Pewna babka idąc zaraz przede mną chodnikiem wlazła prosto w słup. Parsknęłam niepowstrzymanym śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam laskę. Kobita była ślepa. Już zdążyłam się poczuć jak ostatni potwór, kiedy zauważyłam, że ona śmieje się razem ze mną. Pomogłam jej wstać, wciąż się śmiejąc, i w sumie rozeszłyśmy się bez słowa (skręcałam 2 m dalej w boczną uliczkę).
Teraz się zastanawiam, czy śmiała się szczerze, czy może to jednak dla pozoru i było jej przeze mnie smutno.
Ostatnio mój znajomy wysłał mi wiadomość na Facebooku „Wyciekły Twoje nagie zdjęcia! Sprawdź” a przy tym dziwny link, do jakiejś strony. Nie kliknęłam go, bo byłam pewna, że to jakiś wirus.
Okazało się, że faktycznie w internecie są moje nagie zdjęcia.
Matka od dziecka na mnie krzyczała, wyładowywała swoją frustrację. Doszło do tego, że jej własny brat powiedział jej, że nie zasługuje na mnie, na to żeby w ogóle mieć dziecko. W późnej podstawówce zaczęły się dodatkowo wyzwiska, a w gimnazjum czy liceum potrafiła dać mi w twarz, jeśli nie spodobało jej się to, co powiedziałam. Kazanie mi "zamknąć mordy i robić co każe" czy nazwanie mnie totalną debilką i to niedorozwiniętą było normą. Jak kiedyś nie chciałam pójść się myć (akurat robiłam zadanie i chciałam je dokończyć, a niestety okazało się trudne i zamiast 7 min zajęło mi 30), to zaciągnęła mnie do łazienki za włosy i zamknęła mówiąc, że nie wypuści, dopóki się nie umyję. Czasem po tych akcjach przychodziła mnie przytulić i mówiła, że nie chce być złą matką, że wcale nie myśli tak jak mówi, ale po 2 tygodniach przerwy wszystko wracało do normy i znowu byłam nazywana idiotką albo dostawałam w twarz.
Już od lat nie umiem powiedzieć takich prostych słów jak "kocham cię, mamo". Po prostu czuję, że to nie byłoby prawdziwe, nie byłoby takie jak powinno.
Dzisiaj dowiedziałam się, że dosyć dobrze zdałam maturę. Przyszła, rzuciła się przede mną na kolana i zaczęła błagać o wybaczenie i mówić, że mnie kocha, że wie, że to ona jest głupia i nienormalna, a nie ja. Mówiła o tym, że zachowywała się tak, bo widziała jak szybko przerastam ją inteligencją i czuła się po prostu głupia. Chciała jako matka być dla mnie wzorem, chciała być mądrzejsza, chciała, żebym nie miała jej za idiotkę. Mówiła, że wszystko co mówiła tak naprawdę było o niej, bo nie potrafiła poradzić sobie z tym, że jej dziecko, mimo że o tyle młodsze, jest bardziej inteligentne. Opowiadała jak jej koleżanki zawsze chwalą mnie w pracy, jaka jestem zdolna, grzeczna i kochana. Taka miła i pomocna, a ona tego nie doceniała. Przez cały ten czas błagała o wybaczenie i wiem, że czekała aż powiem, że ją kocham i wybaczam.
Nie mogłam, nie powiedziałam nic. Nie wiem co mam zrobić, boję się niedługo znowu wszystko wróci do poprzedniego stanu.
Dla osób, które na pewno zapytają gdzie w tym ojciec: za granicą, kiedy rozmawiał z dorosłą kobietą oraz z dziewczynką, a potem nastolatką, oczywiste było, że wierzył swojej żonie, która przecież jest dorosła. Myślał, że wszystkie te awantury to moja wina (nastoletni bunt czy coś).
Chcę podzielić się z Wami sytuacją z mojego życia. Strasznie mnie ona irytuje, więc chętnie poczytam Wasze komentarze co o tym myślicie.
Jesteśmy z narzeczonym ze sobą dość długo, kilka lat. Za 2 lata planujemy wziąć ślub.... i zaczęłam dość mocno zastanawiać się, czy tego faktycznie chcę. Mieszkamy razem, nie mamy dzieci, jesteśmy osobami niezależnymi finansowo, ogólnie dogadujemy się, jest dobrze.
Jestem od trzech miesięcy na półrocznym zwolnieniu lekarskim. I mam dość. Oboje nie zarabiamy źle, aczkolwiek mój narzeczony zarabia więcej. Nie mamy wspólnego budżetu, każdy ma swoje konto, korzysta ze swoich pieniędzy. Wspólnie składamy się na mieszkanie, jedzenie itp. Partner zarabia więcej, to więcej może zaoszczędzić w danym miesiącu i tak też odkłada sobie jakąś część z pensji. Moja pensja pozwala naprawdę na minimalne oszczędności.
Ogólnie partner to typ takiego dusigrosza. Gdy idzie sam na zakupy, kupuje wtedy najtańsze produkty.
Ale do rzeczy...
Odkąd jestem na zwolnieniu zaczęłam dostrzegać, że to ja zajmuję się całym domem. Zaczęło mi to przeszkadzać, że sama przygotowuję obiad, sprzątam po nim, sprzątam całe mieszkanie, robię pranie. Podjęłam się próby porozmawiania na ten temat, nawet kilkukrotnie. Ciągle jest to samo wytłumaczenie - bo jesteś w domu i masz więcej czasu na to, a ja muszę zarabiać. Tylko że sytuacja była identyczna przed pójściem na zwolnienie.
Nie wiem... może gdybyśmy tworzyli wspólny budżet, to miałabym do tego inne podejście? Bo jak chodzi o finanse, to niezależni, a w przypadku mieszkania, to ty masz więcej czasu. Sytuacja ta powoduje, że zniechęca mnie wspólne życie. U mnie w rodzinie nie było takiego podziału, wszystko było wspólne. Rodzice pomagali sobie, również w kwestiach sprzątania. To jest dla mnie nowość, ciężko mi to zaakceptować.
Mój mąż zakochał się w innej. Nie, to nie jest kolejna historia o tym, jak źli są faceci.
Jesteśmy parą od 12 lat, a małżeństwem od 7. Mój mąż jest bardzo uczciwy, czasem aż za bardzo. Kocha mnie, nigdy nawet nie spojrzał na inną kobietę. Miał swoje wady, jak każdy, ale co do jego wierności nigdy nie miałam żadnych wątpliwości. W związku układało nam się raz lepiej, raz gorzej, jak wszędzie. Dużo razem przeszliśmy. Moją depresję po stracie dziecka, próby zapijania smutków alkoholem. Odpychałam go od siebie, ale on nigdy nie przestał o nas walczyć.
Od ponad roku było dobrze, naprawdę dobrze.
Kilka tygodni temu przyszedł do mnie i przyznał mi się, że chyba się zakochał. Poznał ją w pracy kilka miesięcy temu. Byli kilka razy na kawie. Nawet się pocałowali. Płakał, przepraszał, bo myślał, że nigdy nie pokocha kogoś innego, myślał, że jestem tą jedyną.
Znam go bardzo dobrze. Nie byłam zła. Byłam zaskoczona tak samo jak on. Jeżeli pokochał kogoś innego, to musi być to niesamowita osoba. Miał tyle okazji, żeby być z naprawdę ładnymi kobietami, dużo chciało się z nim umówić, ale nigdy nawet nie spojrzał na inną. Co mu miałam odpowiedzieć? Chyba nie ma dobrych słów na taką okazję. Powiedziałam tylko, że nic się nie stało i go przytuliłam. Ja też płakałam. Było mi przykro, ale co miałam zrobić? Kazać mu zostać ze mną, bo jesteśmy małżeństwem, bo tak wypada, nawet jeśli przestał mnie kochać? Było nam razem dobrze, ale nigdy nic na siłę.
Uzgodniliśmy, że nie będziemy spieszyć się z rozwodem. Wyprowadził się i chyba jest z nią szczęśliwy. Wiem, że ma wyrzuty sumienia w stosunku do mnie, ale niepotrzebnie. Kocham go i zawsze będę, zawsze znajdzie we mnie oparcie, ale jeśli pokochał kogoś bardziej, to cieszę się, że powiedział mi o tym. Może jestem dziwna, ale chcę dla niego jak najlepiej. Nie czuję się też jakoś okropnie skrzywdzona. Przez chwilę nawet myślałam, że może ja go po prostu nie kocham, no ale przecież przez te 12 lat nigdy nie szukałam nikogo na boku, było nam razem dobrze w każdym aspekcie. On miał być ojcem moich dzieci, więc to chyba jednak była miłość.
Teraz jestem na studiach, mam narzeczonego i prowadzę spokojne życie. Jednak jak byłam młoda (ok. 15 lat), to byłam głupia. Po zerwaniu z chłopakiem czułam pustkę i wyładowywałam się przez pisanie z różnymi facetami w Internecie. Zaczęło się od mojego znajomego – później swego rodzaju „friend with benefits” – pisanie na popularnym wówczas gg o różnych sprośnych rzeczach. Później z anonimowego konta zaczęłam tak pisać z losowymi facetami. Nie obchodziło mnie, kto jest po drugiej stronie, ważne żeby miał dobrą fantazję i ciekawie się rozmawiało. Nigdy do niczego nie doszło, z żadnym nie chciałam się spotkać ani nic.
Byłam do tego pisania tak przyzwyczajona, że nie zdziwiło mnie, gdy ktoś w podobnym stylu napisał do mnie na Skype. Tym razem na prywatne konto z moim imieniem, nazwiskiem itp. (nie, nie zwróciło to mojej uwagi - tak jak powiedziałam, byłam młoda i głupia). Pisałam z nim jak z każdym innym, ale poprosił o konwersację wideo. Nie wiem czemu, ale się zgodziłam, akurat byłam sama w domu. Nie pokazywałam swojej twarzy, on też nie. Zaczęłam na jego prośbę się rozbierać, wyginać, różne dziwne rzeczy, a on robił sobie w tym czasie dobrze. Nie chciałam go widzieć na kamerce – był obleśnym grubasem, a myśl o tym, co robi, przyprawiała mnie o mdłości. Ale ja robiłam to, o co prosił – oczywiście do pewnego poziomu, na który sama sobie pozwalałam.
Tego dnia zakończyliśmy rozmowę, a ja zdałam sobie sprawę, jaką głupotę zrobiłam i że nie chcę nigdy więcej tego robić. Ale to nie był koniec. Napisał do mnie kilka dni później i chciał powtórki. Kiedy się nie zgodziłam, zaczął mnie szantażować moimi nagimi zdjęciami. Okazało się, że robił screeny podczas rozmowy. Znał z profilu moje dane, a mam dość mało popularne nazwisko, więc odnalezienie mnie i moich znajomych nie byłoby takie trudne. Zgodziłam się na kolejny raz pod warunkiem, że usunie na moich oczach te zdjęcia i więcej nie będzie się do mnie odzywał (wiem, że mógł mieć kopie, ale w tamtej chwili to było najlepsze, co przyszło mi do głowy). Czułam się wtedy strasznie upokorzona i nie sprawiało mi to żadnej przyjemności. Mówił mi co mam robić przed kamerką i stopniowo usuwał zdjęcia, oczywiście najbardziej pikantne zostawiając na koniec, żebym przypadkiem się nie rozmyśliła w trakcie.
Na moje szczęście ten oblech umiał chociaż dotrzymać słowa – zdjęcia nie wypłynęły, a on nigdy więcej nie napisał. Później wpadłam na 100 innych rozwiązań, które nie wymagały robienia tego ponownie, ale było już za późno. Nie zgłosiłam tego nigdzie ani nie powiedziałam nikomu. Musiałabym się wtedy przyznać do tego, co sama robiłam i że najpierw z własnej woli się zgodziłam, a w rodzinie i wśród znajomych miałam opinię grzecznej dziewczynki i nie chciałam tego zburzyć. Wolałam o tym zapomnieć.
W dzieciństwie byłam strasznym niejadkiem. W wieku mniej więcej od 4 do 8 lat miałam problemy z przełykaniem najzwyklejszych posiłków, a większość mnie obrzydzała. Potem mi przeszło. W jednym z wyznań chłopcu zrobili ''przymusową lewatywę''. Moi rodzice mieli trochę inne sposoby:
- Bicie. Za każdy niedojedzony posiłek. A porcje były ogromne. Codziennie były awantury i codziennie dostawałam pasem.
- A jak już dostawałam pasem, to zamykali mnie w pokoju i nie dostawałam jedzenia do końca dnia, żeby docenić to co mam.
- Nie pozwalali mi wstać od stołu, dopóki nie skończę jeść. Czasem litowali się gdzieś koło północy. Czasem siedziałam przy stole do rana.
- Gdy zaczęłam chodzić do szkoły i nie chciałam jeść śniadań, zostawałam w domu dopóki nie zjadłam, w towarzystwie awantur. Potem często jeszcze zapłakana wchodziłam do klasy w połowie zajęć.
Oczywiście pełno było wpychania jedzenia na siłę, wymiotowania i tak dalej. Zastanawiam się, jakim cudem jem teraz normalnie.
Moja mama to perfekcyjny przykład kobiety, która stara się schudnąć, ale nie może, bo geny i choroba. Kiedy spotka kogoś znajomego, rozmawia z kimś z rodziny i zejdzie na temat wagi, to zawsze żali się, że próbowała diet, próbowała ćwiczyć, głodziła się, chodziła na spacery, ale nie może schudnąć czegokolwiek by nie robiła. To przecież genetyka, jej mama też miała 130 kg, a ona ma jeszcze chorą tarczycę.
Tak się składa, że w domu widzę te wszystkie podejścia do chudnięcia. Diety? Dwa, trzy dni, podczas których jadła owoce, jogurty, serki wiejskie, kurczaka na parze, oczywiście w żaden sposób nie licząc kalorii. Spożywała wciąż więcej niż potrzebuje, ale kiedy jej to tłumaczyłam, to mówiła mi, że mam przestać opowiadać bzdury, bo to wszystko jest light i fit. Po dwóch dniach takiej diety, zniechęcona brakiem rezultatu na wadze, znów wracała do swojego jadłospisu. Przykład? Godzina 23, ona ma ochotę na frytki, robi i zjada duży talerz frytek z trzema jajkami sadzonymi.
Około 1 wsuwa dużą paczkę chipsów do filmu. Ćwiczenia i ruch? Powolny spacer z kijkami z sąsiadką. Jakieś 40 minut, podczas których spaliła może 300 kcal, co jest jedną piętnastą częścią tego, co spożywa. Tata robi to samo, ale nie podejmuje żadnych prób ruchu ani diety. Do tego zajada się słodyczami w ilości jedna czekolada + garść cukierków lub kilka kawałków ciasta i popija pepsi.
On w trakcie rozmów żali się na cukrzycę i opowiada jak to jest ona powodem niemożliwości by schudnąć. A ja? Latami buntowałam się przeciw tłustej kuchni, obżarstwu, podwójnym porcjom, latami wychodziłam z nadwagi i wciąż ćwiczę. Rodzicom próbowałam pomóc na różne sposoby. Podsuwać artykuły, drukować jadłospisy, pokazywać filmiki ze skutkami takich zachowań. I nic. Mam im dać spokój i zająć się sobą, bo oni są starzy i chorzy.
Nie cierpię, jak ktoś gruby wymawia się chorobą, bo tylko mała część z tych osób tak naprawdę jest na tyle chora, że faktycznie nie może się za siebie wziąć. Reszta ma zwyczajną wymówkę, ale najgłośniej krzyczy, że to nieprawda. Gdzie anonimowe? Ano tu, że nawet nie można o tym głośno powiedzieć, bo zostanie się zakrzyczanym i zwyzywanym.
O pijaku i demonie :)
W każde wakacje moja mama dorabiała jako wychowawca na kolonii.
Lato, jakieś 20 lat temu.
Ośrodek na zadupiu. Jeden sklep, ze 2 latarnie, kilkaset krów i nic więcej. Trzeba było dzieciakom jakoś czas zorganizować.
Tak wyszło, że wychowawczynie od kierownika ośrodka dostały wielką torbę cukierków dla dzieciaków. Wymyśliły więc zabawę w Króla Lasu.
Późnym wieczorem dwie wychowawczynie przebrały się w prześcieradła, liście i co tam było, a dzieciaki z innymi wychowawcami miały szukać Króla po znakach. Nagroda - cukierki.
Mama i druga wychowawczyni skitrały się pod miejscowym cmentarzem. Były tam dość gęste zarośla i jedna z owych dwóch latarni.
Czas się dłużył. Wyszły więc tak przebrane z krzaków i korzystając ze światła próbowały wyłowić z torby cytrynowe landrynki.
Szedł drogą miejscowy pijak, mąż jednej kucharki z hotelu. Nawalony jak szpadel, zataczał się w stronę domu. Teraz wyobraźcie sobie CO zobaczył przy cmentarzu.
Wytrzeźwiał w jednej chwili i uciekł z wrzaskiem.
Dzień następny, śniadanie. Podchodzi do mojej mamy kucharka z podziękowaniami. Jej mąż wrócił do domu, włosy stały mu dęba na głowie, trzęsąc się opowiedział, że demony po niego przyszły. Przysiągł, że nie tknie już wódki. Kucharka oczywiście się domyśliła prawdy, ale nic nie powiedziała.
5 lat później mama dostała od niej list. Naprawdę przestał pić :D
Jestem 30-letnią mężatką. Już jako nastolatka dowiedziałam się, że najpewniej nigdy nie będę mogła mieć dzieci - wada genetyczna. Kiedyś była to dla mnie tragedia... a dziś - największe szczęście, do którego nikomu się nigdy nie przyznam.
Od pewnego czasu zrozumiałam, że absolutnie nie znoszę dzieci, nie mogę znieść ich obecności i doprowadzają mnie do szału. Nie nadaję się na matkę. Nie wiem, czemu mi się tak odmieniło... ale tak jest. I nikt nie wie, co myślę naprawdę... Oczywiście mąż przed ślubem wiedział co i jak z moim zdrowiem, powiedział, że to akceptuje i nie będziemy się martwić na zapas, może się uda. On chce dzieci, ale godzi się z tym, że nie będziemy ich mieli. Najbliższa rodzina, która wie co i jak, przez grzeczność nie pyta kiedy dzieci, żeby nie robić mi przykrości.
A ja jestem zachwycona, że uniknę posiadania dzieci (mąż nie chce słyszeć o adopcji) i w dodatku wszyscy mi jeszcze współczują, nie wiedząc, co naprawdę myślę...
Dodaj anonimowe wyznanie