#l0iXK

Gdy miałam może z 7 lat, mama uczulała mnie na nieznajomych. Wiedziałam, że nie mogę przechodzić sama przez ulicę, podchodzić do obcych, rozmawiać z obcymi, wsiadać do obcych samochodów i brać czegokolwiek od obcych ludzi. Pewnego dnia bawiłam się z koleżankami na dworze, gdy zaczepiła nas starsza pani, dając nam reklamówki dużych brzoskwiń, żebyśmy zaniosły do domu. Wszystkim już się zaświeciły oczy od widoku tych owoców, jednak nie mi. Ja stwierdziłam, że skoro nie znam tej pani, to znaczy, że te brzoskwinie na pewno są zatrute i jak zjem jedną, to umrę... Z tego względu brzoskwinie zakitrałam pod krzakami, bo bałam się zanieść zatrute owoce do domu. Dwa dni później sprawa wyszła na jaw, bo starsza pani, jak się okazało jakaś sąsiadka, zapytała mamę, jak jej smakowały brzoskwinie... Dopytywana ze łzami w oczach przyznałam, że zostawiłam je w krzakach, bo przecież były od obcej osoby, a mama mnie zdrowo ochrzaniła, że zmarnowałam dobre owoce...
Nie mam serca jej tego powiedzieć, ale od tamtej pory wiedziałam, że jednego mnie uczy, a drugiego wymaga, więc nigdy już nie potrafiłam jej zaufać. Zwłaszcza że dla niej to przez lata był powód do żartów, jak to mała ja byłam przestraszona i wywaliłam dobre owoce...
Niby taka mała sytuacja, a ciągnie się ta sprawa za mną przez lata, no a mama wciąż nie rozumie, że jej zachowanie to była czysta hipokryzja.

#ijxuY

W szkole miałem trudny przedmiot jakim jest ''elektrotechnika'', którego uczył równie trudny nauczyciel. Jako że z 28 osób w klasie 16 dostało oceny niedostateczne na półrocze, postanowiliśmy na nowe półrocze kupić od starszej klasy klucz do sali tegoż właśnie nauczyciela (nie wiem ile klas tak robiło).

Jako że wszystkie sprawdziany przed ukończeniem pracy chował do biurka, w nowym półroczu notorycznie robiliśmy ''podkłady'', tzn. pisaliśmy sprawdzian normalnie jak zawsze, po czym na następnej lekcji pisaliśmy ''gotowce'', by na przerwie można było pójść i podłożyć je we wcześniej wspomnianym biurku i wyjąć stare. Na jednej z lekcji na sprawdzianie dwóch kolegów pewnych późniejszego podkładu, w odpowiedziach pisało co im przychodziło do głowy, byleby było widać, że coś piszą. Jeden napisał cały pacierz, inny jakieś wierszyki itd.

Tego dnia ów nauczyciel po naszej lekcji poszedł wcześniej do domu z naszymi sprawdzianami. Wyobraźcie sobie jego wzrok, którym patrzył na kolegów tydzień później, oddając nasze sprawdziany :)

#FpHSA

Kiedy dostałam swoją pierwszą wypłatę, pierwsze co zrobiłam to pobiegłam do sklepu z zabawkami i kupiłam swoją pierwszą lalkę Barbie. W wieku 22 lat spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa. Zawsze chowam ją przed moim narzeczonym (mieszkamy razem), a gdy wracam z pracy, to ją wyciągam. Bawię się nią, żalę się jej jaki to miałam okropny i męczący dzień w pracy, rozmawiam...
Ale nie martwcie się - lalka mi nie odpowiada :D
Poza tym wszystko ze mną w porządku ;)

#mebSM

Moi rodzice do bogatych nie należą, ja skończywszy technikum próbowałam znaleźć pracę w zawodzie - nic z tego. Decyzja - wyjazd za granicę, i powiem wam, wcale nie było mi lekko. Pracowałam u gospodarza na polu dosłownie 11 h na dobę, a następnie 4 h w magazynie, pokój dzieliłam z sześcioma dziewczynami. Harówka, spanie i tak przez sześć miesięcy. Oszczędzałam, nie palę, nie piję, więc uzbierałam sporą sumkę.
A teraz najlepsze: gdy wróciłam do domu, CAŁA rodzina sobie o mnie przypomniała, koleżanki zapraszały na kawę, tylko zawsze w okazywało się, że wszyscy mają problemy finansowe. A to jakaś awaria, a to choroba, a to już sama nie wiem. A mnie po prostu było przykro, bo gdy odmówiłam, okazywało się, że jestem chytrą suką. Pieniądze przeznaczyłam na rozkręcenie własnej firmy, niby nic wielkiego, ale pracuję na swoim.

Miałam dość docinków rodzinki, dlatego gdy ZNOWU kuzynka próbowała mnie przekonać, aby ją wspomóc (naprawdę nie miałam gotówki), wpadłam na pomysł. Moja kuzynka to taka dama, co pracą się nie splami. Zaproponowałam jej przy rodzinnym obiedzie, że załatwię jej pracę w Holandii. Dobre pieniądze, tylko trzeba się narobić (nie miałam takiej możliwości tak naprawdę). Jej mina bezcenna, jej rodzice namawiali ją, że to okazja, a ona wiła się ja piskorz i zaczęła się wykręcać.
Więcej o kasę nie poprosiła :)

#97vsZ

Jechałam kiedyś z koleżanką pociągiem na majówkę, nocnym pociągiem. Jako że jest dzień przed długim weekendem, pociąg wypełniony po brzegi. A jeśli ktoś nie wie co znaczy "po brzegi", odpowiadam: znalazłyśmy miejsce o powierzchni łącznej mniejszej niż potrzeba na postawienie wszystkich naszych czterech stóp. Pociąg jedzie, my stoimy, trudno się nawet odkręcić, a czeka nas 6 godzin jazdy.
Po 2 godzinach pan X staje na początku korytarza w wagonie i każdemu popchniętemu i nadeptanemu pasażerowi tłumaczy, że on "do kolegów na końcu przedziału", w ręku sześciopak. Po trupach, ale jakoś przeszedł, nawet jak go nie było widać, to po jękach pasażerów można się było zorientować gdzie aktualnie jest. Pół godziny później facet wraca z tym samym tłumaczeniem, w ręku tylko 4 piwa.

Sytuacja powtarza się, Pan X coraz bardziej pijany i w coraz gorszej koordynacji ruchowej, mijając nas przygważdża moją koleżankę do ściany i ciężko na nią dyszy, więc łapię gościa za chachoły i przepycham dalej. W kolejnej edycji przejścia Pan X rzyga na dziewczynę i dostaje w pysk od jej ojca, zaczyna się jatka. Na pierwszym przystanku ludzie, którzy dopchnęli gościa go końca wagonu mówią do niego "Panie, to twoja stacja!" on na to "A to już jesteśmy w Gdyni?!" (okolice Olsztyna). "Tak, panie! Gdynia! Wysiadaj pan!" i wykopsali go z pociągu :D
Reszta trasy minęła nam bez większych ekscesów :)

#261SY

Sytuacja z dzisiaj. Siedzę z mamą w salonie, gdy nagle ktoś do niej zadzwonił. Była to moja cioteczka, która dzwoniła dzisiaj już kilka razy. Łzy, użalanie się nad swoim życiem i takie tam. Generalnie trochę stało się to już męczące.

Mama po około 20 minutach rozmowy przez telefon wstała i wyszła z domu. Usłyszałam tylko dzwonek do drzwi i głos mamy "Ktoś przyszedł i dzwoni do drzwi. Musze otworzyć. Będę już kończyć. Pa", po czym mama przyszła do salonu  i spokojnie usiadła obok mnie.

Mistrzostwo świata :D

#Bopmo

Historia pewnego znajomego. Jego siostra pracowała na Filipinach, wiec postanowił się wybrać ją odwiedzić.

Przyleciał, ale siostra akurat była w pracy i nie mogła go odebrać z lotniska, tylko zostawiła mu u portiera klucze do mieszkania. Pojechał więc do jej mieszkania, budynek niczego sobie, taki elegancki drapacz chmur, wszystko odpicowane, wchodzi do mieszkanka na 18. piętrze, też wszystko Francja-elegancja. Czuł się trochę niepewnie, bo w końcu pierwszy raz w obcym mieszkaniu, w dodatku bez właściciela i nie bardzo wiadomo co robić. No ale głód doskwiera po tak długiej podróży, więc wchodzi do kuchni i decyduje się odgrzać sobie coś w mikrofalówce. Wkłada sobie zupkę do mikrofalówki, naciska na niej jakiś czerwony guzik, który wygląda na start... i w tym samym momencie podłoga ucieka mu spod stop, meble zaczynają się trząść, szklanki i sztućce zderzać, coś spada na podłogę...

Zajęło mu ładnych parę chwil zrozumienie, że nie zrobił nic złego i przypomnienie sobie, że Filipiny są dość aktywnym tektonicznie regionem :D

#2gNuu

Co tu dużo mówić...

Mieszkam na 5 piętrze i na mojej ulicy są dwa konkurujące ze sobą burdele, które widać z mojego okna jak na dłoni.

Jak mi się nudzi, to wyciągam lornetkę i sprawdzam kto wchodzi lub wychodzi i robię zdjęcia twarzy, a następnie sprawdzam ich profile na Facebooku (czasem nawet liczę punkty dla każdego domu – żonaci liczą się podwójnie).

Nawet nie wiecie jaką mam satysfakcję, jak przyłapię jakąś znajomą twarz 😈

#VdeRu

Historia mojego psa i dwóch panów policjantów

A więc pewnego popołudnia, jak co dzień, udałam się ze swoim psem na spacer. Spuściłam go ze smyczy, w końcu niech się mały wybiega. Zazwyczaj się słucha i nigdzie nie ucieka, Ale akurat na tym jednym spacerze zachciało mu się porozrabiać. Nagle wystrzelił jak z procy przed siebie i zniknął w oddali. Ja przestraszona i dość mocno zdezorientowana pobiegłam za nim. 

Na końcu ścieżki, którą podążył, stał wóz policyjny. Podchodzę bliżej, widzę jak pies siedzi w samochodzie przy policjancie i już naprawdę przestraszona zaczynam przepraszać, po czym drugi z panów mnie uspokaja mówiąc:
- Niech się pani nie denerwuje, psa po prostu ciągnie do swoich.

Widać gliniarz też człowiek.

#hLk4s

Moi rodzice zawsze mocno się kłócili. Taka natura, ale jako że byłam dosyć wrażliwym dzieckiem, za każdym razem mocno to przeżywałam. Nieraz brałam winę na siebie i zawsze myślałam co mogę zrobić, żeby ich pogodzić/uniknąć kłótni w przyszłości.

Gdy miałam ok. 8 lat, po jednej z większych kłótni, gdy nie odzywali się do siebie kilka dni, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Usiadłam przy biurku i uruchomiłam wszelkie pokłady kreatywności, jakie tliły się w mojej główce. Owocem mojego dziecięcego "geniuszu" był list miłosny napisany do mamy w imieniu taty. 
Podrzuciłam go mamie na szafkę nocną i zadowolona czekałam na efekty. Oczywiście mama od razu domyśliła się, kto ten list napisał (nie miałam wtedy komputera, a pomimo wszelkich starań moje dziecięce pismo za żadne skarby jakoś nie chciało przypominać pisma mojego taty), jednak osiągnęłam upragniony efekt. List ją tak rozbawił, że pokazała go tacie, a później wszystkim znajomym... Ba! Jeden ze znajomych miał dostęp do kserokopiarki i nie omieszkał porobić kopii mojego listu...

I generalnie historia jest dosyć urocza i słodka, dopóki nie dojdziemy do treści listu... Do tej pory palę się ze wstydu i nie mam pojęcia skąd wzięły mi się teksty typu:
"Twoje oczy są jak jezioro, w którym chciałbym się utopić, Twoje włosy są jak las, w którym mógłbym się zgubić, Twoje usta..." itd.
Dodaj anonimowe wyznanie