Będąc na pielgrzymce, leżałem na odpoczynku w jakimś rowie. Kilka metrów dalej gawędzili jacyś mieszkańcy, ich rozmowa wydała mi się dosyć ciekawa, więc pozwolę sobie ją przytoczyć.
- Pani, my to pielgrzymów nie przyjmujemy.
- Dlaczego tak?
- Przyjęliśmy paru ze dwa lata temu. Przyszli, zjedli, poszli. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że strasznie po ich odejściu zaczęło śmierdzieć. Przez dwa tygodnie szukaliśmy smrodu, niemal dusząc się we własnym mieszkaniu. W końcu znaleźliśmy. Okazało się, że któryś geniusz nasrał pod dywan i przyklepał dla niepoznaki.
Miałam ostatnio wrażenie, że ktoś grzebie mi w rzeczach, myślałam, że rodzice robią mi przeszukanie albo coś w tym stylu, z tego powodu pożyczyłam małą kamerę od przyjaciółki, którą włączyłam i wyszłam z domu. Wielkie było moje zdziwienie, gdy przy przeglądaniu nagrania ujrzałam mojego brata robiącego sobie makijaż, zresztą dosyć nieudolnie, ubierającego się w moją bieliznę i ubrania i do tego masturbującego się w moim łóżku. Chciałabym to odzobaczyć.
Mój tato był bardzo szczęśliwy, jak trafił w dużego lotka szóstkę. Ze szczęścia tak mu odbiło, że postanowił kupić mi i mamie mieszkanie w bloku i kazał się tam nam wyprowadzić i zostawić go w spokoju, bo nie chce więcej mieć z nami nic wspólnego.
Jego szczęście trwało niecałe dwa lata, ojciec rozpieprzył kasę na panienki i imprezki, a teraz jest gołodupcem, który ledwo ciągnie.
Niby smutne, ale wcale mi go nie żal. No i przynajmniej mamy mieszkanie.
Wczoraj wieczorem mój chłopak, z którym jestem chyba w poważnym związku od trzech lat, podczas wspólnego leżenia na kanapie i oglądania filmu złapał mnie za udo i powiedział, zupełnie beznamiętnie: "Albo zniknie ten tłuszcz, albo ja". To nie był żart. Wyszłam.
Od początku naszego związku nie zmieniliśmy nic w naszym wyglądzie. Oboje jesteśmy trochę miękcy, mamy lekką nadwagę, wyniki badań mamy bardzo dobre, noszę rozmiar 40. Czasem wychodzimy razem na niezdrowe jedzenie, zwykle to on zachęca do zamówienia pizzy czy wylegiwania się wspólnie w domu.
Myślałam, że dobrze nam z tym. Mi było do wczoraj.
Boję się komukolwiek powiedzieć, dlaczego jestem smutna i nieobecna. Próbowałam rozmawiać z lustrem w domu, ale im więcej o tym myślę i mówię, tym bardziej czuję się obrzydliwa i ciężka. Nie chcę, żeby inni spojrzeli na mnie w ten sposób, jak zrobił to nagle mój chłopak.
Jestem złem wcielonym...
Sklep, kolejka do kas ogromna, dosłownie jak przed Bożym Narodzeniem. Ale co zrobić, stoję i liczę batony na wystawie, gdy nagle podeszło dwóch panów w wieku 20-25 lat ,takie trochę Seby, tylko z lepszej dzielnicy, wiecie, DG i te sprawy.
Panowie stwierdzili, że oni nie będą stać w kolejce, bo nie mają czasu (a wszyscy inni go mają) i bez ceregieli wypchnęli (dokładnie tak, wypchnęli jak ostatnie chamy) dziewczynę, która stała przede mną. Powiedziałam, że tak nie wolno, ale usłyszałam, że mam zamknąć buzię (tylko bardziej dosadnie). Nikt inny nie zareagował, dosłownie nikt. Dziewczyna, którą wywalili z kolejki miała łzy w oczach i chciała wrócić na swoje miejsce, ale skutecznie jej te działania blokowali, zostawiła zakupy i wybiegła...
Tym razem karma okazała się być nie tyle suką, co mężem owej dziewczyny, który czekał na żonę w aucie. Koleś wpadł tam z żoną i zapytał tylko "kto?", a ona ich wskazała. Tych dwóch cwaniaczków to chyba nawet nie wiedziało co ich trafiło, to co się potem stało to była jakaś magia, dosłownie w kilka sekund ich poskładał, nie tak, że się z nimi szarpał czy coś, ja nawet nie umiem opisać dokładnie jak ty wyglądało...
A dlaczego to niby ja jestem zła? Bo mnie ich widok z obitymi buziami po prostu ucieszył jak prezent dziecko na gwiazdkę. Możecie pisać, że tak się nie załatwia takich spraw, ale co się ucieszyłam, to moje :)
Nie cierpię swojego głosu do tego stopnia, że zdarza mi się w połowie zdania przerwać rozmowę i uciec, ze wstydu.
Jestem osobą bardzo ciepłą, otwartą i kochającą. Wydaje mi się, że to przez to, że miłości brakowało mi gdzieś tam w dzieciństwie. Teraz próbuje dzielić się wszystkim co mam z innymi.
Jestem dawcą krwi, pomagam różnym organizacjom i staram się być dobrym człowiekiem, uczyć się na błędach i ciągle się rozwijać. Przeżyłam swoją pierwszą miłość, nie ma nic tu dużo do opowiadania. Czas był nieodpowiedni i byliśmy za młodzi.
Od tamtego czasu minęło parę lat a ja nigdy nie potrafiłam się znowu zakochać. Próbowałam, ale zawsze tak bardzo się bałam że zostanę zraniona i nigdy po prostu nie wychodziło. Parę miesięcy temu poznałam chłopaka (nazwijmy go Tomek), miałam bardzo wielki dystans i starałam się panować nad uczuciami.
Przeżyliśmy mnóstwo świetnych chwil, wyznał mi miłość i chciał bym była jego pierwszą miłością. A ja po prostu się poddałam, zakochałam się i nie potrafiłam tego dłużej kontrolować. Serce mam wielkie, miłości i ciepła pełno więc wyobraźcie sobie jak starałam się tym dzielić. Któregoś dnia Tomek przestał się odzywać, nie odpisywał, nie odbierał. Postanowiłam wyznać mu jak się czuje, byłam bardzo obiektywna i chciałam tylko zrozumieć dlaczego postanowił mnie zostawić w tak obrzydliwy sposób.
Tomek nie chciał nic wyjaśniać, powiedział tylko że nie przejmuje się innymi ludźmi i w dupie ma moje uczucia, że jest zimny i nic nie potrafi czuć. Wysłał zdjęcie jego nowej dziewczyny. Ironia jak przez tyle lat byłam tak ostrożna w wybieraniu partnerów a ktoś tak po prostu potrafił złamać mi serce.
Nigdy w życiu nie czułam większego bólu niż teraz, nie wiem co ze sobą zrobić. A najgorsze jest to że ja wciąż widzę w Tomku wspaniałego chłopaka, który ma problemy z samym sobą. Tak bardzo chciałabym mu pomóc, ale nie potrafię sama się pozbierać. Próbowałam już wszystkiego.
Oglądałam telewizję w salonie, gdy do pokoju wszedł kot. Powolnym krokiem podszedł do sofy na której siedziałam, następnie wskoczył na stolik i zaczął się na mnie patrzeć.
Po prostu siedział i się patrzył tylko na mnie. Ogon co chwilę zmieniał pozycję, raz machnął nim w prawo, raz w lewo. I ten wzrok...
Znieruchomiałam. Chwyciłam telefon i zrobiłam mu zdjęcie, po czym wstałam i bardzo powoli zaczęłam iść w kierunku drzwi. Tyłem. Cały czas obserwowałam kota, czy aby na pewno za mną nie pójdzie. Serce waliło jak oszalałe, ale starałam się zachować spokój, bo on cały czas mnie obserwował.
Udało mi się dojść do drzwi wyjściowych, chwyciłam jeszcze torebkę i klucze z wieszaka, po czym wyszłam z mieszkania. Będąc na korytarzu, pędem rzuciłam się do windy. Wybiegłam z bloku, nie mogłam złapać tchu, po drodze trąciłam jakieś dziecko.
Biegłam jeszcze kilka metrów, znalazłam się na głównej ulicy. Ciężko dysząc, usiadłam na przystanku.
Ja nie mam w domu kota.
Na zdjęciu, które zrobiłam był sam stolik.
Pewnie macie w swoim otoczeniu tzw. "toksyczne osoby", takie z którymi wolicie się nie zadawać. Otóż ja jestem jedną z tych osób.
Od kiedy zdałam sobie z tego sprawę nawiedzają mnie codziennie moje błędy. Jak to wygląda? Kiedy np. czytam książkę, nagle w mojej głowie pojawia się obraz sytuacji w której źle zareagowałam, powiedziałam coś nieodpowiedniego, swoim zachowaniem sprawiłam, że ktoś mógł się poczuć urażony, mówiłam tylko o sobie lub kłamałam. Nienawidzę siebie za to jaka byłam. Piszę to tutaj tylko dlatego, że nie mam nikogo komu mogłabym o tym powiedzieć, a potrzebuję szczerej rozmowy. Może kiedyś to z siebie wyrzucę i będę mogła zapomnieć o przeszłości oraz moim okropnym charakterze, i będę mogła w końcu znaleźć kogoś bliskiego. Na razie będę walczyć o lepszą siebie.
Jak miałam 15 lat, dla żartu i trochę ruszenia nerwów mamie powiedziałam jej, że jestem w ciąży. Awantura była niemała, ale mama w końcu zrozumiała, że żartuję. Od tego czasu coraz częściej robiłam sobie jaja, ogłaszając mamie tę nowinę (raz spokojnie, innym razem zapłakana... zawsze byłam dobrą aktorką). Po pewnym czasie mama się przyzwyczaiła i zaczęła reagować z uśmiechem pociągając temat "oo, będę babcią" albo "w końcu zrobiłaś coś od początku do końca".
Teraz mam 19 lat i jakiś czas temu po raz kolejny wyznałam mamie, że jestem w ciąży, na co ona zareagowała śmiechem.
Z tym że ja naprawdę jestem w ciąży, a moja mama nie przyjmuje tego do wiadomości. Ciągle powtarza tylko, żebym się uspokoiła, bo ten tekst powtarzany zbyt często już tak nie bawi.
No cóż... może za 6 miesięcy uwierzy.
Dodaj anonimowe wyznanie