Ponad rok pracowałam w magazynie z taką dziewczyną, która za każdym zanim umyła ręce, to ściągała z rąk wszystkie pierścionki, bransoletki, zegarek. Często zdarzało jej się zapomnieć tych rzeczy i zostawiała to w łazience. Nie raz jej to przynosiłam i nie raz sama biegła do kibelka, jak się zorientowała.
Szef akurat zatrudnił ekstra 20 osób przez agencję na kilka tygodni, żeby pomogli się wyrobić z towarem. Mówiłam jej już wiele razy, że jest teraz dużo nowych ludzi i że ktoś obcy nie będzie sprawdzać czyj jest ten zegarek w łazience, tylko weźmie dla siebie, ale ona nie słuchała.
Pewnego dnia po raz kolejny zostawiła zegarek w łazience. Akurat ja byłam po niej, więc wzięłam go żeby jej oddać, ale wpadłam na pomysł, że schowam zegarek, żeby ją wystraszyć, że ktoś go ukradł. Może się nauczy - pomyślałam.
Podchodzę do niej, gadka o dupie Maryny, nagle "zauważam", że ona nie ma zegarka na ręce. Pobiegła do kibla, wraca z paniką w oczach, biega, szuka gdzie on może być. Kilka minut zostawiłam ją w panice i w końcu wyciągam go z kieszeni i śmieję się "może się w końcu nauczysz zabierać swoje rzeczy z łazienki".
Ona nie uznała tego za dowcip/nauczkę. Uznała za to, że jestem złodziejką! Nawet koleżanka, która widziała co robię nie dała rady jej przekonać. Rozpowiedziała wszystkim w pracy, że chciałam ją okraść i od tamtej pory nigdy się już do mnie nie odezwała. A ja miałam kolejną motywację, żeby znaleźć lepszą pracę. :)
Pracowałam w sklepie osiedlowym. Przyszedł burak, ani dzień dobry, ani nic, rzucił na ladę batona i 200 zł. Poinformowałam go, że nie mam wydać nawet ze 100 zl, a co dopiero z 200 (pomijając fakt, że przez falę oszustw miałam zakaz przyjmowania banknotów 200 i 500 zł). Zabrał 200 zł i rzucił 100 zł. Znów przypominam, że nie wydam. Ten oczywiście z mordą, że mam obowiązek mu rozmienić, że jestem bezczelna itd. Stałam cicho niewzruszona, jak zwykle przy burakach. Nagadał się, nagadał i poszedł. Stówy zapomniał i już odruchowo chciałam za nim wybiec, żeby mu ją oddać, ale po zrobieniu kilku kroków jednak schowałam ją do kieszeni. O dziwo nie wrócił, przynajmniej nie ma mojej zmianie.
Randkowałam kiedyś ze studentem medycyny. Podczas jednego ze spotkań stwierdziłam, że pewnie wystraszyłby się mnie bez makijażu. Chłopak z powagą odparł:
- Widziałem zwłoki przejechane przez pociąg, nie może być gorzej.
Na dłuższą metę nam nie wyszło.
Słowem wstępu: mieszkam w piętrowym domku jednorodzinnym, mam półroczną córkę, którą usypiam na parterze i panicznie się boję pająków.
Pewnego razu, gdy uśpiłam córkę, zwyczajowo, jak co dzień, złapałam w zęby uchwyt smoczka (wiecie, ten kawałek plastiku, do którego można przypiąć łańcuszek, żeby nie brać do ust samego smoczka, bo jakieś to dla mnie niefajne; w ręce nie lubię go trzymać, ponieważ utrudnia mi to odłożenie pociechy sprawnie do łóżeczka) i ruszyłam położyć ją do wyrka na górę. Mamy jesień w pełni, więc i pająków pchających się do domu nie brak, a ja muszę przejść koło piwnicy, by iść na górę. Wokół panował półmrok. Krótko mówiąc: nadepnęłam bosą stopą na kątnika. Nie chcąc obudzić córki, a jednocześnie chcąc dać upust swoim emocjom, przez łzy zacisnęłam zęby... i złamałam sobie górną dwójkę przez ten cholerny smoczek.
Tylko mąż zna prawdziwą wersję wydarzeń, a ja czekam na wizytę u dentysty, starając się nie pokazywać za bardzo zębów przy rozmowie z innymi.
Wnioski? Smoczki faktycznie szkodzą na zęby. Córka rozpoczyna przymusowy odwyk :D
Moja córka ma 3 lata. Już krótko po drugich urodzinach bała się jednego kąta w domu bo twierdziła, że tam jest "woch". Mówiła, że się do niej śmieje, a kuku robi. Czasem biegła i kazała mu przestać patrzeć. Łapałam ją wtedy na rękę i wyganiałyśmy tego wocha razem. Minęło.
Ostatnio obudziła się w nocy, popatrzyła na pokój i zaczęła płakać oraz mówić, że nie chce tu spać tylko w innym pokoju, bo się boi. Pytamy o co chodzi, to usłyszeliśmy, że w pokoju ludzie latają pod sufitem. Mimo, że obydwoje nie wierzymy w duchy, to nagle wszystkie głupawe horrory stały się w mojej wyobraźni dokumentalnymi... Ciekawe co przyniosą kolejne noce :)
Lata temu, na dwa dni przed moim ślubem fryzjerka, do której chodzę od lat, odmówiła mi wizyty z powodu grypy żołądkowej. Zaczęłam w pospiechu szukać innego fryzjera. No i znalazłam najbardziej prestiżowy salon w moim mieście. Mieli wolne miejsce.
Jak się potem okazało, włosy robiła mi praktykantka. Głowa od rozjaśniacza zaczęła mnie palić, ale zapewniano mnie, że to normalne. Nie było... Żal, rozpacz, wkurzenie. Fryzjerka sama nie wiedziała, co ma robić. Za późno było na doczepy czy inne tego typu rzeczy. Musiałam pójść w takich włosach, tragedia.
Mimo upięcia było widać, że włosy mam bardzo przerzedzone, a nawet mam całe łyse placki. Najlepsze, że jedna z cioć mojego męża, gdy składała nam życzenia powiedziała, że podziwia mojego męża, że mimo mojej choroby trwa przy mnie i wziął ze mną ślub :D
Jeden z lokalnych pijaczków, których zdarzało mi się zatrudniać przy różnych pracach na działce "za wino", przysnął na trawniku przed moim domem. Machnąłem ręką, a wracając ze sklepu, kupiłem flaszkę, którą postawiłem obok śpiącej królewny. Okazało się, że tanim winem poczęstowałem trupa.
Organizowałam razem z obecnym mężem nasz ślub i wesele.
Wesele bez dzieci do lat piętnastu - ponieważ na weselu był alkohol, to ustaliliśmy taką zasadę.
A tak naprawdę siostra męża jest okropną kobietą, nie chcieliśmy jej zapraszać, ale wiadomo teściowie, rodzina.
A w takiej sytuacji nie miała z kim zostawić dzieci (trójka w wieku przedszkolnym, rozwydrzone i niegrzeczne, dlatego nikt się nie zgodził na opiekę).
A my mieliśmy cudowne święto naszego ślubu.
Jak byłam dzieckiem, oddawałam się pewnemu dziwnemu hobby.
Brałam od mamy motki włóczki i przewijałam je w nowe motki. Dziennie przewijałam około 5-10 motków, czasami były to te same, które przewinęłam wcześniej. Trwało to przez wiele lat i właściwie nikt nie zwracał na to uwagi, ot kolejna dziwna zabawa dziecka.
Zamiast uczyć się na sprawdziany, ja siedziałam i przewijałam tą przeklętą włóczkę. Nikt mi nie kazał, po prostu robiłam to z własnej, nieprzymuszonej woli.
Dziś tak myślę, że to musiała być moja reakcja na stres i to że miałam bardzo zimne wychowanie oraz doświadczałam przemocy ze strony rodziców i dziadków. Był to chyba sposób na wyciszenie się i odreagowanie, czy też to, że przynajmniej nad tą włóczką mogłam mieć kontrolę i zwijać ją tak jak chciałam.
W każdym razie tak mi się przypomniało, bo właśnie dziergam na szydełku i rozwijałam dość spory motek, po czym stwierdziłam, że mnie to jakoś uspokaja, przez co dawno już zapomniane, zagrzebane w czeluściach pamięci wspomnienie powróciło.
Od lat choruję na nerwicę.
Chodziłam po różnych lekarzach, próbowałam różnych leków i jak do tej pory znalazłam jedną rzecz, która jest w stanie mnie uspokoić.
Smoczek dla niemowląt.
Sam kształt i materiał już sprawiają, że czuję się lepiej.
Tak, że jako dorosła kobieta od lat zasypiam ze smoczkiem :)
Dodaj anonimowe wyznanie