Kilka lat temu skończyłem liceum, a obecnie jestem człowiekiem z wyższym wykształceniem technicznym. Ostatnio naszły mnie refleksje na temat szkoły. Nie chodzi mi o to, że jest niepotrzebna, bo to nieprawda, a ona sama pełni wiele innych funkcji poza edukacyjną (choćby społeczną), ale zwróciłem uwagę na coś innego.
Wiecie ile jest błędów w tym czego się uczymy? Wiecie jak często nauczyciele wciskają nam brednie do głowy i wymagają nauki od młodych ludzi, którzy właśnie wyrabiają się jako ludzie? Ogrom.
Thomas Edison jest przedstawiany jako bohater, choć historia określa go całkiem inaczej. Uczymy się, że naturaliści jak Emil Zola pokazywali świat takim, jakim jest naturalnie, zapominając o tym, że świat nie składa się tylko z brzydkich rzeczy (do dziś pamiętam opis truchła na polu, bez krzty piękna przyrody, który był podany jako przejaw naturalizmu). Uczymy się, że Stefan Żeromski świetnie skupiał się na społecznictwie, opisując pracowników fabryk i ich muskularne ramiona, zapominając, że ogromna część tych pracowników ich nie miała z powodu złych warunków w pracy (jakoś to już pomijali).
To śmieszne, że żaden z nauczycieli nawet nie sprawdzi, kto naprawdę wynalazł radio, a w podręcznikach nadal widnieje nazwisko Marconi, choć był on zwykłym złodziejem, który okradł Teslę. Uczymy się o złodziejach jak o bohaterach. Uczymy się idei, które są fałszywe. I to wszystko jest wpajane do głów dopiero co tworzących się ludzi, których dosłownie zmusza się do zapamiętania tego. Uczymy się o nieznających się na prowadzeniu walki pisarzykach nawołujących ludzi do walki oraz o ludziach bez wiedzy na temat gospodarki, opisujących jak ma wyglądać społeczeństwo. Uczymy się o idiotach jak o bohaterach. Czemu? Na matmie uczymy się schematów, które można nauczyć się na pamięć, karcąc (nie wszędzie) inne pomysły odbiegające od normy.
Jako dziecko zostałem wykorzystany seksualnie.
Skutki ciągną się za mną przez lata. Jestem dorosły, a nadal nie umiem wyprzeć tego całkowicie z pamięci, nadal każde wspomnienie o tym jest bolesne.
Nie wie o tym praktycznie nikt, nawet mojemu psychologowi nie umiałem powiedzieć.
Kilka miesięcy temu zmarł mój tata. Warto dodać do tej historii, że pracował w Niemczech.
Dwa tygodnie temu jego koledzy z pracy przywieźli nam ostatnie rzeczy taty. Wiecie co tam z siostrą znalazłyśmy? Jej poduszeczkę z waty i kawałka materiału, z wyszytym serduszkiem. Zrobiła ją, gdy miała 6 lat. Od razu dała ją tacie, żeby zabrał ją ze sobą do pracy.
Przez 9 lat przy tej poduszce zasypiał (tak powiedzieli koledzy taty). Praktycznie dzień w dzień.
Niby taka drobnostka, ale siostra przepłakała kilka godzin (zresztą ja też).
Będąc w gimnazjum i liceum, co roku brałam udział w konkursach literackich. Pani od polskiego dość często mnie chwaliła i gdy udało mi się wygrać - opowiadała o tym w pokoju nauczycielskim. Reszta nauczycieli wiedziała więc, że potrafię pisać.
Pewnego dnia mieliśmy zaplanowaną kartkówkę z historii. Niestety, przedmiot ten nie był nigdy moją mocną stroną; postanowiłam więc skorzystać ze swojego daru i na pytania odpowiedzieć... wierszem. :) Miałam nadzieję, że nauczyciel podniesie mi chociaż ocenę za kreatywność.
Nie podniósł.
A na następnej kartkówce zaczął od stwierdzenia, że odpowiedzi mamy pisać PROZĄ.
Mój chłopak ma naczyniaka na prawie połowie twarzy (to jest taka fioletowo-purpurowa plama). Ja już tego nie zauważam, kocham go takiego, jednak na ulicy zawsze są krzywe spojrzenia ludzi i chamskie gapienie.
Jednak przechodząc do rzeczy. Jesteśmy sobie na zakupach. P. przymierza koszulkę. Fioletową. Zastanawia się, marudzi. A że wyglądał świetnie, to mówię bez namysłu:
- Weź ją, jest super, do twarzy ci.
Dobrze, że chłopak ma dystans do siebie :D
Historia z dzieciństwa.
Początek podstawówki. Generalnie beztroskie lata spędzane w "ekipie" znajomych z klasy, z którą robiliśmy mnóstwo rzeczy. Z reguły bawiliśmy się na zewnątrz, ale czasami umawialiśmy się na zabawy u kogoś - prawie zawsze u, powiedzmy, Z. "Prawie zawsze" z prostego powodu - rodzice Z. mieli gigantyczne (jak nam się, dzieciakom, zdawało) mieszkanie, dwupiętrowy dom - bliźniak na naszym osiedlu. Generalnie dom był tak duży, że nawet jak lało i nie dało się bawić w ogrodzie, to przenosiliśmy typowo zewnętrzne zabawy do środka. A taką typową zabawą była zabawa w chowanego. Serio lubiliśmy się chować po różnych zakamarkach tego domu, czasem doprowadzając rodzinę Z. do białej gorączki - wiecie, dziecięca wyobraźnia nie zna granic. Kilka razy matka Z. prawie zeszła na zawał, bo nie będąc świadoma naszej zabawy napotykała kogoś z nas między kurtkami w garderobie, w schowku na rzeczy AGD i tak dalej.
Do rzeczy. Tamtego dnia siedzieliśmy u Z. i coś tam robiliśmy, na zewnątrz pogoda straszna, no i w pewnym momencie uznaliśmy, że TERAZ gramy w chowanego. Kolega zaczął liczyć, nam odbiło i się rozbiegliśmy po domu. Ja postanowiłem użyć mojego asa w rękawie - w domu Z. były dwie łazienki, w jednej z nich była wanna stojąca przy ścianie, ale tak, że między wanną (swoją drogą nieukończoną, bez bocznych listew - stała tak cały czas) było trochę miejsca - moja autorska, nierozpracowana kryjówka. Zadowolony ze sprytu wpełzłem w tą wnękę i czekałem.
I wtedy, po chyba minucie, otworzyły się drzwi. Myślę - koniec, zaraz mnie znajdą (jak się patrzyło na całość łazienki, to było jedyne miejsce, gdzie taki dzieciak mógł się schować). Cóż, po kryjówce.
Tylko że TO NIE BYŁ kolega. Usłyszałem głos najstarszej siostry Z (wtedy od nas starsza o jakiejś 10+ lat), jak coś krzyczała do matki, po czym drzwi się zamknęły. Siostra Z. była w środku, najwyraźniej nieświadoma mojej obecności. W tym momencie myślałem, czy może wstać i ujawnić się, ale - głupi ja - pomyślałem, że lepiej przeczekać, bo jeszcze biedna się wystraszy i będę miał ją na sumieniu.
Zacząłem żałować swojej decyzji po tym, jak usłyszałem dźwięk podnoszonej deski klozetowej. Tak, zgadujecie co było.
Następne dziesięć minut leżałem nieruchomy, totalnie cicho, sparaliżowany strachem, słuchając, jak siostra kolegi robi kupę.
Bogu dzięki przez cały proces załatwienia się siostra nie zauważyła (jak mi się zdaje) nic podejrzanego. Cudem udało mi się wyjść (po odczekaniu kolejnych dziesięciu minut) z łazienki na pusty korytarz i kolejnym cudem okazało się, że nikt z ekipy nie domyślił się co się mogło stać. Zabawa zakończyła się już dawno, ja wyszedłem na super ninję, którego nie mogli znaleźć nawet wspólnie.
Od tamtej pory chowałem się w garderobie.
Mojej super kryjówki nikt nigdy nie poznał.
Chciałabym opowiedzieć swoją historię i podziękować w niej pani Krysi, mojej natrętnej sąsiadce. Ciężko mi się o tym pisze.
Pani Krysia mieszkała koło mnie, na dziewiątym piętrze, i była typem sąsiadki, który ogólnie jest nazywany "monitoringiem osiedlowym" - wiedziała wszystko, znała wszystkich, o każdym mogła powiedzieć złe i dobre rzeczy. Była emerytowaną nauczycielką matematyki.
Kiedy miałam 18 lat, straciłam całą rodzinę - mamę, tatę, starszego brata. Zły los sprawił, że kiedy oni pojechali na wycieczkę, ja zostałam w domu, bo chciałam pójść na imprezę. Nigdy nie wrócili.
Pani Krysia pojawiła się na pogrzebie. I pani Krysia była później najbardziej "upierdliwą", jak to wtedy określałam, osobą na świecie. Odcięłam się od wszystkich, opuszczałam szkołę, nie wiedziałam co robić, gubiłam się w rachunkach. Leżałam w łóżku, zagrzebując się w swoim smutku. Ale nie umiałam pozbyć się pani Krysi.
Wpadała często, "pożyczyć sól", zapytać o naukę, przypomnieć o poczcie, poprosić o wyłączenie muzyki. Parę razy dziennie. Raz nawet na nią nawrzeszczałam, pamiętam to dobrze. Powiedziałam, że nic z tego nie ma znaczenia, bo i tak chcę umrzeć, zwyzywałam też sąsiadkę, w ohydny, wulgarny sposób i wypchnęłam ją za drzwi. Wróciła rano - z książkami do matematyki, do której nie miałam głowy.
Niedługo po tym pani Krysia przyniosła mi psa - że niby jakaś przybłęda, że nie ma co z nim zrobić. Poprosiła mnie, żebym się nim zaopiekowała na parę dni, kiedy ona będzie szukać nowego właściciela. Nienawidziłam tego psa, tak samo, jak nienawidziłam wszystkiego wokół siebie. Później donosiła dla niego karmę - pies mieszkał u mnie, ale to ona wpadała codziennie, żeby go dokarmiać. Ale ja dzięki niemu musiałam wychodzić na zewnątrz - bardzo niechętnie, ale nie chciałam sprawiać cierpienia bezbronnemu psiakowi. Czekałam niecierpliwie, aż wreszcie ktoś zdejmie ze mnie odpowiedzialność za jego życie.
Pani Krysia zmarła niedługo po tym.
Nigdy już pani nie podziękuję za to, że nie pozwoliła mi się pani wtedy zabić. Że pukała pani do mnie, kiedy już stałam przy brzegu balkonu, zastanawiając się, jak długo będę lecieć w dół, jakby w jakiś sposób wyczuwała pani, że chcę to zrobić. Przepraszam, że nazywałam panią w tak okropny sposób.
Gdyby nie pies, którego mi pani dała, pewnie coś bym sobie w końcu zrobiła. Ale później, za każdym razem, kiedy już chciałam zakończyć swoje życie, myślałam, że nie mogę zostawić swojego przyjaciela, że on pewnie został już raz porzucony i będzie cierpiał. Dzięki niemu udało mi się zacząć funkcjonować na nowo. I dzięki pani - bo mimo mojego zachowania rozumiała pani, że to najgłębsza rozpacz i że potrzebuję pomocy. Teraz już potrafię sobie poradzić. Dziękuję.
Jako dziecko lunatykowałem. Najczęściej wtedy, gdy chciało mi się sikać - wędrowałem wtedy po domu, chyba poszukując łazienki, bo zamotany chodziłem po pokojach, otwierałem szafy, próbowałem wyjść z domu itp. Najgorsze, że w tym sennym zamotaniu zdarzało mi się wysikać np. do szafy albo jakiejś szuflady, o czym kompletnie rano nie pamiętałem, a co ze śmiechem wypominali mi rodzice. Takie sytuacje zdarzały się przez kilka lat, skończyło się, gdy dorosłem. Raz czy dwa po alkoholu znów zdarzyło mi się nocą łazikować, ale że raczej nie piję, to nie był to żaden problem.
A przynajmniej tak myślałem, do czasu gdy pierwszy raz nocowałem w domu rodziców mojej dziewczyny.
Jako że z dziewczyną spotykałem się już jakiś czas, to jej rodzice usilnie namawiali nas na wspólną u nich wizytę. Co tydzień wspominali, że chcieliby mnie poznać, nie mogli się doczekać spotkania, byli ciekawi, kogo wybrała ich jedynaczka. W końcu postanowiliśmy do nich pojechać. Przyjechaliśmy, zapoznaliśmy się, kolacja, jakiś alkohol (niedużo, bo pierwsze wrażenie ma znaczenie). Ogólnie miły wieczór, ale przed północą poszliśmy z dziewczyną spać, bo kilka godzin jazdy nas wymęczyło.
Nie wiem, czy to stres czy alkohol, ale podobno w środku nocy poszedłem do salonu, wyminąłem siedzącego w fotelu ojca dziewczyny, który oglądał coś w telewizji, podszedłem do stojącej na meblach szklanej misy, przyklęknąłem i się odlałem... Ponoć jej ojciec coś do mnie gadał, ale ja nic nie słyszałem, nie reagowałem, nawet nie pamiętam tej sytuacji.
Rano dziewczyna została poinformowana o moim nocnym wyczynie, a że nie wiedziała o moim lunatykowaniu sprzed lat, to mocno się tłumaczyłem. Powiedziała o wszystkim swoim rodzicom, a ja czerwony na twarzy przeprosiłem. Niby zrozumieli, ale atmosfera przy śniadaniu i tak była przyciężka. Krótko potem stamtąd wyjechaliśmy, a rodzice dziewczyny przez długi czas mnie nie zapraszali.
Najlepsze, że teraz, kilka lat później, mój teść ze śmiechem opowiada na imprezach rodzinnych, jak to wlazłem do salonu i odlałem się w kryształ podczas swojej pierwszej u nich wizyty, a ja lekko zażenowany tego słucham. Ale to i tak równy gość ;)
Byłam z rodzicami na zakupach w centrum handlowym niedaleko Warszawy. Weszliśmy do jednego ze sklepów z odzieżą i od razu podszedł do mnie chłopak w podobnym wieku do mojego, który był tam sprzedawcą, i zapytał, czy może w czymś pomóc. Szybko odpowiedziałam, że nie, a kiedy odszedł, moja mama zaczęła wmawiać mi, że się mu spodobałam, co oczywiście całkowicie zignorowałam.
Po chwili, kiedy przeglądałam koszulki, ponownie podszedł do mnie ten sam chłopak i zapytał, czy może mi podać jakiś numer koszulki, kiedy odmówiłam, uśmiechnął się i zapytał:
- To może podasz mi swój numer?
Na co ja bez żadnych emocji odpowiedziałam mu:
- Generalnie noszę 36, ale czasem 34.
Chłopak odszedł z dość zmieszaną miną.
Dopiero po wyjściu ze sklepu ogarnęłam, że prosił o numer telefonu, a nie rozmiar ubrań.
Drogi sprzedawco, jeśli to czytasz, to wiedz, że przepraszam, nie chciałam cię tak potraktować.
Pracuję w szybkim barze, klienci dostają numerki do swoich zamówień, a później wołamy, jak jest już gotowe.
Kładę tackę na ladę, pamiętam, że pan, który kręci się obok ma numer 2, więc by się upewnić pytam "Dwójeczka?". Na co on, idący do toalety, odpowiada "Nie, tylko siku, jeśli to aż takie ważne"...
Dodaj anonimowe wyznanie