#5fBNj

Nie lubię mojego synka. Kocham go jako ojciec, ale jako osoby go nie lubię. Wiem, jestem okropny.
Mamy z żoną jeszcze ośmioletnią córkę, Kingę. Fabian ma pięć lat.
Od urodzenia jest płaczliwy, jako niemowlę nie schodził nam z rąk. Odstawienie od piersi było regularną wojną, która skończyła się niemal rok temu.
Fabian boi się niemal wszystkiego. Mimo zachęt do zabawy z innymi dziećmi, wiecznie jest do nas przylepiony. Na placu zabaw buja się delikatniej niż roczny maluch. Z innych zabawek nie korzysta. Wszystkie zwierzaki go przerażają, nie licząc rybek w akwarium. Żadne zwierzę nigdy nic mu nie zrobiło. Ma lęk wysokości. Wody też się boi. Nad morzem zbierał z nami muszelki, dopóki woda nie musnęła mu stóp. Od tej pory nie ruszał się z koca. Raz zabrałem dzieciaki na basen, żeby żona miała czas tylko dla siebie. Córka spotkała tam swoją koleżankę, z którą się bawiła. Udało mi się namówić Fabiana, żeby wszedł do brodzika dla najmłodszych dzieci. Moczył stopy, dopóki roczna dziewczynka nie pochlapała go lekko wodą. Ze względu na córkę zostałem do ustalonej godziny, ale mały siedział mi kolanach i żadne zachęty nie pomagały.
Rok temu na urodziny dostał rower, z bocznymi kółkami. Raz prawie się przewrócił, od tej pory rower stoi w garażu. Żadne zachęty nie pomagają.

Wiem, że w dużej mierze problemem jest moja żona. Jest nadopiekuńcza. O ile Kinga zawsze chciała robić wszystko sama i jakoś żona odpuściła, to z Fabianem tak nie jest. Moje prośby i próby namawiania małego, żeby się chociaż sam ubrał i mył, kończą się awanturą. Żona uważa, że nasz syn po prostu jest high need baby, a my musimy pokochać go takim jakim jest zamiast wymyślać psychologów i jakieś terapie (czytałem o terapii sensorycznej i proponowałem, żebyśmy spróbowali).

Męczy mnie ta sytuacja i mam wyrzuty sumienia z powodu moich uczuć. Mały nie umie bawić się sam, przedszkole nie wypaliło, chociaż walczyłem o to pół roku. Mały popłakuje, bo np. kot sąsiadów się na niego patrzy, bo bajka się skończyła, bo ktoś powiedział do niego Fabian zamiast Fabianku. Śpi z żoną, ja u małego w pokoju. Nie pamiętam, kiedy ostatnio razem spaliśmy. Po iluś kłótniach odechciało mi się rozmów. Żona nie widzi problemu.

Kinga czasem się złości, bo np. chciałaby mieć mamę tylko dla siebie, ale Fabian jest zazdrosny i zabiera całą uwagę matki. Chciałaby też np. wybrać się całą rodziną na rowery czy do parku rozrywki, ale zawsze kończy się na tym, że mały się boi, więc siedzi z żoną, a ja jestem z córką. Przyznała, że nie lubi brata i nie bawi się z nim, bo on o wszystko płacze i potem mama się na nią gniewa. Poza tym Fabi nie chce się dzielić zabawkami z siostrą i kuzynami.

Powoli mam dość. Rozumiem, że syn jest wrażliwy, ale nie chcę, żeby wyrósł na ofiarę losu.

#Ef8WL

Ta pandemia mnie niszczy...
Nie chodzi o to, że nie mogę wyjść itp. Zrozumiałam, że nie mam żadnych przyjaciół. Nikt ze mną nie rozmawia itp. Nie pyta, co u mnie. Ja jak napisze, to widzę, że wszyscy mają mnie gdzieś. Teraz zostałam kompletnie sama. Szczerze to nie wiem czemu. Zawsze byłam miła dla wszystkich. Starałam się jak najlepiej. Pomagałam.

Dzisiaj zostałam kompletnie sama. Coraz częściej sięgam za alkohol. Jak napisze do kogoś, to nikt nie ma czasu rozmawiać (wymówki)... Albo nie odpisują. A sam nikt z siebie nie napisze. Jestem sama i nie wiem jak przeżyję przez tę pandemię. Nie mam nikogo.

#rTKq5

Trzy tygodnie temu pozbyłam się swojej tożsamości.

Tzn. nie dosłownie - nadal mieszkam w tym samym miejscu, mam tak samo na imię, rozmawiam z mamą (jedyna rodzina poza wujkiem z którą nam kontakt). Ale poniekąd "pozbyłam się" swojej przeszłości.

Zaczęło się miesiąc temu, od pewnej sytuacji, która zmieniła moje życie (i nie mówię tu o kwarantannie). Pierwsze półtora tygodnia byłam załamana, nie kontaktowałam - straciłam 4 kg., bo tak naprawdę piłam tylko wodę, nic nie jadłam. Potrafiłam dzień w dzień siedzieć i tylko gapić się na ścianę. Po czym trzy tygodnie temu podjęłam decyzję.

Wykasowałam wszystkie media społecznościowe (i tak nie mam żadnych znajomych, jestem bardzo zamknięta w sobie. Nikt nie zauważył), wszystkie numery telefonów poza lekarzem i mamą też już zniknęły. Zdjęcia, większość książek i ubrań, pamiątek. Zostały tylko te najważniejsze. Niczego nie żałuję. Po kwarantannie zamierzam dokończyć studia, odłożyć trochę kasy, na tyle żeby móc wyjechać z kraju, w którym obecnie mieszkam. A potem zniknąć.

#HM03h

Nie rozumiem tego całego celebrowania personelu medycznego. Podobno ludzie szybko zapominają dobre, jednak w tym wypadku zapomnieli złe.

Nie pamiętają już, jak opryskliwe pielęgniarki na SOR-ach traktowały ludzi. Nie pamiętają już lekarzy, którzy ich totalnie olewali, aż nie poszli prywatnie, żeby napchać ich już i tak pełne kieszenie. Bagatelizowanie naszych obaw, zapisywanie leków, z których mają korzyści. Oni nas ratują, bo muszą, jeśli któryś teraz pójdzie na L4, może się pożegnać z pracą. Jest nacisk z góry. Nie mówię, że wszyscy, ale ci ludzie robią to, bo muszą.
Ja traktuję to jako spłatę ich długu wobec społeczeństwa za te lata pomiatania ludźmi.

Może jestem jakiś aspołeczny, ale nie rozumiem też jak ludzie mogą się podniecać tym, że np. jakaś firma dała jakąś kwotę na maseczki. Ludzie! Te maseczki, rękawiczki i inne wszelkie niezbędne środki powinny być! Dlatego, że płacimy na to ciężkie pieniądze. Podatki, składki, ubezpieczenia. Z czego się cieszyć? Że rozkradły nas zagraniczne przedsiębiorstwa, a teraz spluwają nam marny promil swoich zysków? Kiedy w końcu przejrzymy na oczy?

#qsTMb

Nie umiem się odciąć od rodziców.

Mieszkam sama w dużym mieście i już pracuję kilka lat, a odkąd wyprowadziłam się na studia, codziennie wieczorem moja mama dzwoni i gada kilkanaście minut, a czasem godzinę. Tłumaczyłam, próbowałam też wyłączać telefon, albo wyciszać i tłumaczyć, że to zabija moje życie towarzyskie... bo mam nagle 15 połączeń nieodebranych od własnej mamy - nie w odstępach czasu choćby 1h, a co 2 czy 5 minut.

Wychodzę ze znajomym i nie usłyszę telefonu - na pewno ktoś mnie gwałci w toalecie, albo leżę martwa na parkingu. Znajomi też to zauważają i komentują. Ten argument też nie trafia. Jedynie wyjścia z jedną z przyjaciółek moja mama traktuje jako bezpieczne i nie dzwoni. Doszło do tego, że na wyjście na jakąś randkę czy spotkanie w domu z facetem kłamię mamie, że wyszłam do sklepu albo idę z koleżanką do kina. Z drugiej strony randka i co chwila dzwonienie, głównie mamy właśnie, sprawia, że się tym stresuję... a w weekend mama dzwoni o różnych porach.

Chodzi też o spowiadanie się z własnego życia, bo jak nie odbiorę, to dopytuje gdzie jestem i co robię. Zawsze byłam grzeczną dziewczyną, teoretycznie dorosłam, a myślę, co rodzice powiedzą... Nie umiem sama podjąć różnych decyzji typu spontaniczny wyjazd nad morze, bo jak zadzwoni i spyta gdzie jestem, a powiem, że sama sobie pojechałam gdzieś, to będę słuchać pretensji, a ona przeżywać, że coś mi się na pewno stanie.

Nie chcę odcinać się od mamy całkowicie ani krzyczeć, skoro rozmowa nie pomaga, ponieważ w innych kwestiach mam pełne wsparcie rodziców. Tata jest po stronie mamy, że przecież ona się martwi i musimy ze sobą mieć kontakt, ale ja wolałabym ten kontakt raz na tydzień. Do brata mama nie dzwoni, bo ten ma żonę i to facet i mama potrafi zaakceptować ten fakt. Brat sam mi powiedział, że nawet nie mówił, kiedy gdzieś wychodził, ale mama zazwyczaj do mnie dzwoni o tej porze, kiedy już gdzieś jestem, więc trudno mi też zatajać tę informację, a potem są pretensje, że nie powiedziałam, że gdzieś idę.

Rodzice nie mieszkają na co dzień razem, mamie brakuje rozrywki (jak jest np. u znajomych na imprezie, to nie dzwoni i ja też nie i wtedy może się nie przejmować).
Nie wiem już jak ograniczyć nasz kontakt, żebym mogła czuć się psychicznie lepiej.
Nie przejmuję się co ludzie powiedzą, ale co mama powie. I czuję się tym zniewolona.

#908xF

Sporo tutaj śmiesznych / absurdalnych sytuacji z portali randkowych, więc postanowiłam podzielić się moją:

Kilka lat temu, pod koniec studiów, postanowiłyśmy z koleżanką założyć sobie konta na jednym z popularnych portali - trochę z ciekawości, a trochę licząc, że może akurat kogoś spotkamy.

Po kilkunastu ofertach sponsoringu i starszych panach, szukających kochanek, odezwał się Mirek. Mieliśmy takie same zainteresowania, fajnie się gadało, spotkaliśmy się. Okazało się, że Mirek jest w podobnej sytuacji jak ja - niedawno skończył dosyć wymagające studia, znalazł pracę w swoim zawodzie i zaczyna się usamodzielniać.

Zaczęliśmy się spotykać i początkowo był idealnym partnerem, potem coraz więcej rzeczy zaczynało mnie nieprzyjemnie zaskakiwać. Mirek nie przedstawił mi swoich znajomych, mimo że spotykaliśmy się z moimi. Mirka nie znał też nikt ze środowiska naszych wspólnych zainteresowań, no ale przecież nie musiał się udzielać publicznie. Ogólnie niechętnie dawał się zaciągać na związane z nimi wydarzenia, wspólne zainteresowania jednak szybko mu się znudziły. Ogólnie miał mi za złe, że interesuję się czymkolwiek poza nim i pracą. O swojej, o dziwo, nie za bardzo chciał rozmawiać, podobnie jak o ewentualnej wyprowadzce od rodziców.

Tak to sobie trwało jakiś czas, aż wreszcie wpadłam na mieście na kolegę i jego znajomego, Arka. I wtedy okazało się, że Arek zna Mirka, bo studiowali razem. Z tym, że Mirek studiów nie skończył, rzucił je na ostatnim roku, bo nie chciało mu się pisać pracy. Arek po studiach stracił z nim kontakt, ale z tego, co wiedział, Mirek nigdy nie pracował w zawodzie, tylko łapał się dorywczych prac, a głównie utrzymywali go rodzice. Mirek nigdy też nie interesował się żadną z wymienianych na początku rzeczy.
Chociaż wersja Arka dużo bardziej pasowała mi do rzeczywistości, postanowiłam to z Mirkiem skonfrontować. Jakież było moje zdziwienie, gdy do wszystkiego się przyznał i powiedział, że jak zobaczył mój profil na portalu, to uznał, że jestem ambitna, więc zapewne będę dobrze zarabiać i go utrzymywać. A "wspólne zainteresowania"? Obczytał się w internecie ile mógł i przez kilka tygodni "przygotowywał się" tak do każdego spotkania.
Z Mirkiem oczywiście zerwałam, a on potem jeszcze przez kilka miesięcy chodził i opowiadał moim znajomym, że rozstaliśmy się, bo uznałam, że za mało zarabia.

Z jednej strony nadal nie pojmuję, jak można być takim palantem, a z drugiej strony - to przygotowanie to w sumie nawet podziwiam, bo zwodził mnie i moich znajomych przez dobrych kilka tygodni :D

#ZVLR3

Jestem impotentem.
Ciężko przechodzi mi to przez palce na klawiaturze, ale muszę się pogodzić z prawdą. Miałem w przeszłości kilka prób i zawsze zawodziłem. Ratowałem się jakoś i mimo że nie zostałem odepchnięty, to sam odpychałem te kobiety. Na dłuższą metę to nie miało sensu.

Zacząłem ćwiczyć, zmieniłem dietę, brałem różnego rodzaju suplementy (z żeń-szeniem np.) i czekałem. W moim życiu pojawiła się nowa kobieta. Kilka razy się spotkaliśmy i zaczęło mi zależeć. To kwestia czasu, aż znowu zawiodę i będę musiał odejść w cień. Kupiłem ostatnio magiczne tabletki, które miałby mi pomóc z moim problemem. Wykonałem "próbę generalną" i efekt jest daleki od zadowalającego. Ze wstydem na twarzy (i nie tylko) muszę zaakceptować rzeczywistość. Nie mogę spojrzeć teraz w swoje odbicie w lustrze. Co ze mnie za facet...

#iwani

Jest mi tak wstyd...

Mam 19 lat. Mam dużą wiedzę z zakresu pierwszej pomocy i medycyny.
Co roku biorę udział w zawodach pierwszej pomocy, zawsze miałam 1 albo 2 miejsce.
Straż pożarna mnie szkoli.
Chcę iść na studia medyczne.

Jest jeden problem.

Działam w ASG, zawsze mam ze sobą apteczkę, bo tam często coś się dzieje - ktoś zemdleje, ktoś krwawi, bo się przewrócił itd.
No właśnie. Okazało się, że gdy komuś coś się dzieje, to ja zamiast pomóc zaczynam panikować i robi mi się słabo do tego stopnia, że sami muszą mną się zająć.

#4hD43

Mam 21 lat, studiuję w Krakowie, moja mama urodziła mnie, gdy miała 18 lat, więc w tym roku będzie obchodzić 39 urodziny. I ciężko mi to pisać, ale mam głupią matkę. Wiem, że mogę się zaraz spotkać z setkami komentarzy o tym, jakim to jestem niewdzięcznym dzieciakiem. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo kocham moją mamę, ale to nie zmienia faktu, że kobieta inteligencją nie grzeszy.

Zacznę od drobnego przykładu: od jakiegoś czasu mama ma smartfona, umie sobie do kogoś zadzwonić czy odpisać na SMS, ale cokolwiek więcej to jest od razu straszny problem. Kiedyś zaczęła rzucać telefonem i ostatecznie zawiozła go do serwisu, bo „się zepsuł”, a tak naprawdę przez nieuwagę ściemniła ekran do maksimum i nic nie widziała. I znowu nie chcę być źle zrozumiana, nie wymagam od niej nie wiadomo czego, ale w obecnych czasach umiejętność podstawowej obsługi urządzeń jest po prostu niezbędna, mama jest przecież jeszcze bardzo młoda, a nie umie sobie ustawić dzwonka w telefonie.

Jakiś czas temu zaczęła namiętnie czytać różne portale i gazety internetowe, ale w ten sposób, że odpala przeglądarkę i czyta newsy, które akurat się pojawią gdzieś dookoła w reklamach czy propozycjach, a nie muszę chyba tłumaczyć, jakie tam są pierdoły... Oczywiście we wszystko wierzy, bo przecież tak napisali. Kiedy próbuję jej delikatnie wytłumaczyć, żeby nie wierzyła we wszystko co tam zobaczy i dla porównania podsuwam jej bardziej wiarygodne źródła - obraża się.

Z obsługą komputera jest chyba jeszcze gorzej, mama uwielbia robić zakupy online, wchodzi na różne bardzo mało wiarygodne strony, a później każe nam coś stamtąd zamawiać. Ona sama nie zamówi, bo nie ma maila, ani nawet nie do końca wie jak on działa. MAIL!! (przypominam 39 lat, to nie jest podeszły wiek).

Już kilkukrotnie była na kursie na prawko, ale rezygnowała, bo trzeba się pouczyć, bo trzeba coś przyswoić itd. Nie chcę nawet myśleć, ile kasy rodzice na tym stracili.
Mój młodszy brat jest w 5 klasie, mama nie umie pomóc mu w prostych zadaniach, bo sama ich nie rozumie, a o rzeczach typu tabliczka mnożenia możecie zapomnieć. Zdarzało jej się dzwonić do mnie do Krakowa, bo „brat potrzebuje pomocy, a ona nie ma do tego głowy”.

Nie ma pracy, ale obraża się, że musi zajmować się domem. Zdarza się, że jest agresywna, krzyczy, jest wybuchowa i impulsywna. Współczuję tacie - jest człowiekiem o wielkim sercu, bardzo zależy mu na rodzinie, chociaż czuję, że rodziców nie połączyła miłość, a dzieci.

Ja powoli coraz bardziej się usamodzielniam, mam pracę, studiuję, dopiero kwarantanna i chwilowy powrót do rodzinnego domu przypomniały mi, jak to było mieszkać z mamą. Gdzieś w środku boję się, że będę kiedyś taka jak ona: głupawa babka od prania skarpetek, która nie potrafi rozwiązać zadania na poziomie 5 klasy.
Dodaj anonimowe wyznanie