#mdgLy

Moja rodzina nigdy nie była zbyt wierząca. Zwłaszcza starsze pokolenia. Zbliżała się jednak niedziela palmowa i jako małe szkraby, około 7-8 lat, dostaliśmy w szkole długoterminowe zadanie domowe - przygotować palmę.

Oczywiście jako dzieciak przypomniałem sobie dzień przed deadlinem. Przybiegłem więc po pomoc do dziadka mówiąc, jaki mam pilny problem. Dziadek, emerytowany inżynier, błyskawicznie zabrał się do pracy i przy mojej skromnej pomocy szybko zamknęliśmy temat.

Następnego dnia, siedząc w ostatniej ławce w szkole, obserwowałem dziwactwa, jakie inne dzieci przyniosły. To były jakieś kolorowe zielska, trawy, głownie żółte, miejscami z kwiatami.

Ja siedziałem z około półmetrową palmą zrobioną z jakiejś tektury, wielkimi, pięknymi zielonymi liśćmi, zwisającymi dumnie z czterech stron. Dziadek dodał nawet kokosy.

Reakcji katechetki nie pamiętam, ale zawsze gdy wspominam mojego kochanego dziadka przypomina mi się ta sytuacja :)

#IdReU

Jestem wolontariuszką w fundacji opiekującej się kotami. Kiedy przyszłam pierwszy raz, przywitał mnie bardzo gruby kot, dosyć stary i z chorymi oczami. Pomimo wad bardzo go polubiłam.

Pewnego razu przyszła jakaś dziewczyna, chciała wybrać sobie przyjaciela. Wyglądała jak taka, która pije, pali i imprezuje. Ale jej charakter był inny. Ona bardzo chciała zaadoptować właśnie tego grubego kocurka, choć nikt inny nigdy go nie chciał. A wiecie co mi powiedziała gdy spytałam, dlaczego akurat jego wzięła? Że kiedy ona była mała, to żyła w domu dziecka i nikt nie chciał jej.

Popłakałam się.

#ch1ku

Chodziłem kiedyś do pracy dużo wcześniej i rano zawsze idąc z parkingu spotykałem niewidomego, który szedł na przystanek znajdujący się w połowie naszej drogi. Nie znałem go wcześniej, po prostu kiedyś zauważyłem jak próbuje przejść na światłach, na których zepsuł się brzęczyk, i pomogłem. Tak poznałem Damiana i tak prawie całą dość ciężką zimę niemal codziennie o tej samej porze pomagałem mu dojść na ten przystanek. Poznawał mnie już po krokach i witał się zanim jeszcze otwarłem do niego gębę, a jak miałem chwilę czasu, to czekałem z nim żeby mu powiedzieć, że jedzie już ten jego 173 i tak gadaliśmy.

Chłop nie widzi od dziecka, jest fizjoterapeutą i masażystą, jeździł wtedy do pracy w mieście oddalonym o jakieś 30 km i aby dojechać do pracy, musiał wpierw wsiąść w ten autobus, dojechać pod dworzec kolejowy, wsiąść w pociąg i potem w kolejny bus podjechać parę przystanków do miejsca pracy. I wiecie co... nie narzekał, cieszył się życiem, pracą, tym, że może pomagać innym i robić to co lubi, w czym jest dobry i utrzymywać rodzinę (miał żonę i dziecko). Mówił tylko, że czasem dojazd go już męczy i chciałby gdzieś bliżej pracować. Dzięki temu, że z nim sobie tak gadałem, opowiedział mi klika ciekawostek - że np. paradoksalnie lubi zimę, bo łatwiej mu jest w odgarniętych chodnikach się poruszać pomiędzy zaspami śniegu, które wtedy łatwo wyczuwa laską, albo że jest telefon z taką nakładką na androida, którą obsługuje się mową lub dotykiem całego ekranu. Albo - i tutaj bardzo ważna rzecz dla informatyków i webmasterów - narzekał, że ogrom stron internetowych nie ma w kodach wypełnionych znaczników "title", bo nie chce się tego robić webmasterom lub są one wypełnione niedbale czy też pod kątem robotów pozycjonujących strony i przez to niewidomi nie mogą korzystać z tych stron, bo syntezator mowy nie przeczyta co jest "pod linkiem". A za to odpowiada właśnie "tittle", który dla nas jest zwykle niepotrzebny i widoczny najczęściej po przytrzymaniu myszki.

Fajny gość, teraz już go nie widuję, mam nadzieję, że znalazł lepszą pracę albo otworzył swoją działalność gdzieś bliżej miejsca zamieszkania. Mam wielki szacunek dla tego gościa i innych, którzy pomimo swojej niepełnosprawności mogą i chcą więcej niż niejeden zdrowy leń!

Aha, no i odtąd zawsze wypełniam "title" jak dłubię gdzieś w kodzie i myślę sobie co tam u Damiana...

#LxHO6

Nie każda starsza babeczka to od razu moher :)

Wracam dziś autobusem z uczelni, po 12 h zajęć padam na twarz, obok mnie staje starsza kobieta. Jako, że nie lubię takich sytuacji, postanowiłam ustąpić jej miejsca. Kobieta bardzo miła, kazała mi natychmiast siadać i się nie wygłupiać:
- Pani, ja mam 2 przystanki, na zdrowie mi wyjdzie postać :)

Na kolejnym przystanku wsiadają coraz to bardziej zmęczone babcie, w końcu słyszę moje ulubione komentarze na temat niewychowanej młodzieży i zmęczonych studentów... Już miałam wstać, tak dla świętego spokoju, jednak wyżej wymieniona towarzyszka podróży odwraca się do "koleżanek" i mówi:

- Widocznie to zależy od gęby, mi ustąpili.
:D

#0DJvE

Myślicie, że jesteście nieogarnięci? Spróbujcie przebić to.

To było dobre kilka lat temu, siedziałam sobie w salonie i zauważyłam, że na półce leżał telefon mamy, która widocznie zapomniała go wziąć ze sobą do pracy. Jednak zajęłam się czymś innym i wypadło mi to z głowy. Po jakimś czasie chciałam z jakiegoś powodu zadzwonić do mamy i wzięłam telefon stacjonarny. Dzwonię, czekam i słyszę co? Oczywiście znajomy dzwonek dobiegający z półki. W mojej głowie pojawiło się "O, ktoś dzwoni do mamy. Odbiorę i powiem, że nie wzięła telefonu". Rozłączyłam się więc z myślą "A do mamy zaraz zadzwonię". Ale, kurcze, jak ja się rozłączyłam, to akurat telefon mamy przestał dzwonić. No to trudno, wracam do dzwonienia ze stacjonarnego.
Zorientowałam się po trzech próbach.

#9o1Fm

Za dzieciaka byłam katowana w domu, pas wisiał na "miejscu honorowym", strasząc samym swoim widokiem. Czasem chowałam go w nadziei, że bez pasa nie będzie lania, niestety kabel od żelazka też mógł być, rura od odkurzacza także, więc nie udało się uniknąć "kar", np. za zbyt głośne chodzenie (podłoga drewniana, skrzypiąca, nie wolno było chodzić zbyt głośno, gdy tata spał). Przed szkołą nie jadłam nic, do szkoły nic nie brałam, nie dlatego, że nie miałam czego - miałam, ale bałam się wejść do kuchni, by zbyt głośno nie zamknąć szafki czy zbyt szybko otworzyć lodówki, jeszcze by obudziło tatę. Pracował na popołudnia, więc cały poranek to był horror.

W 6 kasie podstawówki zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczynką, która była dość rozgarnięta jak na ten wiek, jej się zwierzyłam, poradziła mi, bym poszła do wychowawczyni prosić o pomoc, że ona mi pomoże i zabiorą mnie daleko od tego tyrana. Tak też zrobiłam, z nadzieją na koniec męki, marzyłam o domu dziecka.
Nauczycielka się przyjęła, razem poszłyśmy do pani pedagog, i po długiej rozmowie powiedziała, że mogę wrócić do domu i wszystko będzie dobrze.

Wiecie co zrobiło mądre "grono pedagogiczne"? Wezwali mojego tatę do szkoły i pytali, czy to prawda co opowiedziałam, oczywiście tatuś zaprzeczył i wrócił do domu. Tego dnia nigdy nie zapomnę, bił mnie tak długo, aż straciłam przytomność. Na tydzień zostałam w domu "chora", musiały mi zniknąć ślady z twarzy chociaż minimalnie. Po powrocie ze szkoły nauczycielka spytała, czy sytuacja w domu się poprawiła, odpowiedziałam, że tak i koniec przygody z pomocą ze strony szkoły.
Czemu odpowiedziałam, że tak? Zwyczajnie się bałam dalszego bicia, byłam pewna, że znów wezwą do szkoły tatę, a ja za to oberwę.

Teraz mieszkam za granicą. Lata mijają, a mnie nie obchodzi, czy oni się martwią, czy czasem myślą o mnie, dla mnie już nie istnieją, nie mamy kontaktu. Pracuję, wynajmuję małe mieszkanko. Mężczyzny w swoim życiu nie potrzebuję, boję się mężczyzn, nie czuję potrzeby miłości, związku czy czegoś podobnego. Mam psa, który jest moją rodziną. I tyle.

#t9Xrv

Mój wujek zawsze wszędzie się spóźniał. Niestety kilka tygodni temu zmarł - śmiercią nagłą, nikt się tego nie spodziewał. Zawsze mówił, że chciałby być pochowany w rodzinnej miejscowości (czyli na wsi kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania). Ostatnie pożegnanie odbyło się na dzień przed pogrzebem, ponieważ wujek został skremowany.

W dniu pogrzebu nikt nie jechał za trumną, i tak było daleko, a ostatnie pożegnanie już za nami. Wszystko umówione, dopięte na ostatni guzik - ludzie zjeżdżają się pod kościół. A wujaszka jak nie było, tak nie ma... Okazało się, że panowie z zakładu pogrzebowego wyjechali troszkę za późno i żeby nadrobić czas, postanowili pojechać skrótem... "Co się może stać, przecież mamy GPS"...
No właśnie, zasięg niestety padł w środku pola...

Koniec końców, wujek spóźnił się na własny pogrzeb.

#NlOt8

Bory Tucholskie, Zielona szkoła, 5 klasa podstawówki.

Jak to na zielonych szkołach bywa, mnóstwo zwiedzania. Wybraliśmy się więc wycieczką do miejscowości o nazwie Pelplin. Jest tam naprawdę piękna bazylika.
No ale dla dzieciaczków w tym wieku zwiedzanie takich miejsc to raczej żadna atrakcja tylko nudy, więc już na początku wycieczki kleryk, który nas tam oprowadzał, żeby wzbudzić naszą ciekawość powiedział, że zabierze nas do takiej czarnej czaszki, która spełnia życzenia, ale pod warunkiem, że będziemy grzeczni i uważnie go słuchali przez całą wycieczkę.

Dzieci grzeczne, czas na nagrodę. Zaprowadził nas pod taką marmurową ścianę z porozwieszanymi potężnymi kółkami na rogach (kojarzycie stare drzwi? Kiedyś takim czymś się pukało), no i oczywiście czarną metalową czaszką mniej więcej rozmiarów prawdziwej ludzkiej głowy na wysokości 160-170 cm.

Legenda głosiła, że jeśli ktoś tak mocno uderzy głową w tę czaszkę, że te 4 kółka „zadzwonią/zapukają”, to spełni się jego życzenie.
Od razu próbował zgasić nasz entuzjazm mówiąc, że próbowała tego masa ludzi i nikomu się to nie udało i wychodzili tylko z bólem głowy.

No cóż.. CHALLENGE ACCEPTED, a mi się bardzo podobała Paulinka, koleżanka z równoległej klasy... podszedłem... podskoczyłem... ZAJE****M...
Koledzy i koleżanki w śmiech, wychowawczyni zbladła jak ściana. Pielęgniarka od razu skierowała moją głowę na zimne kościelne kraty w celu złagodzenia skutku, którym był nieźle prezentujący się 3-4 cm róg niczym u jednorożca.
Gdy tak chłodziłem czółko i zbierałem ochrzan od nauczycielki, zapytałem śmiało pana przewodnika, który zresztą też był w niezłym szoku, czy zadzwoniło.
Odpowiedź zapamiętam do końca życia „Czy zadzwoniło? Cała bazylika się zatrzęsła, dziecko...”.

Skończyło się to wizytą u lekarza, dla pewności w szpitalu, i pizzą z bardzo sympatyczną i śliczną panią pielęgniarką, bo nie zdążyliśmy na zwiedzanie zamku w Malborku. Panią pielęgniarkę pozdrawiam serdecznie ;)

A Paulinka? Była moja...
Dodaj anonimowe wyznanie