice przeprowadzili się z domku jednorodzinnego do kamienicy. Pytała „czy w tym mieszkaniu w ogóle jest jakieś miejsce? Bo w końcu dwa pokoje to mało”. Kompletnie nie wiem skąd wzięła te bzdury.

Miała pieska i kotka. Obydwa wiekowe zwierzaki, no widać było, że to staruszki i ich dni są policzone. O ile kot odszedł w sposób humanitarny u weterynarza, to teściowa wciąż usilnie twierdzi, że stary sparaliżowany pies wybiegł z mieszkania i nie mogła już go znaleźć. A szukała.

Zawsze bajzel, syf i kurz, który zalegał w mieszkaniu zganiała na wspomniane wyżej zwierzaki. One odeszły, a brud pozostał. Przyszła teściowa nie ma siły na sprzątanie, ale już bieganie po sklepach i koleżankach nie sprawia jej najmniejszego problemu.

Ma jakąś dziwną manie wkładania mi na ręce swojej wnuczki (dziecko szwagra). I to w sytuacji, kiedy stoję u niej w drzwiach w grubszej kurtce i ciężkich butach (bo listopad), dopiero co wysiadłam z autobusu, zdążyłam jeszcze zapalić papierosa po drodze. Według niej to idealny moment, żeby UTULIĆ MALEŃSTWO.

Muszę uzbroić się w cierpliwość, gdy w niedalekiej przyszłości zostanie moją rodziną...

#Eb2Kx

Jestem chorobliwie otyła. Nie gruba, nie z nadwagą, po prostu otyła. Przy wzroście 160 cm ważę 150 kg. Nikt nie wie, ile ważę (prócz teraz anonimowych), nikt nawet nie podejrzewa, ile mnie jest.

Próbowałam wielu rzeczy, tabletki, diety, ćwiczenia, spotkania z psychologiem. Jedyne co mi zostało to chyba tylko operacja żołądka, chociaż sądzę, że i to by nie pomogło.

"Walczę" z tym problemem od ponad 20 lat, z marnym skutkiem. Waga spada i jej przybywa i tak non stop.

Ojciec większość mojego życia powtarzał: "nikogo sobie nie znajdziesz", "dupa ci tylko rośnie i rośnie". No i jego słowa się sprawdziły.

A wiecie, co jest najgorsze... Te wszystkie komentarze, które przez tyle lat się uzbierały: szafa trzydrzwiowa, wieloryb, pączek. itp. Zaczepianie na ulicy przez obcych ludzi, którzy uważają, że mają prawo komentować twój wygląd, dawać dobre rady albo po prostu cię wyśmiewają. Nikt nie wie, jak to jedzie po psychice i pewnie tutaj też doczekam się wielu komentarzy, że pewnie leń jestem, widać tak mi wygodnie itp.

Takie to moje anonimowe.

#SBOIo

Uzależniłam się od spania.

Od jakiegoś roku miałam ogromny problem ze spaniem, po prostu nie mogłam zasnąć, mogłam ciągnąć 3 doby bez spania, a potem nagle ze zmęczenia paść na 14 godz. spać. Poszłam do lekarza, jeden przepisał mi tabletki na sen. Czy pomogło? I tak, i nie. Oczywiście przysypiałam całą noc, ale czułam się po każdej nocy potwornie zmęczona. Poszłam do drugiego lekarza, szereg badań - wychodzi na to, że wszystko ze mną OK i cyk, kolejne tableteczki na sen. Efekt ten sam. Przysypiałam każdą noc, ale po wstaniu czułam się jeszcze gorzej. Może ktoś z was to przeżył - bycie aż tak zmęczonym, że nie można zasnąć ze zmęczenia. Tak się czułam, jakbym dopiero nieprzerwanie prowadziła samochód przez 12 godz., przebiegła runmagedon (bez endorfin) i dźwigała ciężkie zakupy ze sklepu, naraz.

Zaczęłam czytać o moim problemie, ale w zasadzie nic ciekawego nie wyczytałam, aż trafiłam na tematykę ASMR. Zaczęłam oglądać różne filmiki, słuchać podcastów i nagle dzięki temu zaczęłam przesypiać każdą noc i to naprawdę się wysypiając. Problem w tym, że bez tego nie zasnę, problem w tym, że stało się do dla mnie czymś w rodzaju obsesji. Jak tylko przychodzę do domu, włączam jakiś filmik, co równa się niestety z pójściem spać. Zaniedbuję dom, obowiązki, czasem nie jem, bo po przyjściu myślę tylko o tym, żeby to włączyć i iść spać. Ostatnio jak mój szef wyjechał na delegację, oglądałam/słuchałam tych filmików w pracy, oczywiście zasypiałam, potrafiłam przespać cały dzień w pracy, budził mnie tylko telefon służbowy.

Nie wiem, co teraz robić, ani ta sytuacja, ani poprzednia nie jest dla mnie zdrowa, ale nie jestem w stanie się opanować przed ASMR, a z drugiej strony, jakbym przestała, to znów bym nie mogła spać lub musiała brać tabletki, przez które czułam się jeszcze gorzej.

#hXkg1

Świeżo po osiemnastce szczęśliwa poszłam do pierwszej wakacyjnej pracy. Na czarno, w jakiejś sezonowej knajpie, bo to było jedyne miejsce, gdzie przyjęli mnie praktycznie z dnia na dzień.
Reszta obsługi to panie z Ukrainy, jakaś studentka i kilka dziewczyn w moim wieku. Szef był wzorowym Januszem biznesu i regularnie wrabiał nas w wolontariat po godzinach. Odejść można w każdej chwili, ale bez wypłaty. Taka wizja mi się nie podobała i ogólnie nie wiedziałam co mam zrobić, no ale tak całkiem położyć uszy po sobie i zapieprzać to się nie godziło, więc przez kolejne trzy tygodnie każdy klient dostawał sporo większą porcję, albo jakoś tak zapominałam doliczyć napoje. Byłam przekonana, że to genialny sabotaż, ale chyba niewiele zmienił, bo szef nawet nie zauważył, że ma jakieś straty.

#Twv3N

Miałam w szkole koleżankę. To było już naprawdę wiele lat temu. Nie była ładna i nikt jej nie lubił. Naprawdę była dziwna, mimo to szkoda, że skończyła jak skończyła.

Miała takich zaściankowych, niewykształconych rodziców, którzy na nic jej nie pozwalali i mieli zawsze podejście "nie znam się, to się wypowiem". Moi rodzice czasem wracali zażenowani ich poziomem na wywiadówkach.

Ta koleżanka bardzo lubiła spędzać czas przed komputerem - wiadomo, nie miała znajomych, nigdzie nie wychodziła i bała się ludzi, więc bardzo dużo grała w różne gierki. W którymś momencie odkryła gry mmo rpg. Wydaje mi się, że chyba dzięki temu czuła się w jakiś sposób lepiej i spędzała przy grach jeszcze więcej czasu.
Jej rodzice nie znali się na komputerach - dla nich to były tylko takie zwykłe gry i denerwowali się, że ona nie chce ich zapauzować. Kompletnie nie rozumieli, że ona gra przez internet z prawdziwymi osobami i wmawiali jej, że te postacie na ekranie to nie są prawdziwi ludzie.

W klasie zachowywała się jeszcze dziwniej, chodziła smutna i wiele osób coraz bardziej się nad nią znęcało. Któregoś dnia pod wpływem szyderstw dostała jakiegoś ataku paniki i trafiła do pedagoga z załamaniem nerwowym. Wiadomo, klasa w śmiech i ogólnie ubaw.
W następnych dniach nie przyszła do szkoły. Nauczycielka powiadomiła nas, że dziewczyna popełniła samobójstwo, a potem okazało się, że jej rodzice byli skłonni wysłać ją do psychiatry, bo przeszkadzało im, że ich córka cały czas gada do komputera (rozmawiała z ludźmi na słuchawkach) i ją tym nastraszyli.

Po tylu latach czuję frustrację na tych ludzi - zarówno jej rodziców, jak i na klasę, która też się przysłużyła i widzę, jakie to było słabe.
Dodaj anonimowe wyznanie