#u0y0O

Napisałem tu kilka wyznań, takich historyjek z życia. Jedne były do śmiechu, inne do hejtu, jeszcze inne do kosza. Teraz coś, co zmieniło moje życie.

Jako dziecko nie byłem "towarzyski". Nie umiałem nawiązać kontaktu z rówieśnikami, nikt nie chciał zadawać się ze mną. Nie przeszkadzało mi to za bardzo, bo zawsze byłem introwertykiem, choć długo nie umiałem tej przypadłości nazwać.

Jak miałem ze dwadzieścia lat, zaczęło mnie to nieco zastanawiać, że takie buce z mojego otoczenia potrafią się z kimś spotkać, zabawić, a ja nie. Któregoś dnia przeglądałem zdjęcia ze ślubu i wesela kuzyna. Wtedy zobaczyłem siebie w różnych sytuacjach - jedzącego, pijącego, gadającego z kimś, stojącego gdzieś - i dostrzegłem jedną wspólną cechę - wszyscy tam byli radośni, uśmiechnięci, pełni życia, a ja wyglądałem, jakby mnie tam ktoś fotoszopem dopisał - smutny, zamyślony, gapiący się ch*uj wie gdzie, jakby zły na wszystko i wszystkich.

Zacząłem od ćwiczenia przed lustrem - uśmiechu, rozmowy z patrzeniem w oczy, mimiki twarzy, żeby bez słów wyrażać emocje słuchając rozmówcy. To była ciężka praca dla takiego "gbura" jak ja, ale efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

Nie, nie zacząłem "zaliczać", bo jakoś mnie to nigdy nie interesowało jako sport, ale w końcu odnalazłem się wśród ludzi.

#kD7mI

W szkole byłam prześladowana przez pewną dziewczynę. Nie były to jednak typowe dziecięce prześladowania, dokuczania. Ona (nazwijmy ją Magda) potrafiła grozić mi nożem przed szkołą albo zaprowadzić za garaże i dać "prezent przeprosinowy", który po rozpakowaniu okazał się truchłem kota.

Wiele razy chodziłam z tym do nauczycieli, ale przy nich ona zachowywała się normalnie, wręcz wzorowo. A klasa? Oni twierdzili, że np. kiedy ja mówiłam, że Magda groziła mi nożem, ona tak naprawdę była z Basią i Kasią, żadnego prezentu nie było itd. Moi rodzice kilka razy wkraczali do akcji, ale zawsze włączała się też moja siostra i ona także broniła Magdy, aż w końcu rodzice przestali mi wierzyć. Pod koniec piątej klasy sama sobie nie wierzyłam i w ten sposób zaczęła się moja wędrówka od psychologa do psychiatry do psychiatryka do psychologa.

Tydzień temu, po piętnastu latach od ukończenia szkoły, upiłam się z siostrą i jakoś tak zaczęłyśmy temat szkoły, a ta wyznała mi, że Magda naprawdę się nade mną znęcała i wszyscy w klasie o tym wiedzieli, ale uznawali to za zabawne.

#Csje4

Rok temu mąż zdradził mnie na naszym weselu.
Około dwudziestej powiedział, że bardzo boli go głowa i poszedł "na chwilę" do pokoju, w którym mieliśmy nocować. Ja zostałam z gośćmi. Kiedy minęło pół godziny i nie wracał, a telefon miał wyłączony, poszłam zobaczyć, czy wszystko OK.

Zastałam Szymona w łóżku z jego "dobrym kolegą". Nagle dowiedziałam się, że mój narzeczony jest bi.

Znaliśmy się ponad cztery lata, byliśmy parą prawie trzy. Nigdy nie dał mi znaku, że mnie oszukiwał. Marek ("kolega") zawsze odnosił się do mnie chłodno, ale uwierzyłam Szymonowi, kiedy mi powiedział, że była dziewczyna Marka zdradzała go, więc nie ufa kobietom. Nie robiłam o to afery, przecież to nie z Markiem planowałam przyszłość.

Dopiero kiedy ich przyłapałam Szymon przyznał, że owszem, jest bi, ale to Marek jest jego miłością, a nasz związek był po to, żeby konserwatywni rodzice Szymona nie zwrócili uwagi na jego związek z Markiem. Triumfu i pogardy na twarzy Marka nigdy nie zapomnę. Nie chciałam szopki, więc moja mama zajęła się gośćmi, a ja poszłam do pokoju jej i taty, potem siostra zawiozła mnie do rodziców. Rano oczywiście wszystko się wydało. Udało mi się unieważnić małżeństwo.

Czułam się obrzydliwie, po załatwieniu niezbędnych formalności zerwałam kontakt z Szymonem, mam gdzieś, że rodzice go wydziedziczyli (a jest jedynakiem). Jakoś się pozbierałam, od niedawna odnawiam znajomość z kolegą ze szkoły, na razie na stopie czysto koleżeńskiej.

Najbardziej jednak boli mnie to, że oprócz moich przyjaciół i rodziny, to jestem obgadywana jako ta, którą zdradzał facet z facetem, pewnie jestem głupia, że nic nie zauważyłam, a może wręcz nie miałam nic przeciwko... Ostatnio usłyszałam od sąsiadki, że widać, że wcale taka zakochana nie byłam, skoro już z innym się spotykam.
Staram się nie słuchać i nie przejmować, ale przez takie gadanie czuję się winna całej sytuacji i wręcz napiętnowana.
Coraz częściej myślę o przeprowadzce.

#H8Ljv

Jestem już 60-kilogramowym chłopakiem, mam 25 lat i... straciłem 45 kg!

Zaczęło się od tego, że postanowiłem w końcu znaleźć sobie drugą połówkę. Po szybkim spojrzeniu w lustro wielkości małej ciężarówki, stwierdziłem, że czas na siłownię, dietę i wszystko inne. Po 4 tygodniach straciłem 4 kg. Not bad, not bad. Wtedy stwierdziłem że powinienem przebadać tarczycę, bo może jeszcze poza McDonald'sem, KFC i Burger Kingiem, mam problem z jakimś hormonem. I... nie mam!
Za to ma raka. A pozostałe 40 kg straciłem podczas "leczenia", czyli rozwalania organizmu chemią i napromieniowaniem (niezły żart leczyć czymś, co dosłownie ZABIJA, ale lek na raka się nie opłaca). No ale jestem szczupły jak nigdy, trochę blady. mało owłosiony, ale szczupły, i w dodatku mam 181 cm wzrostu, więc....

Chyba założę Tindera albo coś, bo w sumie to nie mam pojęcia jak długo jeszcze pociągnę.
Głowy do góry, życie to tylko życie, przecież jakoś skończyć się musi.
So Shit Happens ;)

#RJRY8

Jakoś przywykłam do faktu, że nie mam dzieci. Trudno, chciałabym je mieć, ale nie wychodzi. Rozważamy z mężem adopcję.

Moja mama nie może się z tym pogodzić. Ostatnio podczas rozmowy zasugerowała, że jak nie mogę mieć dzieci swoich biologicznych, to ona odda mi swoją komórkę jajową, żeby tylko miała wnuki. Według niej, to znacznie lepsze od adopcji.

Inaczej mówiąc, zaproponowała, żebym urodziła dziecko JEJ i mojego męża!! To kim ono miałoby być dla mnie? Dzieckiem, rodzeństwem?

#gktLF

W wyniku urazu (nie będę się rozpisywać jakiego) w wieku nastoletnim straciłam wzrok. Do moich źrenic docierało słabe światło, więc zazwyczaj rozróżniałam, czy jest dzień czy noc, ale nic poza tym. Dzięki wspaniałym osobom, które mnie otaczały dałam sobie w życiu radę. Co więcej, znalazłam swoją miłość - jak się okazało na tyle wielką, by zostać czyjąś żoną.

Kilka miesięcy temu dowiedziałam się o pewnym ośrodku, w którym ludzie tacy jak ja odzyskiwali wzrok. Operacja odbyła się jakiś czas temu. Była bardzo skomplikowana, rokowania w granicach 50-60% i udało się... Po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat zobaczyłam światło, kolory, obrazy, kształty. Uczucie nie do opisania. Pierwszy raz też widziałam "na własne oczy" męża.

Pierwsze słowa jakie powiedziałam: "O Boże, ty na prawdę jesteś rudy, nie żartowaliście". Rozpłakał się.

#8tw88

O tym, jak siostra odbiła mi dziewczynę.

Nigdy nie byliśmy typowym rodzeństwem z K. Za dzieciaka nie prowadziliśmy wojen ani nie byliśmy zazdrośnikami, a z biegiem lat staliśmy się naprawdę dobrymi przyjaciółmi i jej zdanie ceniłem sobie ponad wszystko. W czasie kiedy mi odbiło na punkcie korzystania z młodości, to ona wolała rozpracowywać książki. Po maturze przeniosła się do stolicy na studia, a już rok później wyjechała na wymianę studencką do Estonii. W tamtym roku zacząłem studia w Krakowie i poznałem swoją ówczesną dziewczynę. Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy i w końcu wylądowaliśmy w związku.

Zbliżały się święta i K. wróciła na kilka dni do Polski. Rodzice mojej ukochanej pojechali do rodziny jej ojca, a M. przyjęła moją propozycję, żeby spędzić je razem z nami.

Obawiałem się tego, czy moja ukochana oraz siostra znajdą ze sobą wspólny język i chyba się przeliczyłem. Dyskutowały ze sobą prawie przez cały okres trwania świąt. Zbieżność ich zainteresowań nieco mnie przeraziła, odniosłem wrażenie, że jakby skończyły razem w celi, to domagałyby się  przedłużenia wyroku. Czułem się przy nich po prostu głupi, ale pomimo tego bardzo się z tego cieszyłem i nie widziałem nic w tym podejrzanego.

Święta dobiegły końca i moja siostra wróciła do Estonii. Wtedy mój związek zaczął się sypać. M. stała się nieobecna, niechętnie ulegała moim propozycjom wyjść, a wywołanie u niej uśmiechu graniczyło z cudem. Po miesiącu mnie zostawiła nie podając powodu. Byłem załamany, jakby mój świat z dnia na dzień po prostu przestał istnieć. Potrzebowałem wtedy jak nigdy mojej siostry, ale ona unikała kontaktu jak ognia. Kilka tygodni później kumpel, nie mogąc dłużej patrzeć na moją rozpacz, wyciągnął mnie na imprezę. Wszystko było w porządku, dopóki nie spotkaliśmy znajomych z roku M., którzy dopytywali co tam u niej po rzuceniu studiów. Zamurowało mnie.

Zacząłem się martwić, nie wiedziałem co mam robić. Chciałem zadzwonić do siostry i zapytać o radę, ale padał mi telefon. Kumpel pożyczył mi swój, spisałem numer i zadzwoniłem. Nie zgadniecie kto go odebrał... Wszystko wtedy stało się jasne, a ja poczułem się szczerze zdradzony. Nie odbierałem telefonów ani wiadomości od żadnej z nich. K. wróciła do Polski i za wszelką cenę próbowała się do mnie dostać, ale nie umiałem się do tego zmusić. W końcu jednak dałem jej szansę i zrozumiałem, że tak naprawdę nic nie mogłem zrobić. M. rzuciła dla mojej siostry wszystko i to też dało mi do myślenia. W naszym związku bliskość nie istniała, ale zwalałem to na potrzebę czasu.

Od tej sytuacji minęły trzy lata. Wybaczyłem siostrze i nie czuję żalu.
Chciałem się podzielić moją historią dlatego, że teraz w Polsce panuje nagonka na LGBT. Orientacji seksualnej nie da się zmienić i nikomu nie życzę tego, żeby żył z kimś, kto nie jest w stanie go pokochać.

#IiSWS

Gdy byłam małą dziewczynką, kiedy mój wiek składał się jeszcze z jednej cyfry, moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Mieliśmy bardzo dużo krzewów i drzew owocowych.

Posiadam dwie starsze siostry, które ułożyły już sobie życie w miastach oddalonych od mojej wioski o kilkaset kilometrów, więc nie przyjeżdżały często, a szczególnie w lecie, kiedy tych owoców do zerwania było okropnie dużo. Chcąc nie chcąc zostałam sama z rodzicami. W czerwcu i lipcu kwitła malina, której mieliśmy najwięcej ze wszystkich owoców. Oczywiście głównie zbiory szły na handel. Bardzo nie chciałam siedzieć w polu w upale, gdy prawie mdlałam, a skóra schodziła mi garściami po takich "wakacjach".

Wymyśliłam plan, który właściwie się nie do końca udał. Gdy ta malina kwitła, obrywałam jej kwiatki i niedojrzałe owoce. Zawsze było jej tak samo dużo. No nie wyszło, ale nigdy rodzicom tego nie powiem.

#R4zJi

Rzecz o niedźwiedziej przysłudze.


Jakiś czas temu odszedł ode mnie mąż. Zostałam z 2-letnim brzdącem. Odkrył, że "jednak nie tego w życiu chce" i poszedł się realizować, zupełnym przypadkiem, do sporo młodszej koleżanki z pracy.
Zdarza się. Nie ja pierwsza i nie ostatnia. 

Oczywiście, nie od razu doszłam do takiego wniosku. Najpierw sporo przepłakałam. Szczerze mówiąc zawalił mi się świat. 
I wtedy na randkę zaprosił mnie przyjaciel mojego szwagra. Nazwijmy go Maks.
Facet przystojny, elokwentny i dowcipny. W ramach rekompensaty zaprosiłam go na kawę. Potem kino, obiad, a nawet wspólne wyjście na miejski festyn z synkiem.

Niebo nade mną rozjaśniało. Zaczęłam się naprawdę angażować w nową znajomość.

I tu zonk.
Po jednym z wyjść kontakt się urwał. Postanowiłam zadzwonić. 
W końcu duża ze mnie dziewczynka i chciałam się dowiedzieć na czym stoję.
Maks nieco skrępowany, powiedział, w skrócie, że "to" za daleko zabrnęło. Mój szwagier poprosił go tylko, żeby zabrał mnie na jedną czy dwie kawy, żebym wyszła z dołka po rozstaniu. Maks wyjaśnił mi, że nie miał zamiaru się angażować i traktował to jako "przyjacielską przysługę" . 
A tak w ogóle, to jest kobieta, na której mu zależy. Spotykał się z nią równocześnie co ze mną.

Tak że... super plan szwagra sprawił, że zostałam porzucona po raz kolejny, a moje poczucie wartości sięgnęło poniżej zera. 
Na długo daruję sobie kolejne randki.

#4Fb2h

Byłam w ciąży. Dość niespodziewanej, ale narzeczony się cieszył, zaplanowaliśmy pokoik dziecięcy, wybraliśmy imiona...
Po kilku miesiącach poroniłam.

Taka jest wersja dla świata.

Wersja prawdziwa to ciężkie wady dziecka. Zrobiłam aborcję farmakologiczną. Wiem, że można legalnie usunąć ciążę z ciężkimi wadami, ale to był już 4 miesiąc, ginekolog o wadach dziecka milczał do 12 tygodnia i już nic w majestacie prawa zrobić nie mogłam.

Nie chciałam żyć ze świadomością, że rośnie we mnie chore dziecko. Nie chciałam sprowadzać na świat cierpiącej istoty, która być może umarłaby kilka chwil po porodzie. Nie chciałam łamać sobie życia dla zajmowania się chorym dzieckiem.
Wolę, by wszyscy się nade mną użalali po "poronieniu", niż wyzywali od wygodnickich i morderczyń po aborcji.
Dodaj anonimowe wyznanie