Miałam znajomą, która narobiła wielu osobom długów.
Jak?
Zacznijmy od tego, że sama od wielu lat jest zadłużona, ale że pracowała zawsze na czarno i co jakiś czas zmienia miejsce zamieszkania, komornik nie miał jak ściągać od niej zadłużenia. Jej dług na ten moment wynosi jakieś 30 tys. i z tego co wiem ona zadeklarowała, że nie zamierza tego spłacać. Rozumiałabym gdyby próbowała chociaż spłacić, ale nie...
Najpierw standardowo kredyty w bankach, potem w parabankach, później zamawiała jakieś rzeczy z internetu z odroczoną płatnością typu kursy w ESKK, kosmetyki w Avonach itp. Jeździła ciągle bez biletu, więc nazbierał jej się jeszcze dług za mandaty. Ale to nie koniec.
Zaczęła namawiać na kredyty członków rodziny. Bo ona potrzebuje tego czy tamtego. Namówiła tak 3 osoby z rodziny w dość krótkim czasie, na każdego po 1000 zł kredytu. Obiecała że będzie spłacać, oni oczywiście nie wiedzieli o jej skłonnościach do niepłacenia zobowiązań bo skrzętnie to ukrywała. Nikt nie wiedział o jej zadłużeniach, mówiła tylko, że nie ma zdolności kredytowej z powodu pracy na czarno. Tym sposobem narobiła zadłużeń członkom rodziny.
Ale to nadal nie koniec.
Zaczęła w następnej kolejności namawiać na kredyty znajomych. Kierowana zaskakującym sprytem, namawiała na to osoby, które nie znają członków jej rodziny i tym samym była bardzo malutka szansa, że te osoby zostały poinformowane o tym, co zrobiła wcześniej. I tak namówiła matkę mojego kolegi i jeszcze kilka innych osób. Nic nie spłaca, jak nietrudno się domyślić, a te osoby nie mają żadnych dowodów, bo odbyło się to na wizji, nie przez komunikatory.
Później chciała namówić mnie - nie wiedziałam wtedy o jej kombinatorstwie, bo za bardzo nie utrzymywałam z nią kontaktu, ot znajoma jedna z wielu. Moje podejrzenia wzbudziło, gdy zaczęła do mnie ciągle przychodzić, wyciągać mnie na kawę, zapraszać do siebie. Trwało to kilka miesięcy, już wtedy podejrzewałam, że nie chodzi o zwykłe odnowienie znajomości, więc byłam po prostu czujna. W końcu padło zdanie "no bo wiesz, potrzebuję nowej lodówki, ale mam pracę na czarno no i wiesz... mogłabyś...?"
Nie, nie mogłabym. Nie biorę kredytów dla kogoś, po prostu nie i już, nie jestem głupia. Poza tym mam już kilka swoich kredytów i je spłacam, nie dostałabym i tak.
Po mojej odmownej odpowiedzi kontakt się urwał, a ja dopiero wtedy kolejno dowiadywałam się od znajomych, że pozaciągała kredyty na różne osoby i wyglądało to mniej więcej tak samo jak próba ze mną, chwilowe odnowienie znajomości, zapraszanie na kawkę, potem prośba o kredyt i dalej już zero kontaktu.
Uważajcie na takie osoby. Ja wiem, że nie jesteście głupi, ale czasem można naprawdę dać się takiemu komuś omamić i potem mieć problemy.
Urwałam z nią kontakt. Oczywiście wszystkich naszych wspólnych znajomych przed nią ostrzegam.
Mojej sąsiadce okradli dom. Średnio zamożne małżeństwo. Złodzieje rozpylili gaz usypiający i ogołocili cały dom, kiedy oni smacznie spali. Niestety daleko nie uciekli, bo na ich nieszczęście cierpię na bezsenność i z zadowoleniem oglądałam jak podjeżdżają dwa radiowozy i zgarniają tych, którzy nie zdążyli uciec. Resztę złapał leśniczy, który rano zobaczył śpiących w krzakach, zagubionych w lesie złodziei.
Pozdrawiam panów serdecznie. To była noc pełna wrażeń.
PS Dla ciekawskich: meble próbowali wnieść w wóz przeprowadzkowy.
Ludzie, zamykajcie okna w domach. Nie wiadomo co jeszcze wymyślą.
Zapewne o roszczeniowej postawie dzisiejszych ludzi wyznań było od groma, ale w końcu coś we mnie pękło.
Mojego obecnego męża poznałam kilka lat temu, dzieli nas kilka lat i wiele poglądów na różne sprawy. Ale dziś dzięki mnie jest innym człowiekiem, co sam potwierdza. Chłop ma fach w ręku, jego poprzedni szefowie zawsze go sobie chwalili, chciałam żeby poszedł na swoje. Założyliśmy wspólnie firmę, początki nie były łatwe, dzięki pomocy moich rodziców jakoś to przetrwaliśmy. Na dzień dzisiejszy stać nas nawet na kilku pracowników.
No właśnie, i teraz przechodzimy do sedna. Mój mąż ma dwie młodsze siostry, każda z nich z kilkorgiem dzieci. Jedna w związku z facetem, mają 4 dzieci, druga w zaawansowanej trzeciej ciąży, a ojca ani widu, ani słychu. Co chwila spotykamy się z prośbami o: zawiezienie gdzieś tam, kupienie zabawek dla dzieci (dość drogich), pożyczki pieniędzy (oddamy, jak będziemy mieli - trochę sobie poczekasz). I kiedy odmawiamy, słyszymy: NIE MACIE DZIECI, TO NIE ROZUMIECIE! Wszystko rozumiemy, proponujemy pomoc w znalezieniu pracy, nawet w naszej firmie coś się znajdzie, a z chęciami z ich strony jesteśmy w stanie rozszerzyć działalność. Oni jednak wolą żyć na socjalu, rodzić dzieci i liczyć, że wszystko dostaną od ludzi. Z początku im ulegaliśmy, ale teraz dostrzegliśmy nasze błędy.
To, że jesteśmy rodziną nie oznacza, że prowadzimy instytucję charytatywną, jeśli mam nadmiar pieniędzy, wolę oddać jakieś konkretnej fundacji. Jestem wykończona ciągłymi prośbami i mało brakuje aż wybuchnę, hamuję się, ale nie wiem ile to potrwa. A boję się, że jak pęknę, to rozpętam piekło. Wystarczyły nam chęci, żeby coś zmienić w życiu, to przecież nic wielkiego. Czasem warto zaryzykować.
Koronawirus
Mój mąż wrócił zza granicy na weekend tydzień temu, posiedzieliśmy w domu, a 2 dni po jego powrocie do pracy zaczęła zaczęła się u niego gorączka i duszności. Obecnie jest w szpitalu, potwierdzony koronawirus. Zadzwoniłam pod numer z internetu w razie zarażenia koronawirusem, zapytano, czy miałam kontakt z zarażonym w przeciągu kilku dni, odpowiedziałam, że tak (opisując całą sytuację).
- Czy gorączkuje pani?
- Nie.
- W takim razie proszę pozostać w domu, nie spotykać się z ludźmi i zadzwonić w razie gorączki lub duszności.
Na razie trzymamy to w tajemnicy, siedzę w domu jak w izolatce, ciotka przywozi mi zakupy i zostawia na podwórku (powiedziałam, że jestem mocno chora i nie chcę jej zarazić, bo ma małe dzieci). Mąż dostał leki i na ten moment jego stan się polepsza, teraz zapewnia mnie, że nie ma co panikować. Zapytałam jakie to uczucie odpowiedział, że jakby miał silną grypę i kaca jednocześnie. Podobno młody organizm radzi sobie bardzo dobrze z tym wirusem przy prawidłowym leczeniu. W szpitalu spędzi kilka tygodni. Nie tyle co boję się wirusa, co polskiego szpitala.
Umówiłam się z facetem poznanym przez internet. Mam prawie ośmioletnią córkę, którą sama wychowuję, mój były i jego rodzina nie życzą sobie mieć z nami cokolwiek wspólnego. Od razu uczciwie postawiłam sprawę, Mirek nie miał z tym problemu. Naprawdę dobrze nam się pisało, więc pewnej soboty umówiliśmy się w restauracji.
Ku mojemu zaskoczeniu Mirek przyszedł w towarzystwie dziewczyny z zespołem Downa. Okazało się, że Pola to jego młodsza siostra, opiekuje się nią na czas choroby matki (ich ojciec niestety nie żyje). Niezbyt mi to odpowiadało na pierwszym spotkaniu, zwłaszcza że Mirek mnie nie uprzedził. Mimo to postanowiłam nie obrażać się i być wyrozumiałą.
Poli nie zamykała się buzia, najpierw zdenerwowała się, że w menu nie ma zupy, ale Mirek ułagodził ją lodami. Co chwilę mówiła mu coś na ucho, odwracała jego uwagę, a on w zasadzie koncentrował się tylko na Poli. Okej, rozumiem, dziewczyna jest chora.
Niedługo później Pola zaczęła opowiadać, że jak ożenię się z Mirkiem, to będę jej pomagać, przepytywała mnie jakie zupy i naleśniki umiem zrobić, bo to jej ulubione dania. To już było dla mnie dużą przesadą, na co zwróciłam Mirkowi uwagę. Wtedy przyznał, że jego mamie już brakło sił do opieki nad Polą, więc szuka kobiety, która pokocha ich wszystkich i pomoże w opiece. Liczył, że skoro sama mam córkę i jestem taka sympatyczna, wreszcie mu się udało. Delikatnie mu wyjaśniłam, że dla mnie jest spora różnica między zdrową ośmiolatką, która pewnego dnia się usamodzielni, a Polą, która zawsze będzie potrzebowała opieki. Powiedziałam, że takie coś nie jest dla mnie, życzyłam im powodzenia i się pożegnałam.
Szkoda, bo Mirek jest bardzo fajnym facetem i chętnie poznałabym go bliżej, ale nie wejdę w związek z opieką nad upośledzoną dziewczyną.
I na tym by się sprawa skończyła, gdyby nie fakt, że matka Mirka jest koleżanką moich moherowych sąsiadek. Obsmarowała mnie przed nimi, jaką to hipokrytką jestem, że sama mam dziecko, a Pola mi przeszkadza. Moherki od dawna mają mnie za jawnogrzesznicę (samotna matka, do kościoła dziecka nie zabieram), więc zwisa mi i powiewa ich gadanina.
Mirek dzwonił do mnie i przeprosił za matkę, ale niesmak pozostał.
Wkurza mnie jedna rzecz. Mianowicie to, że od zawsze gloryfikuje się osoby o "silnym charakterze", czyli po prostu gadatliwe, towarzyskie, pełne energii. Problem w tym, że często do tego ekstrawertyzmu zalicza się też bycie niemiłym.
Jako introwertykowi smutno mi, że powiedzenie o kimś, że jest taki cichy, spokojny, mało mówi jest rzeczą wręcz negatywną. Natomiast jak ekstrawertyk mówi przykre dla kogoś rzeczy, to po prostu uznaje się, że "O! Ten to sobie umie w życiu poradzić. Każdego przegada!".
Jakiś czas temu publikowałam tutaj wyznanie o tym, że wstydzę się własnej siostry, która nie utrzymuje higieny (#f2kMF). W skrócie - moja siostra jest niechlujna, bałagani i swoim zaniedbanym wyglądem zwraca uwagę rówieśników. Nie ma zbyt wielu znajomych (to znaczy nigdy nie wychodzi w czasie wolnym na spotkania, nie prowadzi życia towarzyskiego). Siostra jest bardzo otyła z własnej winy, ma problem z myciem się, z myciem włosów, zębów. Jej zachowanie i problem z nią opisałam w poprzednim wyznaniu.
Ostatnio stało się coś dziwnego. Podczas śniadania w sobotę, siostra ogłosiła mi i rodzicom, że od dłuższego czasu pisze z pewnym chłopakiem przez internet. Chłopak ma 18 lat, podobne zainteresowania do niej. Poznali się w jakiejś grze, później zaczęli pisać ze sobą. Nikt nie wiedział, że ona z kimś pisze - myśleliśmy, że ona po prostu gra. Siostra ogłosiła nam, że chłopak chce się z nią spotkać i przyjedzie do naszego miasta pociągiem. Rodzice ucieszyli się, bo siostra nigdy z nikim nie wychodziła. Zaproponowali, że chłopak może zostać na weekend, żeby się z nim lepiej poznać. Poprosili też siostrę o jego zdjęcie i pokazała jakieś stare z Facebooka, na którym miał może 16 lat - no ale ok. Dzień przed przyjazdem chłopaka siostra nie zrobiła NIC - nie zmieniła koszulki, nie umyła włosów mimo, że rodzice jej kazali. Dramat. Czułam, że chłopak prędzej ucieknie niż zostanie. Ona nawet zostawiła syf w pokoju.
Nadszedł ten dzień. Rodzice kazali jej ubrać nową koszulę, ale dopiero w aucie zorientowali się, że pod kurtką ma na sobie brudny polar. Pojechali na dworzec po chłopaka, ja zostałam w domu.
Po 20 minutach wrócili w czwórkę. Chłopak, którego ujrzałam był dosłownie męską wersją siostry. Brudny, śmierdzący, z ogromną nadwagą, trądzikiem i tłustymi, długimi i pomalowanymi na czarno włosami (oczywiście z ogromnym odrostem), z dziewiczym wąsem. Jedno i drugie nie zjadło obiadu z nami, wzięli go do pokoju siostry - puste talerze zostawili na dywanie. Przesiedzieli w pokoju cały dzień i grali. W nocy on poszedł spać do innej sypialni - nad ranem z mamą musiałyśmy wietrzyć, bo tak śmierdziało. Drugiego dnia rodzice pojechali do znajomych, my w trójkę zostaliśmy i miałam "nadzorować" sytuację. Nadal siedzieli w pokoju, grali i śmierdzieli. Później oglądali anime, jedli chipsy i pili fantę. Śmierdziało aż na korytarzu. Oczywiście ani jedno ani drugie nie wykąpało się ani razu w weekend.
Poszłam do siebie, żeby pogadać z koleżanką przez telefon, później wróciłam i zapukałam do ich drzwi. Po chwili weszłam. Siostra leżała półnaga na łóżku, chłopak masował jej ogromny brzuch. Byłam w szoku. Nie wiem. Są już dojrzali, ich sprawa. Rodzicom nic nie mówiłam. Siostra i chłopak polubili się, za tydzień ona ma do niego jechać. Najgorzej, że są identyczni w kwestii higieny i manier.
O tym jak "ukradłam" niepełnosprawnemu dziecku kota...
W pewnym momencie mojego życia wszystko się zawaliło. Wszystkie plagi w jednym czasie... Zmarła moja babcia, która mnie wychowała. Chłopak mnie zostawił, okazało się, że był ze mną tylko po to, żebym pomogła napisać mu magisterkę, a dzień po oddaniu pracy wyprowadził się i zamieszkał ze swoją nową miłością, z którą de facto mnie zdradzał przez około pół roku. W pracy nie przedłużyli ze mną umowy i nie stać mnie było, aby utrzymać się w lokum, które wynajmowałam z (byłym od kilku dni) chłopakiem, przez co straciłam kaucję.
Płakałam, szukałam pracy i mieszkania i jeszcze raz płakałam.
Po kilku dniach użalania się nad sobą stwierdziłam, że trzeba wywalić śmieci i kupić coś do jedzenia, żeby dalej się użalać. Była to zima, dwa lata temu, kilka bardzo mroźnych dni, gdzie temperatura spadła do około -10. Wieczorem, gdy wyrzucałam śmieci zobaczyłam, że za śmietnikiem siedzi kot. Telepało go z zimna, był chudy, brudny. Pomimo iż nigdy wcześniej nie miałam zwierzęcia, wiedziałam, że zamarznie jeżeli tu zostanie. Wzięłam go na ręce. Nawet nie próbował uciec. Wtulił się we mnie, szukając ciepła, schronienia.
Nakarmiłam go, napoiłam, rozgrzałam i pojechałam do całodobowej kliniki weterynaryjnej. Wet powiedział, że zwierzę zdrowe poza odmrożonymi łapkami, przepisał maści, sprawdził chip i polecił co robić dalej, gdzie go oddać...
Ale po kilku dniach wiedziałam, że go nie oddam. Był cudowny, grzeczny, wdzięczny, typowy kanapowiec. Wreszcie miałam kogoś, kto ze mną był i mnie potrzebował.
Po około miesiącu znalazłam pracę i tanie mieszkanie, a dzień przed przeprowadzką w osiedlowym sklepie zobaczyłam ogłoszenie, gdzie ze zdjęcia patrzyła na mnie gruba jeszcze wtedy mordka "mojego" znajdka. Pani na papierze błagała o wszelkie informacje na temat kotka, gdyż w domu czekała na niego niepełnosprawna córka, która bardzo tęskni za swoim przyjacielem.
Przez całą noc myślałam, co zrobić. Znalazłam ogłoszenia w internecie gdzie znajdek przewijał się kilkukrotnie. Ale w końcu przeprowadziłam się na drugi koniec miasta i kota wzięłam ze sobą.
Czy żałowałam tej decyzji? Nie. Wierzę, że jest mu ze mną lepiej, lecz wiem, że skrzywdziłam chore dziecko i jego rodzinę...
Kot jakby odmienił mój los. Nowa szefowa jest kociarą, więc szybko złapałyśmy kontakt. Zaczęłam spotykać się z jej bratem, który również uwielbia zwierzęta, bardzo dobrze mi w nowym związku.
Mam kota na punkcie kota. Stałam się kociarą.
Czasem myślę, że źle zrobiłam, ale kot jest ze mną już dłużej, niż był z tamtą rodziną. Liczę, że adoptowali nowego kotka. Jasne, co jakiś czas jakieś wyrzuty sumienia mam i w różny sposób usprawiedliwiam swoją decyzję, lecz jej nie żałuję.
Pracowałem przez parę lat w jednej firmie IT. Mniejsza o to gdzie i czym dokładnie się zajmowała. Najważniejsze jest to, że zarząd firmy bardzo dbał o pracowników i byli bardzo wyrozumiali wobec wszystkich, niezależnie od formy umowy (kontrahent, śmieciówka, UoP). Chciałeś pracować z domu, bo masz dziecko chore? Nie ma problemu. Zachorowałeś i będziesz hospitalizowany przez kwartał bez UoP? Nie ma sprawy, będziesz miał wynagrodzenie. Spartoliłeś projekt? Nie ma problemu, wyjdziemy z tego razem. Ogólnie rzecz biorąc, firma wyjdzie z siebie, abyś czuł się dobrze w jej murach.
Pewnego razu zostałem przedstawiony, powiedzmy Kasi, miała dołączyć do któregoś projektu i pomóc przy jego realizacji. Pewien czas później przestała się pojawiać w biurze, a do projektu przydzielono kogoś innego.
Czas mijał, a ja się zorientowałem, że od dobrego roku nie widziałem jej w biurze. Już trochę w firmie byłem, więc pewne informacje do mnie przeciekały. Jak się okazało, Kaśka została dotknięta ciężką chorobą. Walczyła z przypadłością na różne sposoby, a z powodu zabiegów miała problemy z mówieniem, ogólne osłabienie organizmu, wylądowała na wózku i wyglądała źle.
Firma nadal pozwoliła jej pracować na różnych wymiarach etatu. Nie dostawała również niczego angażującego lub wymagającego presji czasowej. Po prostu spokojnie sobie zarabiała na podobnych warunkach, chociaż firma mogła po prostu zaprzestać współpracy, bo nie była na UoP, a czasem pracowała ledwie godzinę dziennie.
Rok później byłem na spotkaniu branżowym parędziesiąt kilometrów od firmy. Nudziłem się przez większość prezentacji, głowa opadała mi z nudów, aż w końcu wybudziłem się, ponieważ na scenie zobaczyłem Kaśkę. Mówiła bardzo wyraźnie, nie zdradzała oznak żadnej choroby. Zdziwiło mnie to, bo z tego co mi było wiadomo, nadal cierpiała i nie przebywała w biurze. Nie wypytywałem ją o przebieg choroby, ponieważ teoretycznie nic nie wiedziałem.
Po spotkaniu zrobiłem rekonesans w internecie i okazało się, że od momentu "choroby" Kaśka pracowała na pełnym etacie dla innej firmy, a z poprzedniej firmy ciągnęła drugą wypłatę na "frajera". Może by nie wpadła, gdyby nie fakt, że była na zdjęciach integracyjnych z nowej firmy, które miały wyraźną datę i miejscowość opisaną. Choroba była kłamstwem.
Zarząd wkrótce się dowiedział o wybryku i poprosił o wyjaśnienie. Wyjaśnieniem Kasi było przesłanie wypowiedzenia umowy z "wyfrajerowaną" firmą. Nie było mowy o zwrocie wynagrodzenia. Firma po prostu sobie darowała kontakty z taką osobą.
Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak można tak wykorzystywać serdecznych ludzi i żyć w takim kłamstwie. Świat IT na szczęście jest mały i podejrzewam, że ta plama w jej historii się nie zmyje.
W pewien okropnie szary, długi poniedziałek wracałam z pracy do domu. Zmęczenie i senność nie pozwalały mi na wykonywanie gwałtownych ruchów. Ledwo szłam. Nagle za rogu zobaczyłam dziewczynę, która do kogoś machała, ale zignorowałam to. Gdy się zbliżyłam do jej auta, ona wyskoczyła, krzyknęła coś w stylu: "Cześć, strasznie się spóźniłaś. Masz szczęście, że poczekałam, ale mi się spieszy!". Po czym wręczyła mi pakunek i odjechała. Próbowałam jej oczywiście powiedzieć, że to pomyłka i nigdy nie była ze mną umówiona, ale dziewczę było tak zajęte trajkotaniem o moim rzekomym spóźnieniu oraz o tym, że zaraz ma samolot, iż mnie nie słuchała.
Cała sytuacja trwała z kilka sekund. Zostałam sama przed swoim mieszkaniem z jakimś kartonem. Ze strachem zajrzałam do środka, a tam żółw! Taki dość duży. Próbowałam odszukać dziewczynę w Internecie, ale bez skutku. Tak zostałam właścicielką żółwia. Nie było to na początku nic fajnego, bo po pierwsze nie miałam pojęcia co ten żółw je (rośliny czy mięso), jak go pielęgnować, a ponieważ dostałam go w "opakowaniu" zastępczym, nie miałam gdzie go trzymać. Na całe szczęście w sąsiedztwie mam weterynarza, który poświęcił mi sporo czasu odpowiadając na wszystkie pytania i uspokoił (byłam przerażona).
Żółw ma się dobrze i na imię mu Mietek.
Dodaj anonimowe wyznanie