Moja siostra, nazwijmy ją Ania, chodzi do podstawówki. Często mi opowiada co u niej w szkole, ale ostatnia historia całkowicie mnie rozwaliła...
Na religii siostra zakonna opowiadała im, że bycie homoseksualistą to choroba, którą się powinno leczyć, bo to jest niedopuszczalne, żeby tacy ludzie żyli. Na tej samej lekcji kolega Ani patrzył się z zafascynowaniem na innego kolegę, który robił jakieś samolociki z papieru, a gdy siostra to zobaczyła powiedziała głośno, że ma przestać się na niego patrzeć, bo zachoruje i będzie gejem... Przez to dzieci się teraz z niego śmieją i wytykają go palcem mówiąc, że jest chory.
Wiem, że kościół katolicki nie akceptuje homoseksualistów, ale żeby takie bzdury mówić dzieciom w podstawówce?? I potem nadchodzi pokolenie, które stwarza piekło na Ziemi takim osobom...
Od zawsze nie czułam się ze sobą dobrze. Nadwaga, brzydka cera, można byłoby wymieniać godzinami. Kompleksy przytłaczały i będą przytłaczać, ale ostatnio zdarzyło się coś małego, a niesamowitego.
Zazwyczaj wracam do domu tramwajem, tym razem jednak linia została zamknięta, więc zmuszona byłam przesiąść się na autobus. Oczywiście na twarzy miałam gbura, bo padał deszcz, dłuższa droga do domu wcale mnie nie pocieszyła. Wsiadłam do pojazdu i usiadłam sobie, odetchnęłam. Kawałek dalej spoglądał na mnie chłopak na wózku inwalidzkim i nagle szeroko się uśmiechnął, byłam zaskoczona, ale odwzajemniłam to. Przejechaliśmy dwa przystanki uśmiechając się do siebie, gdy wyjął z plecaka zawieszonego na oparciu zeszyt i coś starannie napisał, mimo mało sprawnych rąk. Podniósł to, napisane było "masz śliczny uśmiech". Ten, który mu wtedy posłałam, był jednym z najszczerszych w moim życiu.
Nie zapomnę tego, od tamtego czasu czuję się piękna. W serduchu.
Mieszkam na osiedlu, gdzie koło marketów przesiaduje grupa tzw "żulków", wielu ludziom to przeszkadza, ale nie mi. A dlaczego? Bo kulturą przewyższają niejednego "biznesmena w garniaku". Zawsze ładnie "dzień dobry", zawsze "miłego dnia", a po pytaniu "dzień dobry, piękna pani, czy czasem nie miałaby pani może poczęstować papieroskiem?" zawsze jest serdeczne "dziękuję i życzę zdrowia". Nigdy nie są nachalni, nie ma, że chodzą za kimś i błagają, ktoś mówi "nie", to po prostu odchodzą. A teraz o tym, jak "zaprzyjaźniłam" się z nimi.
Pierwsza okazja pojawiła się, jak uciekł mi pies, szukałam go dobrą godzinę, aż ktoś zadzwonił z marketu i powiedział, że pies czeka pod sklepem (nie wiem dlaczego, nawet w sklepie nie byłam). Okazało się, że jeden z panów rozpoznał mojego psa, przytrzymał go i poszedł do sklepu, żeby do mnie zadzwonili (miał numer na obroży). Oczywiście podziękowałam panu i dałam 20 zł na jego ulubiony trunek czy fajki. Później codziennie pytał, jak tam pies i czy nie ucieka :)
Kolejna sytuacja: chciałam iść do sklepu, ale miałam rower, a na nim ciężką i dużą paczkę, wejść z rowerem nie chciałam, a paczki też nie zostawię. Patrzę – moi "koledzy" stoją. Popilnowali roweru i paczki bez problemu i podziękowali za drobne, które im dałam.
Wiele razy odprowadzali mi wózek sklepowy, i nawet wtedy, gdy w środku nic nie było, to i tak serdecznie dziękowali.
Kiedyś też zgubiłam klucze do auta z brelokiem z moim imieniem, jeden z panów skojarzył moje imię i markę auta i szukał ludzi, którzy wiedzą gdzie mieszkam. Przyniósł mi klucze do domu.
Zaczął się nowy rok, wyszłam rano z psami na spacer i pierwszą osobą, która złożyła mi życzenia noworoczne (nie licząc rodziny) był jeden z panów "żulków". Jak zwykle ukłon "dzień dobry pani, wszystkiego najlepszego w nowym roku, żeby zdrowie pani dopisało i by pani kasy miała". Niby proste, ale nikt ze znajomych czy sąsiadów nie powiedział nic w stylu "wszystkiego dobrego w nowym roku".
Tak więc mam na osiedlu przydatnych panów żulków, którzy nieraz też i pomogą ciężkie rzeczy wynieść do śmietnika. To nie jest tak, że zawsze im coś daje, bo czasem po prostu nie mam, ale oni zawsze pomogą, jeśli ich poproszę, nawet bezinteresownie.
Takie moje wyznanie, że nie każdy pan lubiący tanie trunki jest zły :)
Kilka lat temu otworzyłam lumpik w małym miasteczku, w którym mieszkam. Interes rozwijał się coraz lepiej, myślałam nawet o utworzeniu "filii" w miasteczku niedaleko, jednak okazało się, że jestem w ciąży i zwyczajnie nie dam sobie rady z prowadzeniem sklepów, póki kaszojad nie pójdzie chociaż do żłobka. Nie chciałam likwidować sklepu, żal mi było wyrobionej renomy i zdobytych klientek - możecie się śmiać z "renomy" używanych szmatek, ale miałam naprawdę świetne ciuchy i często panie ubierały u mnie całą swoją rodzinę. Jak długo mogłam, pracowałam, bo jak wiadomo, "pańskie oko konia tuczy", ale z początkiem trzeciego trymestru postanowiłam skorzystać z pomocy Marlenki, córki znajomej mojej mamy. Marlenka jako znawczyni mody i znanych marek roztoczyła przede mną wizję wielkiego rozwoju sklepu, klientki miały walić do nas drzwiami i oknami. Ale gdyby tak było, nie pisałabym teraz tej historii...
Marlenka notorycznie na zmianę to otwierała sklep godzinę później, to zamykała godzinę czy nawet dwie wcześniej. Bez żadnej informacji dla klientek, choćby karteczki w drzwiach. Tu dentysta, tu umówiła się z narzeczonym, tu nagle rozbolała ją głowa. Ja wszystko rozumiem, ale wystarczyło dać mi znać, że potrzebuje wyjść, i ja lub mama bez problemu byśmy ją zastąpiły na tę godzinę czy dwie. Doszło do tego, że znajome wypytywały mnie, czy zwinęłam interes, bo kiedy by nie zajrzały było zamknięte.
Obrotna Marlenka postanowiła wymienić swoją garderobę moim kosztem - nagminnie przynosiła swoje prywatne rzeczy do sklepu, w zamian wybierała rzeczy z wieszaków. Była na tyle bezczelna, że pewnego razu na wieszaku znalazłam kurtkę, w której Marlenka przechodziła pół zimy - z uśmiechem stwierdziła, że trochę jej się przytyło, więc wzięła sobie większą, a swoją starą ot tak po prostu powiesiła w jej miejscu...
Ostateczną kwestią były obroty - parę miesięcy po pojawieniu się Marlenki spadły strasznie, owszem, było mnie stać na czynsz i jej wypłatę, ale jeśli dla mnie zostało 1000 zł w miesiącu, to było święto. Okazało się, że Marlenka nie dba o klientów, całe dnie spędza z łokciami wprost przyklejonymi do biurka i na każde zadane przez klientki pytanie o kolor, rozmiar czy dostępność ciuchów odpowiada znudzonym NIE WIEM, nic więc dziwnego, że w końcu mało kto zaglądał do sklepu.
Kiedy wreszcie miałam dość i wygarnęłam jej to i owo, stwierdziła, że inaczej sobie tę pracę wyobrażała i w takim razie ona podziękuje za współpracę. Cóż było robić, dzieć w trybie przyspieszonym został zapisany do żłobka, a ja wróciłam ratować podupadający interes. Znalazłam odpowiedzialną dziewczynę, pojawiły się transmisje na fb, ogółem nie spodziewałam się takiego rozwoju.
Szkoda tylko, że znajoma mamy opowiada wszem i wobec, jak to jej córeczka rozwinęła mój biznes, a ja kopnęłam ją za to w tyłek.
Zadzwonił brat cioteczny, że zmarł nasz dziadek. Powiedziałem, żeby zadzwonił po pogotowie, a ja przyjadę i ogarniemy zakład pogrzebowy. Przyjechałem do babci i razem czekaliśmy na zabranie ciała. Babcia, 94-letnia kobieta, wiadomo, przybita. Ciało zabrane, wracam do domu.
Jestem trzy kilometry przed domem, dzwoni znów roztrzęsiony brat, mówi, że muszę szybko wracać. Pytam, co się stało. Mówi, że dzwonili właśnie ze szpitala, w którym od kilku dni była jego matka, że zmarła w trakcie operacji.
Wróciłem. Musiałem powiedzieć babci, że dziś straciła nie tylko męża, ale i córkę. Zabierałem się do tego godzinę...
Powiedziałem... Cały czas mi się kraje serce. Babcia płakała jak mała dziewczynka. Stara kobieta, skurczona wiekiem i ciężarem doświadczeń, a ja zobaczyłem w niej bezbronną, małą dziewczynkę.
Musiałem to komuś powiedzieć, wybaczcie, że padło na was...
Moim największym i właściwie jedynym kompleksem jest krzywy zgryz (zęby). Deformuje to kształt mojej twarzy, wygląda nieestetycznie, uśmiech jest brzydki. Bardzo pragnę to zmienić, ale moich rodziców nie stać na leczenie ortodontyczne. Dorabiam sobie po szkole, niestety z tego nie jestem w stanie opłacić nawet łuku aparatu. Planuję iść na studia, ale zamierzam odłożyć je na kolejny rok, ponieważ przez rok chciałabym zarobić na całe leczenie. Obawiam się, że po rocznej przerwie nie będę wstanie pójść na studia, ponieważ to jest jednak długa przerwa.
Myślę o tym codziennie, to mnie powoli wykańcza psychicznie. Odczuwam tego skutki również w życiu społecznym, ponieważ po prostu wstydzę się mojej wady, która jest bardzo widoczna.
Nie wiem co w tej chwili mogę z tym zrobić, boli mnie moja bezradność, a moja samoocena spadła do samego dna.
Historia, którą tu opiszę zdarzyła się dosyć dawno. Jako mała dziewczynka brałam udział w wielu konkursach wokalnych i co za tym idzie bardzo chciałam grać na jakimkolwiek instrumencie. Moi rodziciele byli codziennie nękani milionem próśb o zapisanie mnie do szkoły muzycznej. Po osiągnięciu przeze mnie wieku szkolnego wreszcie zgodzili się na to, bym próbowała zdawać egzaminy wstępne do szkoły. Moja mama, chcąc aby jej dziecko spełniło swoje marzenie, przeprowadzała ze mną symulacje egzaminów w domu. Pokazała mi jak takie przesłuchanie wygląda, ustalała ze mną co mogę zaśpiewać komisji, o co mogą mnie zapytać i jak powinnam się zachować.
Wreszcie naszedł dzień przesłuchania, niestety mama była w pracy, więc na egzamin poszłam z tatą. Wiedziałam jak to będzie wyglądać i byłam bardzo rozluźniona.
Po wejściu na salę zobaczyłam komisję złożoną z pedagogów, którzy wyglądali bardzo ponuro i posępnie. Po chwili poprosili mnie, abym zaśpiewała jakąś piosenkę.
W związku z tym, że atmosfera jak na stypie, stwierdziłam, że rozruszam nieco towarzystwo i zarapowałam czołówkę z serialu dla dzieci "Ach ten, Andy". Komisja w szoku, tata w rogu sali czerwony jak burak. Lekko zdezorientowana pani zapytała, czy mam jakąś inną piosenkę w swoim repertuarze i wtedy zaśpiewałam "Świniorza" (piosenka z wiejską gwarą o chłopcu kochającym dziewczynę jak swoje świnie). Ludzie, którzy mnie egzaminowali, aż otworzyli usta (chyba ze zdumienia nad rozpiętością mojego repertuaru), a tata w rogu sali zapadał się pod ziemię. Oczywiście nie rozumiałam o co chodzi, ale rodzice do dziś wspominają ten egzamin.
P.S. Dostałam się do szkoły muzycznej na skrzypce :)
Dużo osób współczuje mi straty rodzica (ojca), ale mi nawet nie jest przykro. Mój ojciec pił przez pół mojego życia, nie raz podniósł na mnie rękę, straciłam z nim kontakt w wieku 18 lat. Wzięłam się spakowałam i uciekłam... Dla mojej mamy był to cios, który teraz wie, że był dobry dla nas wszystkich.
Mój ojciec we wczesnym dzieciństwie był kimś dla mnie ważnym, byłam "córeczką tatusia". Zawsze chodząc do sklepu pozwalał kupować sobie różne słodycze i gazetki (jakieś tam Barbie). Później zaczęło się psuć, ojciec przychodził pijany do domu i nie miał już czasu dla nas, swojej rodziny. Mimo, że próbowałam go ratować, on odrzucał moją pomoc. Od 13 roku życia całe jego pieniądze szły na alkohol. Dzień w dzień pił do upadłego i zaczęły się padaczki alkoholowe. W pewnym momencie przestał się kontrolować, pobił mnie za to, że byłam w domu.
Po kilku latach po mojej ucieczce zaszłam w ciążę, szok, że będzie dziadkiem. Obiecywał, że się zmieni i mu uwierzyłam... Fakt pod koniec mojej ciąży chodził do pracy, ale jak dostał wypłatę to był koniec. Znowu zaczął pić i całą wypłatę przeznaczał na alkohol. Swojej pierwszej wnuczce nie kupił nawet głupiego miśka za 5 zł, żeby miała pamiątkę...
I tak po trzech miesiącach od urodzenia mojej córki, mój ojciec zmarł na własne życzenie. W nocy poszedł do pomieszczenia gospodarczego wypić wódkę i prawdopodobnie dostał ataku padaczki. Upadł na szkło, które się tam znajdowało. Babcia znalazła go prawdopodobnie po godzinie w kałuży krwi, po dwóch dniach zmarł.
Dostałam telefon od brata, że ojciec nie żyje. Moja reakcja była taka, że się cieszyłam. Cieszyłam się z tego, że będzie święty spokój. Zainteresowało mnie w jaki sposób zmarł (bo nikt mi nie powiedział, że taka sytuacja się wydarzyła).
Pamiętam jego twarz w trumnie, była spuchnięta i to rozcięcie na twarzy.
Prawdopodobnie nawet jeżeli by przeżył to nie miałby jednego oka.
Pogrzeb nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, cieszyłam się, że wiał lekki wiatr i było słońce, bo wtedy łzawią mi oczy (mogłam udawać przy rodzinie, że mnie to rusza).
Kiedyś pracowałam na kasie w supermarkecie. Pamiętam, jak raz skończyły mi się jednogroszówki. Akurat przyszła do mnie starsza pani. Miałam jej wydać resztę z końcówką trzy grosze. Mówię tej pani, że nie mam tych trzech groszy i grzecznie zapytałam, czy mogę być dłużna, czy mam dzwonić po rozmiankę i mi przyniosą, ale trzeba będzie chwilkę poczekać. Pani się uśmiechnęła i powiedziała, że oddam przy okazji.
Pięć minut później dostałam telefon z punktu obsługi klienta, że ta starsza pani przyszła i powiedziała, że ją okradłam, bo nie wydałam tyle ile trzeba. Nie podała kwoty, na jaką ją okradłam, więc przyszła kierowniczka, by przeliczyć mi kasę i porównać ją z systemem. Różnica była na te trzy grosze, które zostały starszej pani zwrócone.
Kierowniczka później powiedziała mi, żebym się nie przejmowała, bo w tej pracy takie absurdalne sytuacje są na porządku dziennym. I miała rację...
Mając 10 lat, byłam straszną chłopczycą. Lalki i różowe sukienki? Nic z tych rzeczy! Piłka i kopanie z chłopakami do zmroku – to było coś!
Przy jednej z takiej właśnie gier jeden z kolegów wkurzony, że cały czas strzelam mu gole, podbiegł do mnie, wyciągnął sprzęt i obsikał mi całą nogawkę spodni i nowiutkie trampki!
A teraz wyobraźcie sobie minę mojej mamy, gdy wbiegłam do domu niczym tornado i oznajmiłam „Nie umiał złapać dziewczynie, no to mnie obsikał!!”. Kminiłam później, jak się odwdzięczyć, ale niestety nie miałabym takiego strumienia jak on, więc sprawa rozeszła się po kościach. Do dzisiaj widzę na jego twarzy rumieniec, gdy z uśmiechem mówię mu, żeby uważał, bo mam nowe buty :D
Mało anonimowe, no ale powiedzcie sami: czy ktoś z was został kiedyś obsikany? :D
Dodaj anonimowe wyznanie