Byłam wtedy w liceum. Wracałam sama z imprezy i zaczepiła mnie trójka mężczyzn. Wtedy właśnie, na całe szczęście, zauważył mnie szarpaną przez nich stojący w bramie chłopak. Przypakowany i w dresie, czyli typowy Seba na osiedlu. Byłam tak spanikowana, że nie pamiętam za dużo, ale nagle wbiegł, pogonił ich i zostaliśmy sami, a napastnicy zwiali. Odprowadził mnie do domu i kontakt się urwał.
Myślałam o nim, a czas mijał. Najpierw tygodnie, potem miesiące i lata. Nie dawało mi spokoju to, że go nie poznałam.
W moim domu się nie przelewało, więc po liceum poszłam do pracy. Po kilku latach dostałam propozycję pracy w kuchni w mieście oddalonym o 100 km. Byłam wtedy w rozsypce, więc stwierdziłam, że nic mi się nie stanie, jak spróbuję czegoś nowego.
Pierwszy dzień pracy i... ujrzałam go. Pamiętałam te oczy. Pamiętałam tę twarz. Zaczęłam drżeć i nie mogłam się skupić na podaniu obiadu. Problem był taki, że gotowałam dla księży przy parafii. Któż by się spodziewał, że "mój" Sebek zostanie księdzem...
Od niedawna mieszkam w bloku.
Zaczęłam pytać sąsiadów jaki Internet polecają, by znaleźć najkorzystniejszą ofertę i taki oto kwiatek znalazłam.
Sąsiedzi korzystają ze wspólnego neta. Jeden do góry, drugi na dole. Składają się po połowie ceny. Uczciwie, można by powiedzieć...
Właściciel Internetu, a tym samym osoba, która podpisała umowę z dostawcą, co roku dostaje w sumie zwrot 100% kosztów z racji ulgi.
Janusz biznesu.
Jestem skowronkiem, mój mózg przestaje logicznie myśleć o 22. Po tej magicznej godzinie automatycznie zaczynam robić głupie błędy i oczy mi się kleją, więc matematykę zawsze zostawiałem na rano.
W tym tygodniu miałem mieć ważny sprawdzian z matematyki, na który się nie przygotowałem. Postanowiłem, że do 22 będę intensywnie ćwiczył, a rano obudzę się o 4 i dokończę. Jak postanowiłem tak zrobiłem. Cały wieczór przesiedziałem nad książką, jednak od 22 do niczego pożytecznego się nie nadawałem. I właśnie przed chwilą uświadomiłem sobie jaką wielką siłę ma efekt placebo. Wczoraj zostały zmienione godziny, godzina 22 była tak naprawdę 23, tak nasz organizm był przyzwyczajony. I śmieszy mnie to, że odczuwałem niektóre potrzeby nie zgodnie z organizmem, a zgodnie z zegarkiem. Taka ciekawa rzecz ten placebo.
To wyznanie pewnie nie zostanie przyjęte zbyt dobrze, ale może samo napisanie tego coś pomoże...
Miesiąc temu straciłam pracę. Ktoś pomyśli "phi, też mi problem, ludzie ciągle tracą pracę, znajdują nową i nic się nie dzieje".
Tylko że praca była dla mnie dosłownie wszystkim. Czasem w żartach nazywano mnie pracoholiczką i może coś w tym było... Bardzo rzadko brałam wolne, zostawałam do późnych godzin, żeby coś tam skończyć (zwłaszcza jeśli to było ważne), rzadko i nieśmiało prosiłam o podwyżki, ciągle podnosiłam swoje kwalifikacje i uczyłam się nowych rzeczy, byle tylko na coś się przydać. To była dla mnie wręcz świętość i nie wyobrażałam sobie, by było inaczej. Nigdy nie widziałam siebie w roli tzw. tradycyjnej pani domu, co nie znaczy, że chciałam robić nie wiadomo jaką karierę. Chciałam pracować sobie na etacie robiąc rzeczy, które przynosiłyby mi chociaż częściową frajdę i przynajmniej przyzwoitą pensję. Czy to tak dużo?
A tu... firma przestała radzić sobie ekonomicznie, zdecydowano się na redukcję etatów. Selekcji dokonały osoby, których większość nie widziała nawet na oczy, do dziś się zastanawiamy jakie były kryteria... Poleciałam ja i mnóstwo osób z dłuższym stażem i większymi kwalifikacjami.
Gdy się o tym dowiedziałam, zaczęłam dosłownie hiperwentylować i pierwszy raz w życiu obawiałam się, że zemdleję. Wracając do domu, bardzo poważnie zastanawiałam się, czy by po drodze jakoś ze sobą nie skończyć. Skończyło się na upiciu się w barze.
Od tamtej pory moja egzystencja (bo życiem tego nie nazwę) wygląda następująco: po bezsennej nocy budzę się koło południa, przeglądam oferty pracy, wysyłam CV i gapię się tępo w monitor. Mija wiele godzin, zanim się zmuszę do ogarnięcia w jakimś stopniu domu czy ugotowania jakiegoś jedzenia. Zwykle nie potrafię. Czasem się trafi jakaś rozmowa, robię się na "bóstwo", idę, odpowiadam kulturalnie na pytania i dalej się gapię w monitor/telefon z nadzieją zaklinając go w myślach "błagam, zadzwoń, wyślij maila, COKOLWIEK". Wszystkie pasje poszły w odstawkę, bo nie jestem godna, skoro nie mam pracy. Czuję się jak warzywo.
Mój partner o tym nie wie, ale z dnia na dzień jest coraz gorzej. Czuję się jak najgorszy odpad, zwykły śmieć bez pracy. I nie wie o tym, że gdy go nie ma albo gdy śpi, zerkam nieśmiało na okno i mam coraz większą pewność, że to wszystko nie ma sensu. Jedyne, co mnie powstrzymuje, to fakt, że przy tej wysokości mogę przeżyć, ale jest mi coraz bardziej wszystko jedno. Jestem wręcz pewna, że w końcu to zrobię bez zważania na konsekwencje, bo zwyczajnie nie dam rady dłużej.
Nie rozumiem, jakim cudem są osoby, które utrzymują się z różnego rodzaju zasiłków i jest im z tym dobrze, gdy ja ledwo przeżywam kolejny dzień na chrzanionym bezrobociu. Ja nie chcę tak żyć. To nie jest żadne życie.
Zawsze byłam nieśmiała, co wiązało się z gnębieniem mnie w podstawówce i gimnazjum. Gdy tylko chciałam coś powiedzieć, zaczynały się teksty typu "wooow, to ty umiesz mówić?" Tak moje życie wyglądało do rozpoczęcia liceum.
Na początku dowiedziałam się od lekarza, że mam Hashimoto - niedoczynność tarczycy. Jakiś czas później w trakcie wakacji koleżanka zauważyła na mojej głowie małą, łysą plamkę. Mama od razu zabrała mnie do lekarza. Dostałam jakieś maści i miało mi przejść. No, nie przeszło. Gdy zaczęłam liceum, musiałam czesać się tak, aby nie było nic widać. W ostatniej klasie było już tak źle, że padła decyzja o zakładaniu czapki, bo na tamtą chwilę nie chciałam słyszeć o perukach. Moja wychowawczyni o wszystkim wiedziała, uprzedziła też nauczycieli, którzy mnie uczyli. Uczniowie nic nie wiedzieli, niektórzy może się domyślali. Choroba pojawiła się w związku z chorą tarczycą połączoną z silnym stresem. Możecie się domyślić, że od chodzenia w czapce stres nasilił się jeszcze bardziej. Zawsze starałam się nie siadać przed kimś, żeby przypadkiem mi tej czapki nie ściągnął, stawałam gdzieś pod ścianą, unikałam wszystkich osiemnastek jakie były w tym czasie, nie miałam w ogóle życia. Na każdym kroku bałam się, że ktoś zobaczy co mi jest. Ubłagałam nawet lekarza o zwolnienie z lekcji wf-u.
Pewnego dnia w szkole wpadł do klasy jakiś nauczyciel, zaszedł mnie od tyłu i ściągnął mi czapkę. Ja w panice wyrwałam mu tę czapkę i założyłam najszybciej jak mogłam. Nie wiem, czy coś zobaczył, czy po prostu zorientował się, że coś jest nie tak i powiedział, żebym przyszła potem do jego gabinetu. Przeprosił mnie, ale ja pamiętam tę sytuację do dziś. Innym razem pisaliśmy w klasie próbną maturę, a pilnowała nas nieznana mi nauczycielka. Kazała mi ściągnąć czapkę. Ja powiedziałam jej, że nie mogę. Ona kazała podać moje nazwisko żeby mogła mi wstawić naganę. Ja rozpłakałam się i wybiegłam z sali.
Ostatnie dni przed maturą mieliśmy wolne i wtedy byłam już prawie kompletnie łysa. Stres zjadł mnie do resztek i już nie miałam sił. Wyznałam mamie, że nie chcę już żyć, że nigdy nie będę normalna, że patrząc na włosy innych dziewczyn czuje się najgorzej na świecie, że nikt nigdy mnie nie pokocha. Wtedy ona przekonała mnie do peruki. Gdy przyszłam w niej na maturę, wszyscy domyślali się co jest grane, mówili, że ślicznie wyglądam, żeby podtrzymać mnie na duchu. Maturę zdałam, dostałam się na studia, w trakcie poznałam chłopaka, z którym jestem do dziś.
Minęło już sporo lat, a ja dalej nie mogę pogodzić się z chorobą. Patrząc na inne dziewczyny, czuję się nikim. Jestem 10 razy bardziej nieśmiała i boję się wszystkiego. Nie mogę robić wielu rzeczy. Wszystko przez stres. Czasami zastanawiam się, czy jeśli nie byłabym gnębiona w młodszych latach, to byłabym dzisiaj normalna.
Wyszłam za mąż z rozsądku, ze strachu przed samotnością? Nie wiem.
Miałam 29 lat i fajnego faceta. Miły, rozsądny, opiekuńczy, ogarnięty i dość przystojny. Do tego wiem, że mnie kochał. Mnie też nie był obojętny, zależało mi na nim ale nie było żadnych fajerwerków.
Wszyscy bliscy mi mówili, że to świetny gość i lepszy się nie trafi, a zegar tyka. Nie ma na co czekać i trzeba wychodzić za mąż.
Mówiłam mamie o moich wątpliwościach, ale stwierdziła, że życie to nie film i miłość nie wygląda jak w romansach i to co czuję, to na pewno to. Stwierdziłam, że pewnie ma rację, a ja przesadzam. Wyszłam za niego. To było 3 lata temu.
Nie jestem szczęśliwa. Nie jestem też nieszczęśliwa, po prostu jestem. Mój mąż nie okazał się nagle jakimś zaborczym psychopatą. Nie. Jest dokładnie tym samym facetem, za którego wyszłam. Żyjemy sobie razem powolutku. Szanujemy się, a poza tym rutyna i nuda. Uniesień brak.
On nadal mnie kocha, mnie nadal na nim zależy, ale nie wiem czy to miłość. Nie sądzę, że tak powinno wyglądać małżeństwo, ale jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby cokolwiek z tym zrobić.
Studiuję zaocznie, a z uwagi, że mam duże mieszkanie, w którym mieszkam sam to podczas zjazdów nocuje u mnie kilkoro znajomych ze studiów. Ogólnie sami artyści, więc wiadomo, różne dziwne akcje się dzieją. Ale dzisiejsza przerosła wszystko. Zadzwonił do mnie jeden z kolegów, którzy u mnie nocują i zapytał się czy może wpaść ze swoją koleżanką i czy może zamknąć się z nią w łazience na 15 minut, bo potrzebują wanny. Jakby no, ja i tak zaraz wychodziłem, więc mówię luz, pewnie jakieś cimcirimcim, norma. Ale nie, to nie było cimcirimcim. Potrzebował wannę, żeby tę dziewczynę... ochrzcić.
O tym, jak wymusiłem na szkole remont toalet.
Chodziłem do szkoły samochodowej, od kiedy do niej chodziłem, toalety były w opłakanym stanie. Nie pamiętam kiedy była ciepła woda, a mydło i papier pojawiały się, gdy w szkole były różne uroczystości. Nawet brakowało desek sedesowych. I tak w sumie żyłem do końcówki 4 klasy.
Został miesiąc do matury, pierwsze dwie lekcje to były matematyki. Klasa pisała próbną maturę, a osoby, które jej nie zdawały (w tym ja) miały przyjść na 3 godziny. W szkole byłem 30 min wcześniej niż powinienem być. No i tak siedzę z kolegą na korytarzu i gramy w makao. Nagle podeszła pani wicedyrektor, która zaczęła wyzywać nas od gówniarzy, którzy unikają lekcji. Na nic były tłumaczenia o próbnej maturze. Jak już staliśmy pod klasą, obiecałem jej, że ta szkoła mnie zapamięta. Uruchomiłem kontakt do znajomego, co pracuje w dużej gazecie. Napisałem do niego jak wygląda życie w tej szkole. Brak papieru, mydła, desek, że w kabinie nie można się zamknąć itd. Przyjechał zrobił materiał i opisał na stronie internetowej tej gazety. Oczywiście za moją prośbą powiadomił sanepid i kuratorium.
W sumie w ciągu tygodnia mieliśmy w szkole nalot dziennikarzy, sanepidu oraz kuratorium. Uznali, że szkoła nadaje się do zamknięcia, jeśli nie zostanie wyremontowana. Remont ruszył w czerwcu, a teraz uczniowie mają nowe toalety, mają mydło, papier oraz ciepłą wodę w kranach. Wicedyrektor jak i główna zostali zmienieni na nowych.
W końcu po 4 latach obiecywanych remontów da się w tej szkole normalnie zrobić dwójkę i nie trzeba iść na stację benzynową.
Po 17 latach toksycznego związku, uwolniłam się w końcu od partnera psychopaty. Dwa lata zajęło mi tak zwane dojście do siebie, no i w końcu nadszedł czas na randki. No i tu zaczyna się problem. Jak większość zapracowanych ludzi, postanowiłam skorzystać z portali randkowych. Niestety okazuje się, że ja kompletnie nie umiem odsiewać plew od ziarna...
Pierwsze spotkanie - facet 30 lat starszy niż na zdjęciu na portalu, kiedy wstał od stolika i zamachał do mnie, dopiero się domyśliłam, że to mój wybranek. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam, bo o czym tu gadać...
Drugie spotkanie - kawa, rozmowa nawet się kleiła, pan mnie zapewniał, że przeszłość pozostawił za sobą i ruszył do przodu ze swoim życiem. Idziemy na lunch i pomiędzy złożeniem zamówienia a jego realizacją facet zaczyna mi płakać, bo był żonaty 20 lat, sam jest od 4 miesięcy i tęskni za dziećmi. I te łzy wpadające do talerza ze spaghetti i wzrok kelnerki pt. "co ja zrobiłam temu biedakowi"...
Numer trzy - kaleka, który przedstawiał się, że jest czynnym sportowcem, nie, nie był ani czynny, ani sportowcem.
Numer 4 - koleś obrzucał wyzwiskami swoją byłą żonę, wyszłam po kilku minutach, musiałam zgłosić jego numer na policję, bo wysyłał mi SMS-y z pogróżkami.
Numer 5 - byłam jego trzecią randką w życiu, oboje jesteśmy po czterdziestce...
Numer 6 - nie mógł zrozumieć, dlaczego nie chcę przedstawić mu swojej 18-letniej córki tego samego dnia, kiedy go poznałam...
Mój ostatni wyczyn pobił wszystkie - po 6 miesiącach znajomości zamieszkaliśmy razem, myślałam, że w końcu ułożyłam sobie życie i będzie pięknie, po kolejnych 5 miesiącach mój wybranek został zatrzymany za posiadanie i handel, wyrok - 7 lat.
Co jest ze mną nie tak? Gdzie ta cholerna czerwona lampka, ja się pytam???
Boję się chłopaków, wiem jak to brzmi.
Mam 21 lat i już od początku podstawówki do końca gimnazjum byłam w klasie, gdzie znajdowało się dużo chłopaków. Na początku dziennym były żarty z podtekstami, łapanie za tyłek, czy podglądanie w szatni. Oczywiście nikt się tym nie zajął gdy prosiłam o pomoc, za to zostałam wezwana do szkolnego pedagoga, gdzie powiedziano mi, że to tylko chłopcy i żebym się tym nie PRZEJMOWAŁA.
W wieku 17 lat poznałam chłopaka, którego polubiłam, ale niestety był strasznie nachalny i nie rozumiał słowa "nie". Gdy chciałam skończyć znajomość, ten wypisywał po wszystkich moich znajomych, nie dawał mi spokoju. Gdy przeniosłam się do liceum to zaczęło się prawdziwe piekło, nie wiem dlaczego faceci tak do mnie lgnęli, ale zdjęcia swoich penisów, gwizdanie na korytarzu, wypisywanie, były dla mnie codziennością. Gwoździem do trumny było zdjęcie dziewczyny bardzo podobnej do mnie w dość wyzywającej pozycji, oczywiście ci którzy mnie znali wiedzieli, że to nie ja i że nigdy bym sobie takich zdjęć nie zrobiła. Zdjęcie szybko się rozniosło, popadłam w paranoję,e bałam się cokolwiek zrobić, zaczęłam nosić tylko duże ciuchy, żeby nie kusić chłopaków. Na domiar złego miałam wrażenie, że ktoś stoi mi pod oknem, które jest dość nisko osadzone. Było jeszcze o wiele więcej podobnych sytuacji, o których nie chcę pisać.
Rozumiem, że są młodzi i, że hormony buzują, ale brak szacunku i poszanowania czyjeś przestrzeni osobistej jest obrzydliwe. Byłam traktowana jak obiekt seksualny, a nie jak kobieta. Brzydzę się siebie i mężczyzn. Mam nadzieje, że kiedyś spotkam kogoś wartościowego.
Dodaj anonimowe wyznanie