#Ze6gO

Gdy miałam około 6 lat, odwiedziła nas znajoma taty z mężem z córką. Dziewczynka była trochę młodsza ode mnie. W pewnym momencie tata powiedział "A może oddasz Kasi jakąś lalkę?". Dziewczynka wybrała sobie dwie (moje najlepsze wtedy, nawiasem mówiąc, do tego jedna z nich była prezentem od mojego brata). Nie miałam nic do gadania.

Kilka lat później odwiedziła nas rodzinka z małym kuzynem. Kuzyn spędził całą wizytę przed moją konsolą (którą, nawiasem mówiąc, dostałam od chrzestnego na gwiazdkę), ja z resztą dzieciaków bawiłam się w pokoju. Gdy rodzinka miała już odjeżdżać, przyszliśmy się pożegnać. Kuzyn miał w ręku reklamówkę, a w reklamówce... moją konsolę. "Bo tak płakał", więc mama stwierdziła, że mu ją da. Nie miałam nic do gadania.

Mam 25 lat. Może i niektórzy pomyślą, że jestem dziecinna, ale uwielbiam pluszaki. Kolekcjonowałam je od zawsze. Były misie, które miałam od kiedy pamiętam, były takie, które dostawałam na różne okazje, czy takie, które kupiłam sobie sama. Miałam ich dość sporo, więc nie zabrałam ich jak się przeprowadzałam. Obecnie zostało ich może z pięć. Bo bratanica chciała, więc mama jej oddała. Nawet mnie przy tym nie było, nie zapytała mnie o zdanie. "Jak wyrośnie, to odda" usłyszałam. Oczywiście.

Jestem wściekła. I będę to mamie wypominać choćby i do końca życia.

#EgHA3

W ciągu 20 lat życia mojego brata nie widziałam, żeby płakał. Nie uronił łzy nawet 5 lat temu na pogrzebie naszego taty, którego sam reanimował do przyjazdu karetki. Myślałam po prostu, że nie odczuwa takich emocji.

Wszystko zmieniło się kilka miesięcy temu. Przyszedł do mnie i męża wieczorem. Miał ze sobą wódkę, co mnie zdziwiło, bo bardzo rzadko pił mocniejszy alkohol. Kiedy zaczynali pić, nic nie było po nim widać, że cokolwiek się stało. Dopiero jak alkohol zaczął działać powiedział, że jego narzeczoną kilka godzin temu potrącił samochód i zginęła na miejscu. Nie dał rady pojechać na miejsce wypadku ani do kostnicy. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, jak coś po prostu w nim pękło. Zaczął wyć, bo zwykłym płaczem nie można tego nazwać. Przez pół nocy mówił o tym, co w nim siedziało. Najbardziej żal mi go było, że przez tyle lat nie przeżył jeszcze żałoby po tacie, nie dopuszczał do siebie tego, że jego już nie ma. Po pogrzebie Agnieszki namawiałam go, aby poszedł do psychologa. Obiecał, że pójdzie...

Kilka dni po wypadku powiesił się daleko od domu, wcześniej dzwoniąc do rodziny żegnając się, a ja akurat nie mogłam odebrać. Za to nagrał się na sekretarkę, a ja co wieczór słucham jego głosu.
We Wszystkich Świętych zapaliliśmy znicz na jego i Agnieszki grobie, leży obok niej. A ja nie mogę zagłuszyć sumienia, że go nie upilnowałam.

#u82qQ

Zostałem czarną owcą wśród znajomych.

Zaczęło się od tego, że we wrześniu na grillu powiedziałem pewnej znajomej publicznie co o niej myślę. Taka typowa roszczeniowa typiara, "samotna mama", co wiecznie siedzi w MOPS-ie i chyba nigdy nie pracowała, bo tak naprawdę nie chciała, no i ciągle ktoś jej MUSI pomagać. Tym razem przyssała się do mnie i przelała się czara goryczy, gdy stwierdziła, że zawiozę ja w poniedziałek gdzieś tam... Nie spytała, czy mogę, tylko stwierdziła, że to zrobię. Nigdy wcześniej jej nie odmawiałem, ale tym razem przesadziła. Zrobiła się trochę awantura na imprezie i wyszedłem.

Teraz jako czarna owca jestem szczęśliwy. Nikt ode mnie niczego nie chce. Od kilku lat co drugi weekend nosiłem jakieś meble, malowałem, woziłem na wesela, komunie i inne imieninki. Teraz mam spokój. Moja żona też czuje się lepiej, bo spędzam więcej czasu z nią i nie znikam. Dziś uświadomiła mi, że ta moja pomoc działała tylko w jedną stronę i tak naprawdę nam nigdy nikt z tego towarzystwa nie pomógł w potrzebie, a typiara w szczególności, bo zawsze miała dla nas tekst "no tak, tylko co ja z dzieckiem zrobię".

Jestem czarną owcą i jest mi z tym dobrze. Czuję luz, nic nie muszę, nie mam wyrzutów sumienia, że czegoś nie zrobiłem dla kogoś, mogę się napić drinka i nie myśleć, że zaraz muszę gdzieś jechać. Jestem wolny.

#iMvaJ

Nie miałam łatwego dzieciństwa. Wszystko przez moje nazwisko, które (delikatnie mówiąc) do najpiękniejszych nie należy. W szkole dzieci śmiały się ze mnie, wymyślano mi ksywki związane z nazwiskiem, począwszy od podstawówki, skończywszy na liceum.

W duchu zawsze marzyłam, że kiedyś wyjdę za mąż i pozbędę się przykrego kłopotu.  Poznałam chłopka, jesteśmy razem od 2 lat, za 3 miesiące bierzemy ślub. Jak część z Was się już być może domyśliła, on również ma nazwisko, którego od zawsze się wstydził. Również miał przez nie przewalone w szkole... i również liczył na to, że jak spotka swoją drugą połówkę, to zmieni nazwisko na nazwisko wybranki i będzie po problemie.

Życie sprawiło mi psikusa.

#JvGnV

Pewnego lata pojechaliśmy sobie z przyjaciółmi do domku z działką. Taki wypad w kilkanaście osób na kilka dni. Ja lat 16. Były to czasy, kiedy chodzenie na dwójkę poza moim domem wiązało się dla mnie z ogromnym stresem.

Dlatego wpadłam na pomysł, że wstanę bardzo wcześnie rano, kiedy wszyscy po nocnej libacji będą jeszcze słodko spali. Wszystko poszło prawie idealnie, niestety z jednym małym szczegółem - kibel miał tak słabe ciśnienie, że nie był w stanie spuścić mojego dzieła. Spuszczam wodę już trzeci raz, zero zmian, ja coraz większy stres, że zaraz wszystkich pobudzę i co ja w ogóle mam teraz zrobić. Wpadłam więc na wspaniały pomysł. Wróciłam do pokoju, zabrałam kubek, zanurzyłam go w sedesie i zebrałam co trzeba. Problem w tym, że w łazience nie było żadnego okna. W tej sytuacji zdecydowałam się przejść obok i nad śpiącymi w pokoju ludźmi, w ręku niosąc kubek z gównem. Jakoś udało mi się nikogo nie obudzić, a zawartość wylać w krzaki za domem.

To jednak nie koniec historii. Wracając zdecydowałam, że odłożę kubek na blat, a umyję go rano, żeby teraz nikogo nie budzić (kuchnia, salon i sypialnia to było jedno pomieszczenie). Poszłam dalej spać. Po kilku godzinach wstaję. Kubka na blacie już nie było. A kilka osób, które zdążyło wstać przede mną, zrobiło sobie poranną kawkę.

#NLFrY

Mam problem z rozmowami przez telefon, nienawidzę dzwonić do obcych osób i załatwiać sprawy. W interakcjach na żywo nie mam takiego problemu, potrafię bez skrępowania o wszystko zapytać.

Ostatnio przeprowadzałam ważną rozmowę biznesową, to była kompletna porażka, głos mi drżał, dostawałam zadyszki, aż dziw że mój potencjalny klient się nie rozłączył.

Przy spotkaniu na żywo oczywiście zachowywałam się już normalnie, przeprosiłam go za nieskładną rozmowę, argumentując, że oddzwonił podczas gdy biegałam po lesie. (naszą rozmowę telefoniczną dodatkowo zakłócały zaniki zasięgu).

#IRmvh

Mieszkam w niewielkim mieście. Mam nudną pracę w biurze, jestem sama i na finanse nie narzekam. Na co dzień i do pracy prawie się nie maluję, pomadka i tusz do rzęs w zupełności mi starczają. Nie wyróżniam się z tłumu.

Do czasu...

Nikt nie wie, że dwa weekendy w miesiącu spędzam w dużym mieście, około 80 km od domu. Wkładam wyzywające ubrania, wysokie szpilki, robię mocny makijaż i zaczynam rundkę po klubach. Każdy weekend spędzam z kimś innym, z kimś, kto zawsze spełnia moje najskrytsze fantazje.

Dla takich weekendów żyję.

#N0qFW

Razem z grupą trzech przyjaciół ze wspólnego kierunku studiów od 15 lat tworzymy fajną paczkę. Każde z nich ma współmałżonka oraz każde po dwójce dzieci.

Wczoraj od jednej z przyjaciółek, przy luźnej wymianie zdań i miłej rozmowie, usłyszałam, że jestem życiowym przegrywem. Bo nie mam dzieci. Jako jedyna z nich. Tak mnie to zaszokowało, że siedziałam z otwartą buzią jak idiotka. Za chwilę przyjaciółka dodała, że mogę tę sytuację zmienić, tylko muszę znaleźć sobie jakiegoś "dawcę genów".

Nikt się nie odezwał. Cisza aż brzęczała. Te dwa zdania z ust przyjaciółki były przerywnikiem w zwykłej konwersacji o niezbyt istotnych rzeczach dnia codziennego. Poczułam się, jakbym dostała w twarz. Dwa razy. Wstałam i wyszłam.

Morału nie ma.

#rg3Gm

Moja teściowa jest dosyć młodą kobietą, bo jest przed 50., z bardzo... specyficznym poczuciem humoru. Poza tym dużo osób uważa ją za szalenie wredną i okropną kobietę i coś w tym jest. Gdyby nie to, że naprawdę mi zależy na jej synu, to uciekłabym po pierwszym spotkaniu.

Ostatnio teściowa przebiła samą siebie i odstraszyła już trzecią w tym roku dziewczynę swojego młodszego syna. Tym razem najpierw podarowała jej do chodzenia po domu kapcie wysypane swędzącym proszkiem, a następnie umieściła sztucznego pająka w zupie na dnie talerza. Dziewczyna oczywiście zwiała.

Tak, moja teściowa robi takie właśnie numery.
Szwagier już podłamany zapytał wczoraj co zrobiłam, że mam taki dobry kontakt z ich matką. W życiu się nie przyznam, że zniżyłam się do jej poziomu, przez co stałam się jej nową ukochaną córeczką.

Z moim chłopem przez rok ukrywaliśmy nasz związek przed jego rodziną (bał się, że ucieknę przed mamusią), jednak gdy straciłam mieszkanie, z dnia na dzień musiałam się wprowadzić do niego i jego rodzinki (mają bardzo duży dom na obrzeżach miasta i zbytnio się nie opłaca wyprowadzać mojemu chłopu, gdy ma całe piętro dla siebie).

Powiem szczerze, że z początku mieszkanie z teściową to był horror. Wsypywała swędzący proszek do moich rzeczy (nie mam pojęcia skąd ona to wszystko zamawia), dosypywała soli do mojego jedzenia, wysmarowała jakimś ostrym sosem lub proszkiem moją szczoteczkę do zębów (nic nie było widać na szczoteczce). Później podmieniła mi mydło na takie specjalne, które brudzi, proszek na kichanie też przerobiłyśmy.

W końcu się wku%$iłam i powiedziałam, że tak nie będzie. Znalazłam sklep online z takimi gadżetami i zamówiłam parę zabawek. Podmieniłam teściowej zapalniczkę na taką, która tryska wodą, dodałam jej do herbaty proszku na pierdzenie (istnieje coś takiego), gdy do domu przyszły jej koleżanki na ploteczki, sporo tego było.
A zwieńczeniem akcji było rozstawienie śmierdzących bomb po jej pokoju.

Od tego czasu teściowa nabrała do mnie respektu (?), nie robi mi takich wrednych żartów, co najwyżej jakieś drobne z proszkiem na kichanie czy piekącą herbatą, a ja w końcu nie czuję się w domu jak na poligonie, gdzie z każdej strony wyczekuję na atak.
A po cicho przyznam szczerze, że tak mi się spodobała ta zabawa z teściową, że teraz czasem jej pomagam, jak robi numery potencjalnym kandydatkom na drugą synową.

Ale spokojnie, zazwyczaj my z partnerem poznajemy je pierwsi, więc jak dziewczyna się trafi normalna, to przystopuję teściową, póki co szwagier sprowadza same puste lasencje, które liczą na dużą kasę.

I wiem, jak nieprawdopodobnie to brzmi, ale jednak moja oryginalna teściowa istnieje. Może to kwestia tego, że mieszkamy na Podlasiu? :D

#FdfB8

Nienawidzę moje szwagierki.

Kiedyś miałyśmy z Kasią (imię zmienione) dobry kontakt. Obie zaszłyśmy w ciążę w mniej więcej tym samym czasie.

Kilka miesięcy później Kasia poroniła. Jej mąż, Paweł, zadzwonił po mnie, żebym przyjechała, bo z racji mojego doświadczenia w tym temacie (miałam za sobą jedno poronienie) mogłabym jej pomóc. Kasia mi jednak na to nie pozwoliła - gdy tylko mnie zobaczyła, powiedziała, że nie chcę mnie widzieć, ponieważ ja mam nadal szansę urodzić, a ona już nie.
Zrozumiałam to - chociaż sama nie przechodziłam wielkiej traumy po moim poronieniu (ciąża miała ledwo dwa miesiące i płód był uszkodzony).
Kasia była już prawie w ostatnim trymestrze, więc postanowiłam faktycznie usunąć się w cień i dać jej dojść do siebie, bo wiedziałam, że widok mojego rosnącego brzucha mógłby być dla niej przykry.

Tak minęło kilka miesięcy - ja urodziłam zdrowego syna, mąż wysłał kilka jego zdjęć do Pawła, żeby nie dobijać Kasi. Poza tym kontakt był znikomy.

Syn miał pół roku, kiedy nadeszły święta Bożego Narodzenia. Tradycyjnie zawsze wybieraliśmy się do teściów na rodzinne świętowanie. Była to też moja pierwsza okazja po wielu miesiącach do spotkania z Kasią.
Z początku była miła, choć oschła, i nie zwracała uwagi na mojego synka. Nie miałam jej tego za złe - w końcu to na pewno nadal świeża rana.
Kiedy jednak zaczęłam odpakowywać prezenty dla syna, Kasia wstała i wykrzyczała mi w twarz, że to niesprawiedliwe i jej dziecko powinno tu siedzieć.
Przyznam, że bardzo mnie to zdenerwowało, ale finalnie jednak współczucie przeważyło i skończyło się na tym, że to ja uspokajałam męża i teściów, którzy byli bardzo poruszeni tą sytuacją.

Dzisiaj mój syn ma trzy lata, właśnie spodziewamy się kolejnego dziecka. Kasia wykorzystała tę okazję, żeby wysłać mi SMS-a z wiadomością, że w obliczu jej tragedii zachowuję się perfidnie zachodząc znowu w ciążę. To w sumie nie jest jedyny przytyk z jej strony w ostatnich latach - przez jej zachowanie rodzinne święta i spotkania właściwie nie istnieją. Teściowie co roku ze smutną miną proszą nas, żebyśmy Wigilię spędzili osobno, bo dla Kasi widok naszego syna to zbyt wiele. Gdy już się spotkamy (np. na pogrzebie), Kasia zachowuje się, jakbyśmy nie istnieli. Mój mąż, a jej brat, przestał się już do niej odzywać. Za to Paweł, po każdej kolejnej akcji Kasi, dzwoni i nas przeprasza.

Z tego co wiem, szwagierka uczęszcza na terapię, która jednak chyba nic nie daje. Ba, według słów teściowej, psycholog powiedział Kasi, że ma prawo do żałoby i zerwania kontaktów z nami, jeśli jej to przeszkadza.

Powyższe nie wystarczyło jednak, żebym ją znienawidziła.

Stało się to dopiero, kiedy na urodziny syna wysłała dla niego "prezent" - sukienkę z naszytym imieniem Kornelia. Tak miała mieć na imię jej córka.
Dodaj anonimowe wyznanie