Mam starszą siostrę o prawie 8 lat. Ma własne życie, męża, córkę, pracę, mieszkanie i masę obowiązków. Jako że jestem tą młodszą, zawsze więcej mi pozwalano, dodatkowo kiedy byłam mała poważnie chorowałam, więc zostałam obdarzona dodatkową uwagą.
Całe życie uważałam, że moja siostra jest o mnie zazdrosna. Mimo że rodzice, dziadkowie dbali o nas po równo, jakoś zawsze ja byłam ta ważniejsza. Obecnie uczęszczam do liceum i tu zaczyna się wyznanie.
Idziemy ostatnio z siostrą i jej rodziną na spacer, przed nami widzę pewną dziewczynę, która się nabija z mojego chodu (wynik choroby z dzieciństwa). Przechodzi koło nas i rzuca obraźliwym komentarzem na mój temat. Słysząc to, moja siostra odwróciła się, przytrzymała za ramię pannę X (tak ją nazwijmy) rzuciła w jej stronę kilka ostrych słów i wróciła do nas. Dopiero po tej sytuacji otwarły mi się oczy - moja siostra prawie przez całe życie starała się mnie chronić, dawała rady, nie pozwalała mi się załamywać, strzegła mnie.
Dodatkowo wieczorem dowiedziałam się od babci, że gdy trafiłam do szpitala za młodu, moja 11-letnia wtedy siostra uciekła z domu, bo chciała być ze mną w szpitalu.
Myśląc o tym wszystkim wieczorem przed spaniem, popłakałam się jak małe dziecko.
Uważam, że mężczyzna i kobieta są biologicznie i kulturowo przystosowani do pełnienia swoich ról w społeczeństwie i domu. Części z was czytających może się to wydać trochę nie na czasie, ale tak nas natura stworzyła. Idźmy do właściwej treści wyznania.
Moja dziewczyna dostała w spadku mieszkanie po babci i po pół roku znajomości postanowiliśmy zamieszkać tam razem. Moja druga połówka jest za równouprawnieniem płci i oznajmiła mi, że nie ma zamiaru mi gotować, prać, sprzątać itp. Mam nauczyć radzić sobie sam, bo ona mnie nie będzie wyręczała. No spoko. Średnio mi się to podobało, ale czasy są jakie są, musiałem nauczyć się gotować i obsługiwać pralkę (mam 24 lata, świeżo wybyłem z domu i wcześniej takie rzeczy robiła za mnie mama).
Pewnego ranka mówi mi, że auto jej nie odpaliło i żebym coś z tym zrobił, schodzę na dół i mówię, że akumulator padł i trzeba go podłączyć do ładowania. Ona do mnie "wyciągnij go i naładuj". I wtedy mi się przypomniały jej wywody o równouprawnieniu i powiedziałem "Nie, nie, nie. Jak jesteś taka postępowa, to sama to zrób". I zaczęły się teksty "Ty jesteś mężczyzną" itp. Walnęła focha i zapomniała o równouprawnieniu.
Nie uległem. Odkręcała go z 40 minut na mrozie i z 20 minut wnosiła na trzecie piętro. Połamała sobie tipsy, podarła kurtkę, a na końcu zachorowała, bo przemarzła i ją przewiało. Ten akumulator ważył z ¼ niej.
Na kolejne sytuacje nie trzeba było czekać długo. Zamówiła szafkę pod telewizor do mieszkania z wniesieniem i jakie było jej zdziwienie, jak zorientowała się, że trzeba ją złożyć. Spojrzała na mnie, a ja na to, żeby dała znać jak skończy, bo idę sobie popykać na plejce. Trzy dni się męczyła i jej nie złożyła. W końcu przyszła i negocjowaliśmy - umówiliśmy się, że ja ją składam, a ona za to tydzień mi gotuje, sprząta, pierze, prasuje.
Są pewne rzeczy, do których facet jest stworzony i ma lepsze predyspozycje, jak i są pewne rzeczy, które kobieta powinna wykonywać, a nie równouprawnienie tylko tam, gdzie jest mi wygodnie. Facet jest od prac siłowych i takich, które wymagają zdolności manualnych, myślenia przestrzennego itp. Kobieta niech się zajmie za to domem i jakąś lekką pracą zawodową. Ona mi ugotuje, ja jej naprawię kran, ona mi wypierze, ja wymienię koło w samochodzie. Jakoś do tej pory to dobrze funkcjonowało. A jak już chce tego równouprawnienia, to niech to będzie prawdziwe równouprawnienie w każdym aspekcie życia, a nie tylko tam gdzie jej pasuje.
Moja planuje remont, ale będzie go chyba sama robić, bo ja palcem nie kiwnę, pomimo że wykończeniówka to dla mnie pikuś, bo mam ojca pracującego w tym zawodzie, który mnie uczył. Nie stać ją na fachowca, a ja nie zamierzam przychodzić z pracy do pracy i wyjmować sobie kilku miesięcy życia dla dziewczyny, którą znam ponad pół roku i która nie chce mi nawet obiadu ugotować.
Wiem, że to nie jest jakaś wspaniała historia, ale chciałam się nią podzielić.
Mieszkam w bloku, z okna mojego pokoju widać drugi blok od strony balkonów. Pewnego razu gdy patrzyłam przez okno zobaczyłam, że na balkon wyjeżdża chłopak w wieku 12 lat (ja mam 14), który jeździ na wózku inwalidzkim. Pomachał mi. Sytuacja kilka razy się powtórzyła.
Około dwa tygodnie temu zaczęliśmy grać sobie w papier, kamień, nożyce, a tydzień temu jak spojrzałam przez okno, chłopiec gdy tylko mnie zauważył pokazywał na palcach liczby. Po chwili zrozumiałam, że to numer telefonu i zadzwoniłam.
Od tygodnia codziennie o czymś gadamy. Pyta się, jak się czuję na e-lekcjach i takie tam. Dzisiaj powiedział mi, że wcześniej nie miał żadnych kolegów, bo wszyscy się z niego śmiali i że za każdym razem, jak mnie widzi przez okno i jak rozmawiamy, to poprawia mu się humor.
Fajnie jest być potrzebnym!
Kilka razy wyszłam z nim na spacer. Jest serio sympatyczny i ambitny i nie rozumiem, jak można się z kogoś śmiać przez niepełnosprawność.
Zdziczałam przez lockdown.
Na myśl o powrocie do pracy i wzmożonym kontakcie z obcymi ludźmi robi mi się bardzo niefajnie.
Najchętniej zamknęłabym się na cztery spusty w domu i wychodziła wyłącznie w stanie wyższej konieczności. :(
Historię, którą śmiało mogę nazwać najbardziej żenującą w swoim 20-letnim życiu, zrozumieją przede wszystkim panie... Rzecz tyczy się wizyty u ginekologa.
Jak wiadomo, wizycie u tego lekarza często towarzyszy stres i zakłopotanie. Jak to u ginekologa... pozycja "bierz co chcesz", a następnie badanie piersi.
A teraz wyobraźcie sobie, że podciągacie biustonosz, a z niego wylatuje wam 2,50 zł w 1-, 2- i 5-groszówkach, których wcześniej nie miałyście gdzie wsadzić... Brzdęk monet o płytki na podłodze powoduje zmianę koloru twarzy na wściekłą czerwień i nagle po 20 latach zaczynasz się jąkać. Szybka kalkulacja w głowie "wyginać się nago w poszukiwaniu miedziaków po podłodze czy udawać, że nic się nie stało?".
Pan doktor nie wytrzymał, parsknął śmiechem i oznajmił, że mają kontrakt z NFZ, więc wizyta jest bezpłatna.
Nawet nie pamiętam, jaka była diagnoza.
W lipcu zaliczyłem moją pierwszą samochodową stłuczkę. Z mojej winy. Zagapiłem się na bardzo ładną dziewczynę, która ubrana w obcisłe spodnie, kręcąc tyłeczkiem, szła chodnikiem. Chwila nieuwagi i bum! - uderzyłem w samochód przede mną.
Do diabła ze stresem, kłótnią z kierowcą tego pojazdu oraz mandatem, który dostałem. Najbardziej wkurzył mnie fakt, że laska, na którą się zapatrzyłem, była w rzeczywistości bardzo "kobiecym" facetem!
Latem postanowiłem się wziąć za siebie. Od dłuższego czasu przeszkadzała mi marna (jak na moje standardy) kondycja. Stwierdziłem więc, że czas znowu wsiąść na rower i zobaczyć ile kilometrów jestem w stanie zrobić w ciągu miesiąca.
Stwierdziłem też, że to dobra okazja, żeby przyswoić kilka dobrych nawyków, które po rowerze stają się wręcz koniecznością + popracuję nad swoją śmiałością. Plan był prosty - gdy zobaczę jakąś ładną dziewczynę w trakcie jazdy, to pomacham/uśmiechnę się, ogółem wykonam jakiś miły w odbiorze gest. Sprawa mogłoby się wydawać wręcz banalna, a czynność kompletnie niewstydliwa, wszak jeżdżę zawsze w przyciemnianych delikatnie okularach, co ukrywa moje rozbiegane oczy w takiej sytuacji, no i widzę tę osobę dosłownie parę sekund, w końcu jadę na rowerze.
Gdy po przejechaniu 40 km powoli zacząłem się kierować w stronę domu, zauważyłem jakąś dziewczynę, więc chcąc wykonać gest, zbliżając się nieco zwolniłem. Będąc już naprawdę blisko, skierowałem wzrok na nią, ona popatrzyła na mnie... A ja przejechałem powolutku dalej, gapiąc się jak idiota, nie robiąc dosłownie niczego.
Wtedy właśnie doszedłem do wniosku, że nie ma dla mnie nadziei :P
Brat jest ratownikiem medycznym.
Pewnego razu otrzymali zgłoszenie, że pewna para się "zakleszczyła". Gdy przybyli na miejsce okazało się, że zakleszczony mężczyzna to ksiądz z jedną ze swoich parafianek. Para została załadowana na nosze i przykryta kocem.
Oczywiście jak można się domyślić, para nie byłą w nastroju do żartów, co innego załoga karetki. Jeden z ratowników wyciągnął rozłożone ręce ku niebu i powiedział "Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela".
Reakcja kochanków bezcenna + ubaw na pogotowiu przez tydzień.
No i dopadł mnie cholerny koronawirus. Siedzę zamknięta w mieszkaniu i nadrabiam zaległości na Netfliksie. Jako osoba z natury socjalna, nudzę się przy tym niesamowicie. Najbardziej wkurzało mnie to, że jeszcze tydzień temu planowałam zaprosić moich najlepszych przyjaciół na małą posiadówę przy winie, żarełku i muzyce.
Tymczasem, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, moi przyjaciele wcale nie zamierzali przejść z moim stanem do porządku dziennego i zrobili mi wielką niespodziankę. Jako że doskonale wiedzą, jak bardzo lubię jeść, zrobili zrzutę i zamówili z 5 różnych restauracji przekąski, dania i desery, które to kurier dostarczył mi pod same drzwi. Czego tam nie było? Krążki cebulowe (uwielbiam!), sushi, placki ziemniaczane z sosem grzybowym, ramen, ravioli, a na osłodę – tiramisu i butelka zimnej pina colady! Cieszyłam się jak dziecko patrząc na te dary i planując kolejność pochłaniania tych wspaniałych cudów sztuki kulinarnej…
Kiedy zasiadłam do posiłku, okazało się, że straciłam smak i w zasadzie to nie ma dla mnie różnicy, czy jem pyszne ravioli, czy kulkę papieru toaletowego. Niech ktoś mnie dobije.
Historia ze studiów.
Razem z dwoma kumplami zawsze mieliśmy głupie pomysły i zazwyczaj je realizowaliśmy. Pewnego razu na korytarzu budynku wydziału chemicznego naszej uczelni znaleźliśmy butlę z helem (niby zużyta, ale jeszcze jakieś ciśnienie tam było). Jako że nudziło nam się przed zajęciami, kolega postanowił zrobić balonik z helem. Oczywiście balonika nie miał, ale że w portfelu zawsze nosił gumki, nie stanowiło to przeszkody.
Po kilkudziesięciu minutach zabawy latającym kondomem, przyszła pora udać się na zajęcia. Sala już otwarta, prowadzącego nie ma, to wzięliśmy nasz balonik ze sobą.
Nagle ktoś krzyknął "idzie!", wszyscy zajęli miejsca, kumpel patrzy na kondoma, nie wiedząc gdzie go schować, w końcu spojrzał do góry i go puścił.
"Balon" schował się za stalową belką podtrzymującą sufit.
Trwają zajęcia, prowadzący woła mnie do tablicy, żebym rozwiązał zadanie, a sam usiadł w jednej z ławek. Pomiędzy mną a nim na innej ławce leżała jego otwarta torba.
Stoję przy tablicy, profesor tłumaczy mi coś odnośnie zadania, które mam rozwiązać.
W pewnym momencie naszą konwersację przerywa powolutku opadający z sufitu, lekko już sflaczały kondom. Profesor zamilkł w pół zdania i z otwartymi ustami obserwował niecodzienne zjawisko, razem ze mną i resztą studentów. Do dziś pamiętam jak ciągnęła się ta chwila. Ukoronowaniem powolnego lotu kondoma było jego lądowanie wprost w otwartej torbie prowadzącego. W tym momencie profesor wyszedł z szoku i (głaszcząc się po swojej łysej głowie) powiedział "a żona się dziwi, czemu już wyłysiałem... zróbmy może 5 minut przerwy" :D
Dodaj anonimowe wyznanie