Trochę niesmaczne, trochę śmieszne i w życiu nie opowiem tej historii znajomym, więc może na tę stronę się nada. Zacząć muszę od tej niesmacznej części - co jakiś czas mam powracający problem z hemoroidami. Raz tylko poczuję lekki dyskomfort, kiedy indziej trochę popiecze. Jednak czasami też się zdarzy, że guzki już wyjdą na zewnątrz i (przepraszam za niezbędną wizualizację) muszę je sobie z powrotem ręcznie wsadzić w pewną część ciała.
Historia właściwa dzieje się na siłowni, kiedy to w połowie treningu czuję, że moi przyjaciele znowu chcą mi podokuczać. Pierwsza myśl - trudno, dokończę trening i skoczę do apteki po ulubioną "maść na ból dupy". Po chwili już wiem, że tak łatwo nie będzie. Przy przysiadzie jeden z przyjaciół postanowił pozwiedzać świat i wyjść na zewnątrz. Dyskomfort okropny, trening przerwany, a ja już tylko chcę iść w ustronne miejsce wsadzić z powrotem niesfornego kolegę i lecieć do apteki. Szybko oddalam się do szatni, do kabiny prysznicowej prawie już wbiegam i wpycham tego nieszczęsnego żylaka. W tym momencie wymsknęło mi się nawet drobne "uuuf!" po części z ulgi, a po części z faktu, że mam kurde palec w dupie!
I wtedy zobaczyłem, że drzwi za mną się nie zamknęły... Trzech kolesi (w tym 2 stałych bywalców tej siłowni, których znam z widzenia) patrzy ze zdziwieniem i lekkim przerażeniem, jak grzebię sobie w tyłku i jęczę.
Tamtego dnia zmieniłem siłownię.
Niedawno opublikowałam tu historię o mojej matce, do której nie dociera, że wkrótce biorę ślub. Oto dalsza część.
W dniu ślubu nic do niej nie docierało. Nie poszła ani na mszę, ani na wesele (oficjalnie dopadła ją ciężka grypa). Za to w nocy wydzwaniała do mnie, a jako że nie odbierałam, to zasypała mnie SMS-ami: że jak ja śmiem mieszkać z chłopakiem bez ślubu, że mam natychmiast wracać do domu, bo mnie wyklnie. Od tamtego czasu się do mnie nie odzywa, za to rozpowiedziała w pracy, że ma wyrodną córkę. Skąd o tym wiem? Pracuje z nią kobieta, którą z czystym sumieniem mogę nazwać przyszywaną ciocią, bardziej nawet prawdziwą od tych, z którymi mnie łączy pokrewieństwo. Zadzwoniła do mnie z pytaniem, o co chodzi, bo przecież wybawiła się na moim weselu, żartowała, że już się rozwiodłam i to chłopak, nie mąż? Mogłam tylko wzruszyć ramionami.
Po powrocie z tygodnia miodowego ojciec przyszedł do nas na ciasto, matka zaproszenie oczywiście olała. Opowiedział nam historię tak bardzo absurdalną, że gdyby nie fakt, że mówi to jeden z najbardziej zaufanych osób na świecie, bym nie uwierzyła. Gdy byłam mała i jeździłam jeszcze w głębokim wózku, zostałam porwana. Matka wyszła ze mną na spacer, spotkała koleżankę, zaczęły rozmawiać. Wózek nieszczęśliwie ustawiła tak, że jego bryłę widziała, ale zawartości już nie. W pewnym momencie minął ją mężczyzna, a ona poczuła szarpnięcie wózka. Okazało się, że po prostu wyjął mnie z niego i oddalał się szybkim krokiem. Na szczęście nie uciekł za daleko - koleżanka zadzwoniła momentalnie na policję, podała jego opis (na tyle, na ile to było możliwe od tyłu), matka zaczęła go gonić i krzyczeć, że to porywacz, ma moje dziecko! Nie uciekł za daleko, bo chociaż wsiadł do samochodu, to jakiś niesamowicie odważny mężczyzna zastąpił mu drogę (że się nie bał, że go rozjedzie!), ktoś inny wyciągnął porywacza i mnie. Nic mi się nie stało, z racji wieku nie pamiętam tego zdarzenia.
Od tego czasu matce odbija, gdy wyjeżdżam gdzieś na dłużej. Ojciec mówił, że panicznie się bała tego, że znów mnie ktoś porwie, że coś mi się stanie. Teraz rozumiem jej paniczne, codzienne telefony, czy na pewno wszystko OK. Z upływem lat przeszło to w ogólny strach przed moją niezależnością, bo obawiała się, że nie dała rady mnie chronić - nie docierało do niej, że to naturalna kolej rzeczy. Na terapię nie dała się namówić, bo przecież to normalne, że mamusia boi się o swoją małą dziewczynkę.
Zupełnie nie wiemy, co robić. Mamy nadzieję, że nie będzie próbowała uszkodzić mojego męża, bo to przecież on mnie "zabrał". Do psychiatry raczej też się nie pozwoli zabrać. Mamy nadzieję, że jej przejdzie, chociaż to mało prawdopodobne.
Na pewno każdy z Was czegoś się bał, jak był małym brzdącem, jednak mój lęk był trochę inny niż u typowego dziecka. Otóż od czasu Pierwszej Komunii najbardziej bałam się... niepokalanego poczęcia! Zastanawiacie się pewnie dlaczego mała dziewczynka miałaby się bać owego zjawiska. Wszystko za sprawą księdza, który miał za zadanie przygotować nas do tego sakramentu.
Spotkanie przygotowujące do Komunii, które spowodowało ten lęk, zapamiętam chyba do końca życia. Rozmawialiśmy o Maryi i o tym, że przez to, iż służyła Bogu, została obdarowana małym Jezuskiem. Wtedy ksiądz powiedział do wszystkich dziewczynek decydujące zdanie "Jak będziecie posłuszne Bogu i będziecie grzeczne, to być może i was Pan Bóg obdaruje tak jak Maryję".
Te słowa mnie przeraziły, ponieważ zawsze byłam bardzo grzecznym i wierzącym dzieckiem, więc wzięłam to strasznie do siebie i myślałam, że ja też urodzę Jezuska! W umyśle 7-latki było to okropne. Od tamtego dnia byłam małym wcieleniem diabła i przestałam chodzić do Kościoła (co zresztą zostało mi do dzisiaj ;)).
Gdy byłam nastolatką, sąsiadka poprosiła mnie o wyjście z jej pupilem na dwór, ponieważ sama źle się czuła. Piesek zrobił dwójeczkę na chodniku i gdy podchodziłam, słyszę zbulwersowaną kobietę. Kobieta zaczęła krzyczeć i mnie wyzywać, że jak tak mogę zostawić to na chodniku, że mam to posprzątać.
Ja jako osoba, która nie miała zwierzaka, nie miałam pojęcia o tym, że trzeba sprzątać po swoim pupilu. Zażenowana na szybko wymyśliłam ściemę, iż od tego roku weszła ustawa, gdzie trzeba płacić 100 zł miesięcznie za zwierzę i nie trzeba po nim sprzątać, tylko robią to odpowiednie służby. Pani była zdziwiona i zdezorientowana, po czym mnie przeprosiła.
Wstyd mi do dziś, a ja już wiem, że są specjalne woreczki na kupki piesków.
Większość ludzi z boku oglądających moje małżeństwo zazdrości mnie i żonie tego, jak idealnie dobrani ze sobą jesteśmy. Za to nasi przyjaciele z czasów szkolnych zawsze zaśmiewają się do łez, gdy słyszą na nasz temat ochy i achy od ludzi np. z pracy.
Pewnie dlatego, że gdy się poznaliśmy, nie było dnia, w którym ja i ona nie skakalibyśmy sobie do gardeł. I to dosłownie.
Chodziliśmy do jednej klasy w technikum. Zaczęło się od rywalizacji o oceny. Potem były przepychanki na korytarzach, wyzywanie, a z czasem nawet "biliśmy się", bo szczerze nie wiem nawet jak to inaczej nazwać. Najśmieszniejsze jest to, że należeliśmy do jednej "grupki", co dawało nam jeszcze więcej okazji do zwad.
Nie raz przyjaciele musieli nas od siebie odciągać, bo któreś powiedziało o jedno słowo za dużo i kończyło się na tym, że ja zostawałem z twarzą poharataną od jej paznokci, a ona z łysymi plackami na głowie po szarpaniu za włosy i siniakami na żebrach (ma straszne łaskotki, co mocno wtedy wykorzystywałem).
Wiem jak to brzmi, zwłaszcza że byliśmy wtedy prawie dorosłymi ludźmi, ale prawda jest taka, że zarówno wtedy, jak i dziś nikt nie potrafi mnie tak doprowadzić do szału jak ona (teraz znaleźliśmy na szczęście o wiele przyjemniejszy sposób na rozładowanie wzajemnej agresji). Nasz związek, podobnie jak znajomość, nie zaczął się przyjemnie, chociaż ja tam całkiem miło to wspominam.
To był nasz trzeci rok nauki. Kłóciliśmy się w drodze do klasy. Byliśmy tak sobą zajęci, że nie zauważyliśmy, że dotarliśmy już do schodów. Nim nasi przyjaciele cokolwiek zdążyli zrobić, runęliśmy oboje w dół jak ostatnie sieroty. Niewiele myśląc, złapałem ją wtedy i przyjąłem większość "upadku" na siebie. Wyszło tak niefortunnie, że skończyłem z połamanymi pięcioma żebrami i kręgosłupem. Ona sama miała całe szczęście tylko pęknięte cztery żebra i skręcony nadgarstek.
Nie zostałem kaleką i dzisiaj mam się zupełnie dobrze, ale wtedy przez kilka ładnych miesięcy leżałem w szpitalu. A ona przychodziła do mnie codziennie i z braku lepszych pomysłów obierała dla mnie jabłka, a potem zmuszała do ich zjadania. Nie powiem, już po czterech tygodniach dosłownie nimi rzygałem i ona dobrze o tym wiedziała. Mówiła, że to zemsta za to, że byłem takim nieostrożnym kretynem.
Nie zliczę, ile razy wywalili ją z mojej sali, bo zaczynaliśmy drzeć ze sobą koty do tego stopnia, że przeszkadzaliśmy innym. Mimo to była uparta i po jakimś czasie nawet pielęgniarki tylko wywracały na nas oczami.
Nasz związek zaczął się jeszcze kiedy byłem w szpitalu. Jakoś samo wyszło.
Dzisiaj i my i nasi przyjaciele się z tego śmiejemy, ale prawda jest taka, że gdyby nie tamto, to prawdopodobnie nie bylibyśmy dzisiaj po ślubie. I wiecie co? Gdybym musiał cofnąć się w czasie, to bez zawahania zjebałbym się z tych schodów jeszcze raz.
Jestem mężatką od dwóch lat. Razem mieszkamy od ponad siedmiu. Kiedy poznałam mojego męża, byłam bardzo szczupłą osobą. Niestety z biegiem lat przybyło mi kilka kilogramów tu i tam. Nie jakoś bardzo drastycznie, ale 10 kg w tyle lat to dla mojego męża zbyt wiele.
Gdy tylko ciut mi przybywało na wadze, starałam się biegać na siłownię, stosować diety itp., ponieważ mój ukochany uwielbia mi robić z tego powodu różne docinki. Obecnie dzień w dzień bez poruszania tematu z mojej strony słyszę, że kocha mnie niezależnie od wagi, że jestem jego kaloryferem, że kocha mnie pomimo tego, że nie mieszczę się w dżinsy sprzed pięciu lat. Codziennie słyszę wracając z pracy do domu "Tu jest siłownia. Dawno cię tu nie było" albo "Ja cię kocham, ale schudnij, bo inni pomyślą, że cię tuczę", a najlepsze "kocham ten tłuszcz, jesteś moim małym tucznikiem".
Szkoda, że nie mam czasu na siłownię, ponieważ codziennie po pracy sprzątam, gotuję, prasuję, wyprowadzam psa; a po tym wszystkim padam na twarz. Szkoda, że nie weźmie pod uwagę faktu, iż wstaję wcześniej od niego, by mu przygotować ciepły posiłek i wsadzić w termos, łącznie z herbatą do pracy, gdyż jemu się nie chce czegoś zwyczajnie odgrzać lub iść do pobliskiej stołówki. Ukochany po pracy jest bardzo zmęczony i jedyne na co go stać to TV i piwo pod kołdrą.
Co w tym anonimowego? Otóż to, że wcale nie zabił mojej pewności siebie i poczucia piękna. Kiedy on prawi morały, ja poprawiam makijaż i w ogóle go nie słucham. Czuję się kobieco i wiem, że innym się podobam. Czuję się o wiele lepiej niż jako szkielet parę lat temu, a z każdego miesiąca na miesiąc coraz bardziej czuję, że dzięki jego podejściu zamiast zmienić siebie, coraz bardziej mam ochotę zmienić stan cywilny.
Moja ciocia powiesiła w domu przy wejściu tabliczkę z napisem "Tu mieszka pies z rodziną".
Nie mają psa... Wujek jest policjantem...
Sytuacja miała miejsce dobrych parę lat temu.
Akurat zaczynałam szkołę średnią. "Elitarne" liceum pozwalało na wybranie drugiego języka spośród kilkunastu dostępnych. W gimnazjum uczyłam się niemieckiego, ale nie chciałam go kontynuować i wybrałam - przykładowo - francuski. Utworzona grupa miała zacząć naukę od podstaw. Dostaliśmy młodą nauczycielkę ledwo po studiach, która pojęcie "podstawy" rozumiała inaczej niż my - wybrała sobie podręczniki całkowicie po francusku, a na drugich zajęciach zadała wykonanie opisu swojego pokoju, naturalnie w języku francuskim. Ludziom, którzy pierwszy raz mieli styczność z językiem. Były rozmowy z nią, z psychologiem szkolnym oraz z dyrektorką, żadna nie poskutkowała, powtarzano nam, że szkoła ma wysoki poziom i ten poziom zajęć jest adekwatny dla początkujących, ale "trzeba się przyłożyć". Na semestr wszyscy mieli ledwo dwójki tylko przez niedopatrzenie nauczycielki, która wystawiała oceny na podstawie średniej arytmetycznej (a nie ważonej), więc jedynki ze sprawdzianów równoważyły pozytywne stopnie z licznych prezentacji. Ale w drugim semestrze to niedopatrzenie zostało naprawione. I okazało się, że na koniec roku osiemnaście z dwudziestu osób ma jedynki. Oczywiście odbył się egzamin komisyjny, którego nikt nie zdał. A dodatkowo dyrekcja zapowiedziała, że szkoła warunków nie przyznaje, więc wszyscy muszą powtarzać rok.
Możecie sobie wyobrazić, jaki to był dramat.
Moja mama tak się wkurzyła całą sytuacją... że wysłała mnie do szkoły z prawnikiem. Prawnik "wziął na rozmowę" dyrektorkę, szczerze mówiąc pojęcia nie mam co się tam zadziało, ale okazało się, że szkoła gotowa jest wpisać mi na świadectwo dwóję. Pod warunkiem, że zmienię szkołę i do ich "elitarnego liceum" już nie wrócę.
No cóż, zgodziłam się. Swoją edukację dokończyłam w innej szkole już bez żadnych problemów. Ale do dziś zastanawiam się, co się wtedy w tamtym liceum działo. Czy był jakiś problem z tą nauczycielką, czy jakieś "machloje" z testami, czy ki czort, ale coś musiało być nie tak... Szkoda mi też osób, które nie przyszły do szkoły z prawnikami i musiały powtórzyć rok.
PS Pewnie się zastanawiacie dlaczego sprawa nie poszła np. do kuratorium. I muszę przyznać, że ja też się zastanawiam czemu nikt z nas tego nigdzie nie zgłosił...
Moi rodzice są razem od ponad 25 lat. Doczekali się trójki dzieci: mnie oraz moich dwóch młodszych braci. Wiadomo, jakieś konflikty w domu były, ale naprawdę zagwarantowali nam cudne dzieciństwo i dzisiaj, już jako studentka, mam z nimi bardzo przyjazne stosunki i bardzo lubię wracać do rodzinnego domu.
Dzisiaj mało kto wie, że zanim zostali małżeństwem, moja mama miała innego męża, którego potem zdradziła z moim tatą. Jak się dowiedziałam od cioci, pierwsze małżeństwo mojej mamy były bardzo nieudane - mama poślubiła go krótko po osiągnięciu pełnoletności, wiecznie się kłócili i nawet podniósł na moją mamę rękę kilka razy. Potem poznała mojego tatę i znajomość szybko się przerodziła w romans, który sprawił, że mama wystąpiła o rozwód i związała się, już oficjalnie, z moim tatą.
Co w tym anonimowego?
Niedawno zepsuło mi się coś w samochodzie i pojechałam do poleconego mi przez kolegę warsztatu. Jeden z mechaników patrząc na moje nazwisko zapytał, czy XY jest moją mamą. Odpowiedziałam, że tak i spytałam się, skąd ją zna.
Nie spodziewałam się jednak, że splunie mi pod nogi i nazwie mnie "córką k*".
Tak mnie tym zszokował, że jedyne, co byłam w stanie zrobić, to wsiąść w samochód i stamtąd odjechać. Bluzgi i inwektywy (m.in. że na pewno jestem puszczalska) padały w moją stronę nawet wtedy, kiedy hamując łzy starałam się uruchomić moje auto.
Już będąc w akademiku zabrałam się za szukanie informacji o tym mechaniku - tak, był to były mąż mojej mamy. Wedle jego profilu na Facebooku, ma żonę oraz dzieci.
Nie opowiedziałam o tym zdarzeniu moim rodzicom (ani nikomu innemu) - nie chcę, żeby im było przykro. Może i moja mama zdradziła kiedyś tego mechanika, ale uważam, że razem z tatą tworzą świetny związek i cóż - gdyby się nie spotkali, to na tym świecie nie byłoby mnie oraz moich braci i nie miałabym tak fajnej rodziny.
Od kilku lat zmagam się z ciężką depresją. Psycholog, psychiatra, terapie - nic mi nie pomagało. W pewnym momencie dotarłem do dna i, nie mogąc już wytrzymać, a nie chcąc posuwać się do samobójstwa, rzuciłem wszystko. Przerzuciłem się na pracę zdalną, uciąłem wszelkie kontakty i relacje z ludźmi, ograniczyłem wychodzenie z domu do minimum, higienę również - ogółem odciąłem się od całego życia w społeczeństwie i norm społecznych.
Dzisiaj mijają dwa lata. Przez cały ten czas jedyną osobą, do której się odzywałem, była kasjerka w większym sklepie spożywczym. "Dzień dobry. Kartą. Do widzenia." - i tak raz na dwa/trzy tygodnie, gdy robiłem zakupy. Śmieci wynoszę raz na kilka miesięcy. Prysznic biorę raz na tydzień. I w końcu jestem szczęśliwy.
Nie sądzę, by depresja mi przeszła. To raczej niemożliwe lub przynajmniej bardzo mało prawdopodobne. Gdzieś tam w tyle głowy cały czas jest. Ale w końcu się uśmiecham. Potrafię się zaśmiać z tego, co zobaczę. Nie tęsknię za kontaktem z innymi ludźmi. Nie nudzę się. Wysypiam się jak nigdy wcześniej. Wagę utrzymuję w normie. Jestem zdrów jak ryba - nawet o przeziębienie mi ciężko. A na koncie urosły mi spore oszczędności. W końcu niczym się nie przejmuję, nic mnie nie stresuje, depresja nie ma nic, czym mogłaby mnie męczyć.
Wycofaniem społecznym odrodziłem się jako człowiek. I prawdopodobnie uratowałem sobie życie.
Dodaj anonimowe wyznanie