#poYgb

Nienawidzę mojej babci. Wychowywała mnie, bo rodzice dużo pracowali. Jest i zawsze była osobą toksyczną, manipulantką. Przeróżne problemy psychiczne, z którymi borykam się do dzisiaj, mimo terapii i ogromnej pracy nad sobą, którą wykonałam, to w dużej mierze efekt jej "wychowywania". Nienawidzę jej do tego stopnia, że gdy nie mogę długo zasnąć, albo nagle się przebudzę w nocy, to żeby się zrelaksować i wyciszyć, zaczynam sobie wyobrażać, że babcia w końcu umarła, a ja sprzątam po niej mieszkanie. Spokojnie oddzielam rzeczy, które oddam za darmo od tych na sprzedaż. Buty, bluzki, meble. Układam opisy do ogłoszeń, zastanawiam się nad cenami. Czerwone czółenka, cztery krzesła, kanapa z ekoskóry - jeden z dwóch foteli od kompletu na zachętę dorzucę gratis. Rozluźniam się, czuję zadowolenie. Firany, obrusy, wszystkie kwiaty, których nie cierpię, teraz okna i parapety są już puste, szafy też, zasypiam.

Nie jestem rozchwianą emocjonalnie nastolatką. Mam czterdzieści lat, stabilne życie, dwoje dzieci.

Dla osób, które mogłyby podejrzewać, że babcia na starość z paskudnej, toksycznej manipulantki zmieniła się w miłą staruszkę, podam tylko jeden z dziesiątków przykładów jej zachowań. Otóż babcia akceptuje tylko jedno z moich dzieci. Drugie uznała za niepotrzebne (to jej słowa), ani razu nie zapytała o przebieg ciąży, o poród, nie powiedziała rodzinie ani znajomym, że ma kolejnego wnuka, a obecnie traktuje go jak powietrze. Wyobraźcie sobie, jak trudno to wszystko wytłumaczyć dwóm kilkulatkom, z których obaj chcieliby mieć babcię. Kozaki z futerkiem, talerze, komplet garnków, lampa...

#sAzjc

Był rok 2000, na święta dostałam od rodziców cudowne sanki - nie takie zwykłe, tylko zaprojektowane i pięknie pomalowane przez mojego Tatę, z dobrym siedziskiem i materiałową podpórką pod plecy. W mojej rodzinie wtedy się nie przelewało, za to zawsze dostawałam od rodziców takie właśnie cudowne, własnoręcznie robione prezenty.

Jako dosyć samodzielna 7-latka, w czasie ferii codziennie sama szłam te kilka ulic do domu kultury na półkolonie, ciągnąć za sobą moje ukochane sanki, które bardzo się podobały wszystkim dzieciakom.

Na moje nieszczęście, sanki upatrzyli sobie także dwaj nastoletni bracia z bloku obok.

Pewnego dnia, wracając po południu z domu kultury i będąc już niemalże pod moim blokiem, poczułam, jak ktoś obejmuje moją szyję swoim ramieniem, a drugą ręką wpycha mi brudny śnieg do buzi. Potem zostałam rzucona na ziemię, kopnięta w brzuch przez drugiego chłopaka i zostawiona w takim stanie. Jakoś udało mi się, mimo potoku łez, dotrzeć do mieszkania, już bez moich sanek, które zostały mi zabrane.

Rodzice byli już w domu i kiedy zobaczyli mnie zapłakaną i dowiedzieli się, co mi się stało, wpadli w złość, szczególnie mój Tato - jest on na co dzień bardzo spokojnym człowiekiem, ale tamtego dnia wyglądał, jakby dostał ataku furii. Jako że nie miałam problemu ze zidentyfikowaniem geniuszy zła, którzy mnie tak potraktowali, Tato szybko udał się do ich mieszkania.

O tym, co się tam wydarzyło, dowiedziałam się dopiero po latach: owi chłopacy byli synami dosyć znanego w okolicy lekarza. Kiedy mój wściekły Tata zaczął mu opowiadać, co jego synowie mi zrobili (a dowód, w postaci sanek, został szybko zlokalizowany w ich piwnicy), pan doktor wpadł w taki szał, że grubym paskiem natłukł tym dwóm nastolatkom na tyłek. Mój Tata nawet próbował go powstrzymać, bo u nas w domu nigdy nie stosowało się kar cielesnych, ale pan doktor nie miał problemu z przełożeniem dwóch chłopaków w wieku gimnazjalnym przez kolano. To nie był koniec kary - po kilku dnia doktor zadzwonił do moich rodziców referując, że synowie zostali wysłani na wolontariat do hospicjum.

Z mojej ówczesnej perspektywy całe zajście nie skończyło się dla mnie, o dziwo, żadną traumą. Rodzice zadziałali bardzo szybko i wysłali mnie na lekcje taekwondo, które stało się moją pasją i pozwoliło mi pokonać strach. Sanki oczywiście też odzyskałam.

Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że wczoraj odwiedzając moja bardzo chorą ciocię w hospicjum natknęliśmy się na jednego z moich ówczesnych oprawców - jest obecnie pielęgniarzem. Nie, nie rozmawiałam z nim, ale cieszę się, że ta kara, którą nałożył na niego wtedy jego ojciec, zaowocowała tym, że dzisiaj wykonuje tak ciężką, ale potrzebną, pracę. Cieszę się, że "wyszedł na ludzi".
A wszystko przez to, że kiedyś postanowił ukraść moje sanki...

#3iwEU

Nienawidzę rodziców swojego zięcia. Nienawidzę tak bardzo, że z trudnością powstrzymuję się, by nie wygarnąć im, jakimi skur.....byli dla niego.

Gdy miał 9 lat, matka zostawiła ojca zabierając córkę, a jego zostawiając na pastwę debila, który lał go tak, że w szkole nie ćwiczył na wf-ie, by nie było widać siniaków od pasa. Dziecko harowało w gospodarstwie, a ojciec latał na baby.
Dzisiaj z córką i zięciem mieszkamy w jednym domu.Teraz, gdy mieszka w komfortowych warunkach, rodzice sobie o nim przypomnieli. Ciągle czegoś potrzebują - matka kasy, a ojciec pomocy w gospodarstwie, bo jest już stary.

Ich córka wyjechała za granicę i ma ich w dupie, z bratem ma sporadyczny kontakt. Gdy była w Polsce, odwiedziła nas i potwierdziła wszystko. Zięć kiedyś załamał się od ich ciągłych roszczeń i opowiedział o koszmarze, w jakim żył przez lata. Nie mogę patrzeć na tych ludzi, a potrafią nieproszeni zjawić się z wizytą lub przyjść na święta. Zięć chyba cierpi na syndrom sztokholmski, nie potrafi odciąć się od nich. A ja odkryłam, że jestem mściwą osobą, życzę im jak najgorzej za jego krzywdy.

Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam i czy przy kolejnej wizycie nie wybuchnę.

#oLEfg

Chciałabym opowiedzieć wam bardzo nieprzyjemną historię, o której wiem tylko ja i opiekunka z kolonii.
Było to dość dawno. Miałam jakieś 11-12 lat. Rodzice wysłali mnie na kolonie gdzieś nad jeziora. W przedostatni dzień kolonii mieliśmy wycieczkę do jakiegoś parku wodnego. Podróż miała trwać 3 godziny, bo park był daleko, a ja od samego rana jakoś źle się czułam. Brzuch mnie bolał i było mi niedobrze, ale nie mogłam zostać sama w ośrodku, więc musiałam ruszać w drogę.

Jakoś po półgodzinie jazdy poczułam, że muszę koniecznie do toalety. Postój miał być za 40 min, więc uznałam, że wytrzymam, no i wtedy zaczął się mój koszmar.
Już czułam, że zaraz popuszczę. Wiedziałam, że będzie to niezdrowa kupka, ale musiałam wytrzymać. Męczyłam się tak z 10 min i w chwili, w której uznałam, że już nie dam rady, postanowiłam poprosić koleżankę z siedzenia obok, żeby poprosiła opiekunkę o postój. Koleżanka poszła i wraca z opiekunką po paru minutach (które były niewyobrażalnie długie dla mnie). Pani opiekunka stwierdziła, że nie mogą się zatrzymać, bo niedługo będzie postój, a tak poza tym to nie da rady się tu zatrzymać.
Tak więc biedna ja, nieśmiała dziewczynka, siedziałam z zaciśniętym na maksa zwieraczem, który niestety jakieś 10 min przed postojem już nie wytrzymał.

W autobusie śmierdziało tragicznie. Osoby z chorobą lokomocyjną zaczęły wymiotować. Ja siedziałam jeszcze te 10 min na mokrym od sraczki siedzeniu, w przemoczonych majtkach i spodenkach.
Niezbyt chciałam się z tym do kogoś zwrócić, bo to straszny wstyd, ale powiedziałam opiekunce i poszłyśmy do łazienki, ja umyłam trochę spodenki, majtki wyrzuciłam i dostałam od opiekunki bluzę, którą kazała mi przewiązać wokół pasa, żeby zakryć plamę.
Koleżankom powiedziałam, że dostałam niespodziewanie okresu.

Zostawiło to na mnie takie piętno, że teraz zawsze noszę przy sobie tabletki na biegunkę, a jak czuję rano jakiś ból brzucha, to biorę profilaktycznie.
Straszne przeżycie. Nie polecam.

#BKEAg

Po rozstaniu w dotychczasowym partnerem (byliśmy ze sobą 4 lata), stwierdziłam, że nie zaszkodzi mi pochodzić trochę na randki. I jak to bywa, założyłam konto na portalu randkowym. Pisałam z kilkoma facetami, którzy po dłuższej czy krótszej konwersacji okazywali się co najmniej zaburzeni. Ale był ten jeden - jak główna wygrana w "lotka"!

Oczytany, inteligentny, z poczuciem humoru, dystansem do siebie. Dwa lata starszy (lat 31), rozwodnik, bezdzietny, PR-owiec. Rozmawialiśmy o wszystkim - literatura, film, muzyka, historia, psychologia, polityka, ekonomia. Wreszcie nieśmiało poprosiłam o zdjęcie... może z lekką nadwagą, ale wciąż przystojniak. Myślałam - co za fart! Tak trafić!

Nie spieszyliśmy się z pierwszym spotkaniem, chcieliśmy się lepiej poznać, ale wreszcie nadszedł ten wymarzony dzień.
Czekałam w wyznaczonym miejscu, o wyznaczonym czasie...10 minut, 20 minut. Wreszcie usiadłam z książką (on mi ją polecił) i zatopiłam się w niej. Po kolejnych 15 minutach przysiadł się do mnie starszy pan (na oko 60+). Trochę się wkurzyłam, myślę - przyjdzie mój Romeo, zobaczy mnie z takim dziadygą i stwierdzi, że przyszłam z tatusiem na randkę...
No nic to, usiłuję grzecznie, acz stanowczo dać do zrozumienia, że nie mam ochoty na geriatryczne pogawędki - bez skutku.
Facet zaczął coś ględzić, nie słuchałam go uważnie... aż w pewnym momencie usłyszałam, że zwraca się do mnie po imieniu i w dodatku usiłuje mnie złapać za kolano!
Mój mózg wystartował jak ferrari w wyścigu łączenia faktów.
Niemożliwe! Mój przystojny Romeo to ten dziadek?! Kiedy, do cholery, zdążył się tak zestarzeć? Aż tak długo na niego nie czekałam!
Zerwałam się na równe nogi i chyba wyczytał bezgłośne pytanie w moim spojrzeniu.

Tak, to był on... tyle że nie miał 31 lat, tylko drugie tyle, zdjęcia były zdjęciami jego syna, a on dostał od syna tablet i jak to określił "sprawdzał jego możliwości umawiając się na randki przez internet".

Nie mogłam się powstrzymać - dostał z liścia w tę pomarszczoną gębę!
Najkrótsza i najbardziej obleśna randka w moim życiu.
Chyba wolę zostać starą panną z tuzinem kotów!

#Dq8LF

Wczoraj wieczorem przed moim domem jakiś debil rozbijał się samochodem. Wjeżdżał na trawnik, driftował z piskiem opon, a na koniec zniszczył żywopłot sąsiada i zarysował stojące na poboczu auto. Z wozu wydobywała się głośna muzyka i wrzaski pasażerów, więc wywnioskowałem, że pewnie i kierowca musi być solidnie pijany, a to lada moment mogło przecież skończyć się jakąś tragedią. Zadzwoniłem na policję i zgłosiłem sprawę. Stróże prawa jednak nie przyjechali, a parę minut później samochód z imprezowym towarzystwem zniknął z naszego osiedla.

Godzinę potem moja żona wysłała mnie z misją zrobienia zakupów w pobliskim sklepie nocnym. Kiedy tam jechałem zatrzymał mnie patrol policji i wlepił mandat za… przekroczenie prędkości o 10 km/h na praktycznie pustej, trójpasmowej drodze.

#XHUld

Moj 22 letni brat twierdzi, że tabletki antykoncepcyjne zabijają płody. Na nic moje tłumaczenia, że tabletka działa w zasadzie tak, że nie doprowadza do zapłodnienia, a nie zabija zapłodnioną komórke. Nic, jak do ściany, bo on wie lepiej, bo przeczytał w jakimś religijnym magazynie.

#R4BeT

Wraz z korpokolegą Ryśkiem zaszyliśmy się w pracowniczej kuchni na standardowe ploteczki. Chłop był trochę zrozpaczony, bo w następną środę koniecznie musiał mieć wolne z powodu jakiś ważnych (jak mi powiedział) spraw, a jednocześnie wiedział, że jego szef za nic mu na to nie pozwoli, bo, mówiąc korpomową; "backlogi, fackupy i asapy" - czyli jednym słowem, dużo pracy.

Ale wiadomo, jesień, na zewnątrz chłód, łatwo o chorobę. Postanowił więc raz, wyjątkowo, wziąć udawane L4. Żeby uniknąć podejrzeń, trochę wcześniej zaczął w pracy narzekać na samopoczucie, coś tam zakaszlał, coś tam pociągnął nosem, we wtorek poszedł do lekarza i zwolnienie gotowe. SMS-owo poinformował swój zespół, że to zwykła grypa.

Trzy dni później siedziałam rano w swoim akwarium (jak ja to nazywam, bo jest to mały pokoik, prawie całkiem przeszklony, połączony z gabinetem menadżera), kiedy mój szef, Franio, wszedł do środka w białej, lekarskiej maseczce.
- O nie, jakieś choróbsko? - zapytałam (w korporacjach niezależnie od stanowiska nie używa się form "pan" i "pani").
- Jeszcze nie! Bogu dzięki! Ale już coś mnie w gardle skrobie, nie słyszałaś, EPIDEMIA jest! A ja nie mogę być chory!

Postanowiłam więc zobaczyć, co też się dzieje na piętrze. Okazało się, że pustych miejsc jest niezwykle dużo, chociaż dochodziła już dziesiąta.

Oto co odkryłam - wkrótce po odejściu mojego korpokolegi na "L4" jedna dziewczyna zaczęła narzekać, że TO chyba na nią przeszło. Ta kobieta to typ osoby, który bierze zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące z zadziwiającą systematycznością; ale to nic, fala ruszyła. Po chwili wszyscy narzekali na Ryśka, że to on przychodził chory, a L4 wziął dopiero po jakimś czasie. Coraz więcej ludzi złapało "Ryśkową grypę", zaczynali pić uzdrawiające napoje z paracetamolem i chodzić w białych maseczkach.

W poniedziałek, kiedy Rysiek wrócił, co najmniej jedna czwarta osób była już na L4 z powodu tej grypy. Co więcej, kolega nawet dostał specjalny opierdziel od przełożonego, że bardzo doceniają jego zaangażowanie, ale absolutnie nie może chodzić do pracy chory.

I tak oto kolega "wybił" sporą część zespołu za pomocą nigdy nieistniejącej grypy, a wszystko dlatego, że - jak się później okazało - kończył się sezon w jego ulubionej grze online, a on naprawdę musiał go skończyć z dobrym wynikiem.

#CmXbg

Kilka miesięcy temu byłam na kolejnej wycieczce do Izraela. Panią przewodnik została kobieta, z którą od pierwszego spotkania nie obdarzyłyśmy się sympatią. W pewnym momencie usłyszałam, że przewodniczka obgaduje nas (mnie i mojego partnera) z miejscowym kierowcą.

Siedzieli przy sąsiednim stoliku i rozmawiali po hebrajsku. Gdy wchodziliśmy do autobusu, rzucali do siebie niewybredne komentarze. Kobieta była złośliwa, a gdy zwracałam się do niej po polsku, była miła i sympatyczna.

Pod koniec podróży na lotnisku podeszła do nas osoba z obsługi, pytając o bagaże. Po angielsku. Podeszła przewodniczka gotowa pomóc w rozmowie (bardziej ciekawa, co u nas). To był ten moment. Mówiąc płynnie po hebrajsku, odpowiedziałam na pytania obsługi, a następnie zwróciłam się do przewodniczki, mówiąc, że jeśli chce kogoś obgadywać, musi to zrobić o wiele lepiej. Mina bezcenna.

#nlYXs

Kiedy miałem 5 lat, pojawiło się u mnie podejrzenie stulejki. Podczas rodzinnej imprezy, matka na siłę próbowała mi ściągnąć majtki, żeby wszyscy mogli "popodziwiać" i pomacać, czy to na pewno to. Za nic nie chciałem na to pozwolić, więc dostałem w łeb tak, że mnie zamroczyło i siłą mnie obnażono. Rodzina nie widziała w tym nic złego, tylko dwie najmłodsze ciotki i jeden wujek próbowali mnie bronić, a potem wyszli bez słowa.

Było to dla mnie tak traumatyczne, że znienawidziłem ukochanych do tej pory rodziców, nie rozumiejąc, jak mogli zrobić mi coś takiego. Następnego dnia poskarżyłem się przedszkolance, błagając, by mnie zabrała do sierocińca. Na początku nie chciała do końca uwierzyć, ale gdy zobaczyła olbrzymiego guza na mojej głowie, z marszu zadzwoniła na policję. Pamiętam, jak błagałem, żeby mnie zabrali do domu dziecka, bo tata mnie zabije. Dzięki Bogu potraktowano mnie poważnie i odesłano do pogotowia opiekuńczego, po wizycie w szpitalu.

Policja poszła do mojego domu i zaczęła wypytywać o to, co im opowiedziałem. Rodzice zaprzeczyli, ale babcia... nie. Potwierdziła dodając, że owszem, niewychowany ze mnie szczyl, ale to ich sprawa i mają się nie wpierdzielać. Jak tylko sprawa się rozeszła, ciotki i wujek również stanęli po mojej stronie, jawnie narażając się całej rodzinie. O tych szczegółach dowiedziałem się po latach, od wujostwa, którzy przejęli opiekę nade mną i walczyli o moje dobro w sądzie jako świadkowie, doprowadzając do oskarżenia pozostałych krewnych o przestępstwo seksualne na nieletnim oraz znęcanie się nad nim. Jedna ciotka miała wtedy 16 lat, druga 18, a wujek 19 i należeli do bardzo nieśmiałych, cichych ludzi i bardzo bali się moich rodziców oraz dziadków, ale walczyli jak lwy. Nie dali się zastraszyć. Dzięki przedszkolance, która mi uwierzyła, policjantom, psychologom i tej trójce mogłem normalnie żyć.

A stulejki nie było, tylko miałem drobną infekcję.
Dodaj anonimowe wyznanie