#slGMB

Było to w 1 klasie liceum, gdzieś pod koniec roku, pamiętam jak dziś, że to był piątek. Wiosna, ciepło, więc do szkoły poszłam w sukience, po lekcjach miałam tylko kilka minut by zdążyć na autobus, więc szybko założyłam plecak i pobiegłam na przystanek. Niestety pod plecak zawinęła mi się sukienka i przez pół szkoły szłam z "gołą dupą".

I to nie tak, że było mi widać kawałek tyłka, nie, nie... cała dupa na wierzchu... Przebiegłam tak przez szkołę, parking, a na pasach, gdzie nikt nigdy się nie zatrzymywał, nagle wszyscy mnie przepuszczali. Koleżanki próbowały pokazać mi co się dzieje, ale były trochę za daleko i myślałam, że mi machają, więc odmachałam I pobiegłam dalej.

Skapłam się dopiero w busie, jak wszyscy zaczęli się za mną oglądać.. Oczywiście cały weekend przepłakałam próbując namówić mamę na zmianę szkoły, na szczęście mi na to nie pozwoliła, stwierdzając, że jak nie miałam dziurawych majtek, to nie jest tak źle.

#RvC1z

W zimie, na grupie osiedla, sąsiadka-aktywistka zbierała dary dla "potrzebującej rodziny". Rodzina ogólnie zadłużona (między innymi 300 PLN za prąd), materialnie też bieda, rodzice chorzy, dzieci chore, dom się sypie, pleśń i grzyb. Pojawiła się prośba, aby przekazać im jakieś rzeczy - ale z zastrzeżeniem, że rzeczy tylko nowe, ale: ubrania nie, bo mają lub można w gust nie trafić, jedzenie nie, bo może im nie smakować, zabawek nie - bo też mają, książki nie, nie, nie - które dziecko ucieszy się z książek na prezent? Najchętniej to PlayStation (tylko z grami dla chłopców!), może zrzutka na jakiś laptop? Wiadomo, potrzebne są przede wszystkim pieniądze, wtedy kupią sobie to, co chcą.

Zdziwiły mnie te wymagania, ale pomyślałam - okej, rodzina zweryfikowana przez sąsiadkę, to może faktycznie potrzebują... Co roku staram się przed świętami pomóc jakiejś biednej rodzinie, więc zaproponowałam, że zapłacę ten nieszczęsny rachunek za prąd. Pani potrzebująca przesłała mi fakturę (a raczej przyszłą prognozę) do opłacenia na 500 zł, a na fakturze długopisem dopisane "300" - stwierdziłam, że zadzwonię do operatora prądu i zapytam jakie jest faktyczne zadłużenie na tym rachunku - od początku coś mi nie grało. Przedstawiłam sytuację, pan na infolinii oczywiście "nie mógł podać stanu zadłużenia", ale zasugerował, że gdy na koncie abonenta wystąpi nadpłata, wtedy abonent może zawnioskować o przesłanie tejże nadpłaty na wskazany numer konta, więc sugeruje, aby "nie nadpłacać bardziej rachunku, o którym mówimy". Po chwili dostałam wiadomość od pani potrzebującej, że skoro stać mnie aby zapłacić te 300 złotych za prąd, to mogę zapłacić też 150 za wywóz śmieci oraz 200 zł za wodę... Nie powiem, to mnie uruchomiło.

Wieczorem dostałam wiadomość od partnera/konkubenta pani potrzebującej, abym w końcu zapłaciła ten rachunek za prąd, i to jak najszybciej, bo dostali kolejne wezwanie do zapłaty - poprosiłam o przesłanie tego wezwania - no i przesłali, ale wyzwiska, za to, że ich oszukałam i nie mam zamiaru zapłacić za prąd, wodę i śmieci, a przecież obiecałam... Napisałam do sąsiadki, czy aby na pewno ta rodzina jest "potrzebująca" - powiedziała, że w sumie to nie wie, bo znalazła post na jakiejś grupie i pomyślała, że prześle go dalej... Sama oczywiście nie miała zamiaru pomóc w inny sposób niż re-post na grupę osiedlową, plus - jak się później okazało - "zebranych darów" od sąsiadów nigdy nie dostarczyła do tej rodziny, o ile w ogóle miała taki zamiar.

#QIk81

Dwa razy w tygodniu chodzę na siłownię, po ćwiczeniach biorę tam prysznic. Około pół roku temu standardowo po zajęciach poszłam się umyć, jako że prawie wszystkie kabiny były zajęte, weszłam do jedynej wolnej, jak się później okazało z uszkodzonym zamkiem.

Po skończonym prysznicu zaczęłam się wycierać, aby wytrzeć stopę oparłam się o drzwi kabiny, co nie było dobrym pomysłem, gdyż uszkodzony zamek nie wytrzymał mojego ciężaru, w wyniku czego nagusieńka wylądowałam z impetem na zewnątrz prysznica.

Zdarzenie to widziało co najmniej pięć osób, a mi wstyd do dziś.

#6kCnb

Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Czasem nawet to nie jest prawdą.

Moja matka od zawsze była osobą despotyczną. Musiało być tak, jak sobie wymarzyła, nie uznawała żadnego sprzeciwu. Z ojcem dobrała się idealnie, bo ten z kolei chciał przede wszystkim świętego spokoju. Chociaż zarabiał kilkukrotnie więcej, to ona zarządzała finansami domowymi. Możecie więc sobie wyobrazić, jak trudne było dla mnie dorastanie, gdy chce się mieć choć tę odrobinę wolności. Mi to najczęściej nie było dane, więc wyprowadziłam się tak szybko, jak to było możliwe.

Cofnijmy się w czasie o rok. Chłopak mi się oświadcza, ja cała w skowronkach przyjmuję oświadczyny. Datę ślubu ustalamy na połowę sierpnia, szybko rezerwujemy kościół i salę weselną, powiadamiamy rodziny. Wszystko pięknie, ładnie, każdy się cieszy i życzy szczęścia.

Luty tego roku. Matka dzwoni i mówi, że sorry, nie będziemy z ojcem na twoim ślubie, bo znalazłam taki fajny wyjazd do Włoch właśnie w tym terminie, sama rozumiesz. Nie, nie rozumiałam. Zrobiłam jej największą awanturę w życiu, wypomniałam jej wszystko, czym się nie przejęła - uważa, że dobrze robi i prawdopodobnie z takim przeświadczeniem umrze. Byłam jednocześnie wściekła i przeraźliwie smutna. Jestem ich jedynym dzieckiem, tak potraktowanym w jeden z najważniejszych dni życia. Przepłakałam kilka dni.

Faktycznie na ślubie się nie pojawili. Brak ich błogosławieństwa, pusta ławka w kościele, ojciec nie wzniósł toastu. Ludzie się pytali, dlaczego ich nie ma - mówiłam prawdę, nie jestem ich niańką. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że zaczynam nowy etap życia z ukochaną osobą u boku, z drugiej poziom zażenowania postępowaniem "rodziców" był bardzo wysoki.

Wrócili tydzień po ślubie. Matka zaprosiła nas na obiad, wciąż sądząc, że nic się nie stało. Mąż zaproponował, że pójdzie sam, powie, co sądzimy o tym zachowaniu i wyjdzie - w moim przypadku istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że się rozpłaczę, czego chciałam uniknąć. Tak zrobił, matka tylko go ochrzaniła, że tyle jedzenia przygotowała, ojciec poprosił go na stronę i przeprosił za zachowanie żony. Mąż powiedział mu, że teraz już za późno, nie wspierał swojej córki, gdy to było najbardziej potrzebne, niemal nie uczestniczył w jej życiu, i nawet nie jest pewien, czy powinien się mianować ojcem.

Kontaktów z nimi zupełnie nie utrzymujemy. Czasem widuję mojego "ojca", gdy idę na cmentarz (regularnie kładę kwiaty i znicz na grobie babci, a jego matki), ale nigdy nie podchodzę. Dla mnie nie są już rodziną.

#q7Kk2

Nigdy nie lubiłam babci od strony taty, pamietam z dość wczesnego dzieciństwa wiele nieprzyjemnych sytuacji z nią związanych.

(1) Kiedy moja mama (X) dość poważnie (ale nie śmiertelnie) zachorowała, ta przyszła do naszego domu pod pretekstem przyniesienia rosołu na zdrówko, rozsiadła się z mężem w salonie i oznajmiła moim rodzicom, że kiedy w końcu X umrze, ona chętnie adoptuje moją siostrą, a mnie niech weźmie jej syn.

(2) Mimo świadomości o alergii na koty mojej całej rodziny (w tym mojej bardzo ostrej), postanowiła sobie jednego przygarnąć. Mimo to moi rodzice dalej starali się utrzymywać dobre relacje, bo to rodzina, bo dzieciom nie wolno odbierać dziadków. Kiedy już do nich przyjeżdżaliśmy w odwiedziny, siedzieliśmy w ogrodzie. Pech chciał, że któregoś razu nasze odwiedziny zazębiły się z wizytą koleżanek z pracy. Dumna babcia chciała koniecznie przedstawić swoje wnuczki, więc kiedy jej odmówiłyśmy uzasadniając alergią, ta wzięła mnie pod pachę (byłam młodsza, więc lżejsza) i zaniosła na środek salonu, gdzie czekały koleżaneczki. Chyba nie muszę tłumaczyć jak wygląda reakcja alergiczna na wrażliwym 5-letnim dziecku.

Po tej i wielu innych sytuacjach rodzice uznali, że mają dość, przestali odwiedzać i zapraszać, krótko mówiąc postanowili zerwać kontakt. Jednak któregoś razu babcia (wraz z dziadkiem) zjawiła się niespodziewanie, żeby złożyć życzenia synkowi. Minęło trochę czasu, rodzice wspólnie przeprowadzili z nimi rozmowę, obiecali poprawę, cała sprawa rozeszła się po kościach, ale ja jako mściwe dziecko miałam całkiem inny plan. Widziałam jak się chwali swoimi nowymi drogimi butami, jak próbuje dogryźć mojej mamie, która akurat miała problemy w pracy. Dlatego właśnie postanowiłam wcielić w życie swój niecny plan.

Po cichu zabrałam z korytarza piękniutkie buty mojej babci i po prostu je zniszczyłam. Jednak chcąc uniknąć konsekwencji na całej powierzchni, gdzie było widać zniszczenia, cyrklem i swoimi własnymi jeszcze mlecznymi zębami imitowałam pogryzienie przez psa. Na koniec jeden but postawiłam gdzieś przy drzwiach, drugi włożyłam szybko do kojca.
Ułożyłam się do łóżka, udawałam, że śpię i czekałam.

Moja satysfakcja, kiedy usłyszałam złość w głosie babci, jak klęła wniebogłosy, była nieopisana. Od tej sytuacji minęło 15 lat, a ja drugi raz zrobiłabym dokładnie to samo. Szkoda mi tylko w tym wszystkim psa, który się nasłuchał, jak wredne stare babsko na niego klęło.

#f8kBP

Gdy byłem dzieciakiem, w telewizji emitowany był popularny serial "Zagubieni", którego byłem wówczas wielkim fanem. W którymś sezonie, bodajże drugim, pojawiła się postać mieszkająca w bunkrze, która co jakiś czas musiała wpisywać na komputerze kombinacje cyfr, pamiętam do dzisiaj, (4, 8, 15, 16, 23, 42). Z tego co pamiętam chodziło chyba o to, żeby wyspa nie wybuchła czy coś :D.

Tak bardzo spodobał mi się ten motyw, że pobrałem na komputer program imitujący ów wątek serialu. Gdy nie zdążyłem wpisać liczb, to komputer się wyłączał. Bylem tym zafascynowany do tego stopnia, że w mojej głowie za każdym razem, gdy robiłem tę czynność, wyobrażałem sobie, że ratuję całą ludzkość. Co najlepsze, potrafiłem spędzać na tym całe dnie. Anonimowe jest to, że nikt nigdy się nie dowiedział o moim bohaterstwie.

Tak że tego, nie dziękujcie.

#PN6pn

Jako dziecko miałam nadwagę, przez co byłam wyśmiewana w szkole. Dorośli z najbliższego otoczenia cały czas powtarzali mi pewne magiczne słowa o treści "Nie jedz, to schudniesz". Głupiutkie dziecko wzięło to bardzo dosłownie i w wakacje przestało jeść. W ciągu dnia jadłam jedno malutkie jabłko, takie niedojrzałe, prosto z drzewa, oraz miniaturowy kawałeczek chleba, gdzieś tak 3x3 cm. A i tak miałam wyrzuty sumienia, bo nawet jak jadłam tak małe ilości, mama albo tata przyczepiali się do mnie o to i mówili "Jesteś taka gruba, nie jedz!".
Byłam coraz słabsza, ledwie trzymałam się na nogach, miałam mroczki przed oczami, ale nadal usiłowałam nie jeść. I byłam zła, że mój organizm tak reaguje, bo myślałam, że inni potrafią nie jeść miesiącami i nic im nie jest, tylko ja taka beznadziejna i słaba i bez jedzenia nie mogę żyć. 

Za przykład miałam stawianą ciotkę, która regularnie przyjeżdżała do nas na kilka dni i przez ten czas jadła tyle co nic albo zupełnie nic. Matka zamiast ją potępić za to, mówiła do mnie, że powinnam z niej brać przykład! Że ona nic nie je i dlatego jest taka ładna i zgrabna.

To było 25 lat temu, to nie były czasy internetu, gdzie porady na temat odchudzania można było znaleźć wszędzie. Miałam w głowie tylko to, co mówili mi dorośli i może to co wyczytałam w gazetach, jakieś herbatki na odchudzanie od doktora xxx, czy jakieś programy telewizyjne z ćwiczeniami lub też metamorfozy sylwetek, gdzie nawet nie było dokładnie opisane jaką dietę zastosowała dana osoba, tylko coś typu "Mniej jadłam i ćwiczyłam" okraszone zdjęciami "przed" i "po".. Wycinałam te artykuły z gazetek i zbierałam do segregatora, tak jak zbierało się wtedy te kolorowe karteczki na wymianę. Oczywiście moje całe kieszonkowe szło na te śmieszne herbatki i inne specyfiki, rodzice jeszcze to popierali!

Piłam środki przeczyszczające, nie jedząc prawie nic.
Efekt był taki, że doprowadziłam się do dużej niedowagi, anemii, braku okresu i rozwaliłam sobie układ pokarmowy. Do tego stopnia, że potem już bez herbatek nie przyjmował pokarmu, wszystko lądowało w kibelku, a ja chodziłam z ciągłymi mdłościami i zwijałam się z bólu, jednak nic nikomu nie mówiłam, bo nie chciałam okazać słabości. Przecież miałam nie jeść! Jak ciotka, jak te panie z gazetek, jak sąsiadka, która chwaliła się do mamy, że je tylko jabłka, pije cytrynę i chudnie.

Zaczęło się w wakacje i trwało przez cały rok szkolny, zawaliłam naukę, bo chudnięcie było dla mnie ważniejsze.

W końcu wylądowałam w szpitalu z takimi bólami, że nie mogłam funkcjonować. Okazało się, że mam wrzody żołądka i dwunastnicy i jeszcze trochę, a doprowadzę do ich pęknięcia. Spędziłam w szpitalu dużo czasu, żeby doprowadzić się do porządku. Moi rodzice nie mieli sobie nic do zarzucenia, uważali, że to nie ich wina, tylko moja.

#9dWTH

Nasze dziecko urodziło się głuche.
Rodzina męża nauczyła się języka migowego, żeby rozmawiać z naszym synem. Dosłownie każdy potrafi z nim rozmawiać (teściowie znają płynnie język, tak jak i szwagier, jego żona, dziadkowie męża, i nawet wujek się trochę nauczył).

Moja rodzina twierdzi, że są już za starzy żeby się tego nauczyć i po prostu gadają do niego (o szkole, pogodzie itp.) i są oburzeni, że nic nie rozumie.
Moi rodzice są tylko o 3 lata starsi od moich teściów.
Siostra znowu uważa, że ja jej przekażę wszystko, co on mówi.

Jest mi strasznie przykro.
Próbowałam ich nauczyć prostych słów "witaj", "kocham cię", "co u ciebie?", "jak w szkole?" itp., to są oporni.

My syna traktujemy normalnie. Ma 7 lat i nie ma żadnych przywilejów, nie dajemy mu fast foodów, nie pozwalamy grać w gry, a wystarczy że pojedzie do moich rodziców, to tam słyszę "Daj mu to ciastko. Jest głuchy, to niech ma coś od życia".
Boli to cholernie.
Syn coraz mniej chce jeździć do nich, ja w sumie też.
Dodaj anonimowe wyznanie