Mam 32 lata, żonę i śliczną córeczkę. Jakiś czas temu kupiliśmy mieszkanie na kredyt, ale mieliśmy oddzielne konta, więc kredyt szedł z mojego. Wstyd przyznać, ale często w czasie kłótni mówiłem żonie, że mieszkanie jest moje, bo to ja za nie płacę, a jak jej się coś nie podoba, to może wypier... Ostatnio piłem coraz więcej, coraz więcej było kłótni. Kilka razy nawet ją pchnąłem na oczach córki. Obiecałem, że pójdę się leczyć. Ale nigdy nie zrobiłem żadnego kroku w tym kierunku. A ostatnio powiedziałem, że samochód też jest mój, bo to ja go robię, jak się zepsuje. Mimo że był kupiony z kasy z wesela.
Żona nie wytrzymała, odeszła z córką. Zostałem w moim mieszkaniu sam, z moim samochodem, ale bez mojej rodziny...
Czuję się jak gówno.
Gdy byłam młodsza i szłam sobie sama, często tańczyłam po drodze albo śpiewałam.
Po prostu myślałam, że zobaczy mnie jakiś „łowca talentów”.
Do dziś nie zostałam gwiazdą...
Mieszkam w bloku z wielkiej płyty na pierwszym piętrze, gdzie jak sąsiad z piętra wyżej kichnie, to krzyczy się „na zdrowie!”. Na parterze jest tylko jedno mieszkanie, gdzie lokatorzy co jakiś czas się zmieniają. Jednych nie słychać wcale, inni troszeczkę imprezowali, ale było spokojnie. Aż wprowadził się wnuk nieżyjącej już właścicielki, z żoną i dzieciakiem. Po dwóch tygodniach od ich wprowadzenia zaczął się koszmar...
Lato, gorąco na dworze, spać się nie da od duchoty, otwarte okna, pierwsza w nocy...
Łup, łup, łup, umc, umc, umc. Hehehehehe, hahahaha, hihihihi...
Trzecia w nocy – to samo.
Wkurzyłem się, rano do pracy, człowiek chce się wyspać, nie da się. Nie jestem z tych, co od razu dzwonią na policję, jeśli sprawa jest błaha, taka do rozwiązania od ręki między ludźmi. No to ubrałem się, schodzę do sąsiada. Pukam, dzwonię, walę w drzwi – otwiera. Widać że podpity. „Cześć, wiem, że weekend, fajnie i w ogóle, ale jest już trochę późno, ludzie chcą spać, więc z łaski swojej zakończ tę imprezę albo ścisz muzykę!” – musiałem krzyczeć, bo muza tak dawała po uszach, że słoiki z przetworami na półkach w piwnicy skakały. Sąsiad powiedział tylko „Eee, yyy, nooo, już, już”.
Poskutkowało na jakieś 5 minut... Znów głośno muzyka. Wkurzyłem się już, bo rano do roboty, a tu wyspać się nie da menda jedna. Schodzę do sąsiada znowu, walę w drzwi.
Otwiera, wiec mówię: „Prosiłem, ścisz tę muzykę!”. A on do mnie: „Aaaa spie***laj!”.
Szarpać się z gnojem nie chciałem, więc poszedłem. Plan na szybka zemstę rozpracowałem w kilka sekund. W bloku jest pralnia, suszarnia, jak to kiedyś za PRL-u było, miałem do niej klucze. No to myk do piwnic, otworzyłem skrzynkę z bezpiecznikami i śmiejąc się pod nosem, po prostu wykręciłem bezpiecznik sąsiadowi. Zadowolony postałem chwilkę, usłyszałem tylko głośne niezadowolenie imprezowiczów z braku prądu, po chwili wynieśli się. Wróciłem do domu, rano wstałem w miarę wyspany, zszedłem do piwnicy, wkręciłem bezpiecznik, pojechałem do pracy.
Sytuacja powtórzyła się za tydzień. Znów impreza, godzina ok. drugiej w nocy pyk – nie ma prądu. Po imprezie. Rano, wychodząc do pracy, wkręciłem mu bezpiecznik, aby lodówka mu się nie rozmroziła :)
Jakoś następnego dnia spotkałem sąsiada i mówi, że chyba ma sprzęt grający zepsuty albo jest tu stara instalacja elektryczna, bo jak tylko da głośniej, to prąd wywala w całym mieszkaniu :D
Później już zapobiegawczo wyłączałem mu korki na noce. Bidulek wyprowadził się po pół roku :D
Rozumiem, zrobić imprezę, raz, drugi, ale nie co weekend, zaczynając w piątek, kończąc w niedzielę wieczorem... Chcesz imprezować? Idź do klubu, jedź nad jezioro, mieszkaj w domu jednorodzinnym.
Chodzę na uczelnię wyższą w jednym z większych miast zachodniej Polski. Studiuję kierunek, który jest ściśle związany z inżynierią. Dziś i każdego dnia mam do czynienia z niesprawiedliwością. Są u mnie dwie dziewczyny na studiach, puste lampuce, udające, że chodzą na wystawy sztuki, bo coś z nich rozumieją, ciągle są na diecie "gluten?! fuu... ja nie jem takich rzeczy", mają software godny planktonu z wiecznym grymasem na twarzy... ale jedno trzeba im przyznać, wyglądają jak modelki, nie wiem ile poświęcają na makijaż, ale jak wyobrażam sobie ile coś takiego by mi zajęło, to bym chyba musiała nie chodzić na studia i nie jeść, żeby coś takiego zrobić. Ponadto zawsze mają hajs. Nie wiem jak to robią, ale wszystkie zdjęcia na snapchacie mają z drinkami w cenie mojego kilkugodzinnego wynagrodzenia za udzielanie korepetycji z matematyki.
Do rzeczy: jak to na studiach politechnicznych, wykładowcy to prawie sami faceci. Ja i kilku moich kolegów, nazwijmy ich Staś, Jaś, Piotr i Paweł, jesteśmy najlepszymi studentami 5 sem. Nie chodzi tylko o oceny, zawsze wszyscy się nas pytają o wszystko, bo po prostu wiemy wszystko, może to trochę nieskromne, ale tak jest. Kiedy przychodzi sesja i oddania projektów, zaczyna się cyrk związany z naszymi dwiema kukiełkami. Lampuce oczywiście nic nie robią samodzielnie. Nawet warstwy w AutoCadzie nie umieją zrobić. Kiedy przychodzi czas wystawiania ocen, jakimś cudem zawsze mają prawie takie same oceny jak my. Nawet nie wiecie jaką ciężką pracę trzeba wykonać, by uzyskać 4.0 lub 4.5 za projekt.
Kiedyś stanęłam pod drzwiami sali, w której wiedziałam, że jest prowadzący zajęcia, i kątem oka ujrzałam nasze dwie gwiazdy, zdawały właśnie projekt, oczywiście spóźniony. Sytuacja: zaczęły się wykręcać, że jednej coś tam się zdarzyło w rodzinie, a druga, że miała jakieś problemy z psem. Serio? Co za imbecyl pójdzie na to, że komuś pies przeszkodził w oddaniu projektu? Zaczęły trzepotać rzęsami, oczywiście dekolt do pasa, ale to co do mnie dotarło, kiedy się odwróciła jedna z nich na zawsze zmieniło mój pogląd o całej tej sytuacji – jedna z nich nie miała stanika. Po prostu to było widać nawet z daleka. Makijaż tak dopracowany, że Bobbi Brown by pogratulowała, a ona zapomniała stanika? I wtedy zauważyłam, jak zachowuje się prowadzący – jest w siódmym niebie. Zwyczajnie zaspokojony, czuje się ważny.
Wstydzę się za moją uczelnię. Oczywiście jedna dostała 4.0 z możliwością poprawy, druga 4.5. Ja za ten sam projekt dostałam 4.5. Bo normalnie wyglądam. Obserwowałam takie sytuacje później wielokrotnie. Nie wiem nawet jak to skomentować.
Jeżeli to czytasz i jesteś wykładowcą bądź innym nauczycielem, dam Ci radę – to widać, to jest obleśne i niehonorowe.
Czy może ktoś z was miał podobne sytuacje i chce się podzielić?
Ostatnio, gdy siedziałam w pracy, mój chłopak napisał mi wiadomość, że jesteśmy zaproszeni na wieczorną parapetówkę u jakiegoś jego dawnego znajomego. Nie kojarzyłam tego kolegi i jego żony, a z racji tego, że tego dnia miałam wyjątkowy młyn w pracy, nie zdążyłam podpytać co i jak.. I tym oto sposobem zaliczyłam dosyć spektakularny festiwal żenady. Ale od początku.
Dojeżdżamy na miejsce, wszystko ładnie pięknie. W którymś momencie wypłynął temat imion. Luźno rzuciłam, że kompletnie nie rozumiem tej „sebiksowej” mody na Jessiki, Brajany, Alany, Nikole itp. Nagle wokół cisza jak makiem zasiał. Po chwili pani domu, z piorunami w oczach, powiedziała, że ona wręcz przeciwnie, jest fanką tego typu „nazewnictwa” i ich 3-letnia córka ma na imię właśnie Jessika. Cóż... Zdarza się. Żeby jakoś ratować sytuację, durnowato się uśmiechnęłam i oznajmiłam zgromadzonym, że najważniejsze, żeby było zdrowe.
Znowu pudło. Jessika ma zespół Downa :))))))
Pewnego dnia wybrałam się z 17-letnią córką na spacer z psem. W pewnej chwili córka mówi, że ma ochotę na lody. No dobra, dałam jej parę złotych, mówiąc:
- Idź do sklepu, a ja tutaj poczekam z pieskiem.
W tym czasie pod sklep podjechało na motorze dwóch młodzieńców, którzy dość głośno zachowywali się, rozglądając się ciekawie wokoło. Po kilku minutach córka wychodzi ze sklepu z lodami, jednego już konsumując. Przechodzi obok chłopaków i wtedy słyszę, jak jeden z nich dość głośno mówi, zwracając się w jej stronę:
- Też chciałbym loda.
Córka, nie odwracając głowy, równie głośno, ale spokojnie, odpowiada:
- Poproś kolegę, to ci zrobi.
Mina koleżków – bezcenna. Moja też ;-)
Połowa stycznia. Wracam sobie ja po 21 do domu samochodem. Ciemno jak w dupie, teren niezabudowany, jadę na długich. Po drodze miałem zahaczyć do sklepu. 200 metrów przed nim, gdzie jeszcze zabudowanego nie ma, omijam zataczającą się postać. Gdyby nie długie, to pewnie bym jej nie zauważył, gość ubrany na czarno. W lusterku widzę, że typ się obraca i coś gestykuluje. Ja zjeżdżam na parking.
Kilka osób w sklepie, jedna kasjerka, więc myślę, że chwilę postoję. Nie mija może 5 minut, jak słyszę alarm mojego samochodu. Wychodzę i co widzę? Tego samego inteligenta z butelką w ręku. Patrzę na samochód – rozbita przednia szyba i boczna od kierowcy, urwane lusterko. Jasny członek mnie strzelił. Zadzwoniłem po policję, a gościa spacyfikowałem, żeby nie narobił większych szkód (albo co gorsza komuś).
Wiecie jakie było jego tłumaczenie? Rzuciła go dziewczyna, więc musiał odreagować. Zapytacie, ale co ja miałem z tym wspólnego? Oślepiłem go długimi jak jechałem, to chciał się odegrać...
Działo się to jakieś 10 lat temu. Mieliśmy wtedy może po 12 lat. Siedzieliśmy ze znajomymi w moim pokoju i nagle któryś z nas przeklął. Usłyszała to moja mama.
Wparowała nagle do pokoju i zbytnio nie myśląc nad wypowiadanymi słowami krzyknęła: „JA WAS KU*WA NIE UCZYŁAM PRZEKLINAĆ!”.
Padliśmy ze śmiechu na podłogę. Często wracamy do tej sytuacji ze znajomymi. Kochamy Cię, Mamo!
Pracuję w restauracji jako kelnerka. Mój chłopak jest z kolei szefem kuchni. Nie pracujemy razem w tej samej restauracji, ale wiadomo – ta sama branża.
Pewnej nocy mój ukochany śnił o pracy i wykrzyczał „serwis!” tak głośno, że aż sam siebie obudził i wtedy usłyszał mnie mówiącą „już idę!”.
Boję się szczurów. Niestety siostra mojego partnera ma ich w domu aż 3. Nie mam problemu z odwiedzaniem jej i jej męża – zawsze, gdy tam jesteśmy, starają się trzymać szczury z dala ode mnie lub po prostu zamykają je w klatce. Niedawno jednak pojechałam do ich domu, gdy nikogo nie było (ja miałam wolne, pozostali nie). Miałam odebrać paczkę – prezent dla mojego chłopaka, zamówiony online i wysłany pod adres jego siostry, by mój chłopak go nie znalazł. Na pewniaka weszłam do domu, przywitałam się z psem i skierowałam w stronę salonu, gdzie miała czekać na mnie paczka, gdy nagle zobaczyłam przebiegającego przez korytarz szczura.
Stan przedzawałowy. W panice... Chwyciłam psa na ręce, żeby go uratować i wybiegłam. Zamknęłam drzwi i w przedsionku tylko chwyciłam wiszącą smycz. Dopiero bezpieczna na zewnątrz uświadamiam sobie, co najlepszego zrobiłam. Nie chciałam uchylać drzwi i wrzucać psa do środka, bo było mi go szkoda, poza tym bałam się, że szczur może wybiec. No i na dodatek w środku była ta nieszczęsna paczka... Do powrotu „szwagierki” z pracy były jeszcze 4 godziny, a nie mogłam psa wziąć do siebie, bo przyjechałam do nich na motorze. Poszłam więc z psiakiem na spacer... Na bardzo długi spacer.
Po 4 godzinach, gdy „szwagierka” już była w domu, wróciłam i powiedziałam jej, że dopiero co przyjechałam i postanowiłam wyjść z psem, żeby nie musiała tego robić zmęczona po pracy.
Przynajmniej pies i jego pani byli zadowoleni.
Dodaj anonimowe wyznanie