#A2KnG

Dokonałem 10 transakcji na jednej z najbardziej nielegalnych stron po ciemnej stronie internetu, bez jakichkolwiek problemów, a nawet z delikatną pomocą ze strony całkowicie anonimowych użytkowników, którzy mogliby mnie bez żadnych konsekwencji ojebać na kasę.
Dokonałem również około 20 transakcji na stronach innych niż allegro, po jasnej stronie internetu, i dwie z nich zakończyły się ojebaniem mnie na kasę.

Ten świat jest dziwny...

#a4UYN

Zawsze byłam dzieckiem z nadwagą. Od kiedy pamiętam jadłam dwa śniadania i dwa obiady (jedne w domu, drugie w przedszkolu/szkole), a do tego czas wolny spędzałam głównie z babcią, która była kucharką, więc kochała mnie dokarmiać. Już wtedy miałam jakieś 10-15 kg nadwagi, co w podstawówce jest masakrą dla dziecka. Oczywiście rówieśnicy mnie wiecznie wytykali palcami, ale do tego można było przywyknąć. Gorzej, że to była szkoła z basenem, a rodzicom bardzo zależało, żebym nauczyła się pływać, dlatego tam mnie zapisali.

Któregoś dnia szłam wzdłuż basenu (w stroju kąpielowym) z jedyną koleżanką jaką miałam, mijałyśmy nauczycielkę pływania, która miała zajęcia z następną klasą. Spojrzała na mnie z góry na dół (nigdy tego nie zapomnę) i powiedziała na cały głos: „No, widzę, że słoninę na zimę już mamy”.
Od tamtej pory zaczęłam unikać basenu w szkole jak ognia, a nawet teraz, będąc 25-letnią kobietą, za każdym razem gdy nawet mijam basen staje mi ta baba przed oczami i słyszę te słowa. Kto tak mówi do dziecka, które ma 10 lat i wystarczająco przerąbane ze strony innych dzieciaków?

Ta sama baba wyprosiła moją koleżankę z zajęć tanecznych mówiąc, że w swojej grupie grubasów nie potrzebuje. Miała pecha, bo koleżanka przekazała wiadomość swojej mamie, a ta potulna nie była i zrobiła porządną aferę w szkole.

#nUTSs

W dzieciństwie miałam dość długo utrzymującą się wadę wymowy. Z tego powodu musiałam uczęszczać do logopedy – starej wiedźmy, która nienawidziła swojej pracy i dzieci. Miałam już jakoś 11-12 lat, gdy na rynek wchodziły takie małe wibratorki, które miały pomóc w wyćwiczeniu języka. Wiedźma stwierdziła, że muszę mieć ten sprzęt. Rodzice się zgodzili, ale z racji tego, że internet nie był wtedy tak powszechny jak teraz, pani W. miała go zamówić z komputera przychodni.

Pewnego słonecznego dnia weszłam do znienawidzonego gabinetu, a W. wyjęła z szafki paczkę, dała mi ją i wyszła zrobić kawę. Miałam w tym czasie rozpakować przesyłkę. Rozpakowałam więc i grzecznie czekałam. Gdy W. weszła do gabinetu powiedziałam tylko „myślałam, że to będzie mniejsze”. Taki odcień czerwieni, jaki pojawił się na jej twarzy, widziałam tylko raz w życiu. Zdołała jedynie wydusić, że musiała zajść jakaś pomyłka i przesłali nie to co trzeba. Szybko zabrała mi sprzęt, a dzięki jej reakcji zaczęłam domyślać się do czego tak naprawdę to cacko służy. Ta inteligentna kobieta najwidoczniej złożyła zamówienie nie na tej stronie co powinna. Rodzicom powiedziała, że w sumie jednak nie warto inwestować w coś takiego, bo szczoteczka elektryczna spełnia takie same zadania.

Dzięki niej pierwszy i ostatni raz trzymałam w ręce taki sprzęt i cieszę się, że nie zaczęłam ćwiczeń bez niej, wkładając go sobie do buzi. Nie mam pojęcia co Wiedźma z nim zrobiła, ale raczej nic pożytecznego, bo dalej była wredna ;)

#cm7kq

Ostatnio przypomniała mi się sytuacja, która miała miejsce kilka lat temu. Miałem wtedy 13 lat i telefon komórkowy.

Pewnego dnia na ów telefon otrzymałem wiadomość SMS o treści "wezwanie do zapłaty". Jako niezwykle mądra osoba stwierdziłem, że mam to gdzieś, a to wezwanie to pomyłka. Potem przychodziły kolejne wiadomości, każda co kilka dni o bardziej ostrym charakterze. Wspominano tam o rozprawie sądowej i komorniku. Nadal miałem to gdzieś, a irytującego się nieznajomego pana nie raczyłem wyprowadzić z błędu, co do odbiorcy tych SMS-ów. W ostatnim z nich dowiedziałem się, że ów zdenerwowany pan bierze komornika ze sobą i idzie po swoje pieniądze. I co? I nic. Wiedziałem, że to nie do mnie są kierowane informacje i dalej nie odpowiedziałem.

Po tym ostatnim SMS-ie myślałem, że już nie otrzymam kolejnych. Zapomniałem o tym w ciągu godziny. Koledzy po mnie zadzwonili, a ja skierowałem swoje kroki ku boisku. Opuściłem dom i osłupiałem. Ujrzałem dwóch panów w garniturach, którzy właśnie podeszli do mojej furtki. "O w dupę" pomyślałem, ale z uśmiechem przywitałem się. Byli mili, choć w mojej głowie panowała nawałnica myśli, "jak mnie znaleźli, o co im dokładnie chodzi" i tak dalej.

Panowie zapytali mnie o wiek, a po otrzymaniu tej informacji odrzekli, że tyle lat, to już mężczyzna. Straciłem wtedy wątek. Co to ma do długu z SMS-ów? Otóż następnie dostałem ulotkę. Ci mili panowie byli świadkami Jehowy, o czym się dowiedziałem się po chwili. Po raz pierwszy w życiu ucieszyłem się, że mnie odwiedzili!

Pomimo tego, że jestem katolikiem, ulotkę mam nadal. Zawsze jak na nią patrzę mam wrażenie niesamowitej ulgi :)

#KVoPz

Jadę sobie rowerkiem po ścieżce. Tempo niespacerowe, ale dopiero rozgrzewka, więc nie wyścigi. Wyprzedzam jakiegoś małolata. Po chwili słyszę, że małolat syczy jak lokomotywa i zasuwa tuż za mną. Nawet mnie to rozbawiło, więc nie powiem, że nie, trochę przyspieszyłem. Małolat syczy jak parowóz. W oddali ścieżka się kończy i przechodzi w asfalt. Małolat zbiera się na nadludzki wysiłek, zasuwa nogami jak na Tour de Pologne. W końcu małolat mnie dogania i wyprzedza, tak powoli, jak tir wyprzedza tira na autostradzie. Małolat jeszcze dodaje gazu. Oczy mu prawie na wierzch wyszły, ja już myślę, jak szła resuscytacja u dzieci :D ale no dobra, dał radę i wyprzedził mnie. Oddala się.
Mija chwila i następuje nieuchronny koniec – małolat puchnie, nie wytrzymuje, a ja swoim niezmiennym tempem wyprzedzam go – żaden wyczyn, po prostu jadę swoje.

Ale jednego nie zauważyłem – że już byliśmy za ścieżką dla rowerów, na asfalcie. I nagle małolat triumfalnie krzyczy do mnie z oddali w tle: „WYGRAŁEM!!!”.

#YO8RQ

Jak wywołać uśmiech na czyjejś (i przy okazji swojej) twarzy?

Kilka lat temu obchodziłam n-te urodziny, toteż zaprosiłam kilkoro znajomych. A że chciałam nieco rozweselić ponury, wynajmowany pokoik, postanowiłam udekorować go balonami. Ozdóbki owe wisiały jeszcze przez kilka dni, po czym stwierdziłam, że jednak do takiego wystroju to się nie ma co przyzwyczajać, bo jeszcze mi się spodoba, i co wtedy? Kilka baloników sflaczało śmiercią naturalną, ale co zrobić z tymi, które pozostały? Plan iście szatański – wyrzucę je z ósmego piętra. Niech rozjaśnią ten pochmurny dzień, a nuż komuś się mordka uśmiechnie? Jak postanowiłam, tak uczyniłam, i 5-6 baloników pofrunęło w siną dal, w odstępie kilku sekund każdy. A ja kurtka na plecy, torba na ramię i na uczelnię.

A teraz wyobraźcie sobie – wychodzę i za zakrętem potykam się o torbę z książkami. Obok stoi dziewczątko, a drugie, jemu podobne, biegnie co sił i łapie żółtego balonika, po czym wraca z wypisanym szczęściem, krzycząc do koleżanki: „Mam! Złapałam! Mówiłam, że złapię!”. Kilkanaście metrów dalej widzę mamę z kilkuletnim brzdącem, który dzierży balonika – tym razem czerwonego – w rączce i śmiało kroczy do przodu.
Dzień był chłodny, mżysty i niezbyt przyjemny, ale mi się zrobiło tak jakby cieplej... Ot, głupotka, a cieszy.

PS O zaśmiecaniu środowiska, przyznam szczerze, nie pomyślałam. Ale uważam, że są gorsze rzeczy niż tych kilka balonów.

#Znyxf

Już od małego zastanawiałem się, jakim cudem moi rodzice mogli ze sobą żyć. Mama zawsze była dla mnie wzorem – wykształcona, oczytana, kulturalna, miała dobrą pracę i nieźle zarabiała. Miała niesamowitą wiedzę, to do niej zawsze szliśmy z siostrą, kiedy trzeba było jakiejś pomocy w lekcjach albo wyjaśnienia jakiejś niewiadomej. Tata z kolei nigdy nie ukończył studiów, pracował szereg lat jako magazynier, bardzo mało czytał, nie miał szczególnych zainteresowań, zdarzało mu się rzucić głupim dowcipem. Kiedy byłem dzieciakiem, uważałem, że jest super – zabierał mnie na zajęcia sportowe, bawił się, był takim luzakiem. Potem, gdy zacząłem dostrzegać różnicę poziomów między rodzicami, przestał być dla mnie autorytetem i zszedł na dalszy plan, uważałem się za bardzo dojrzałego i odpowiedzialnego, więc podśmiewałem się z jego braków i chyba zacząłem go nawet trochę ignorować.

Wszystko zmieniło się, kiedy miałem 13 lat, a moja siostra 9. Mama zginęła wtedy w wypadku. Nie będę się rozpisywał nad pogrzebem ani całą resztą, napiszę tylko, że świat mi się zawalił, ale ubzdurałem sobie wtedy, że nie będę płakać, bo ktoś musi się zająć moją siostrą, skoro ojciec się do tego nie nadaje. Dusiłem to w sobie dość długo, do pewnej nocy, kiedy usłyszałem płacz siostry z pokoju obok. Poszedłem tam, chcąc ją pocieszyć, i zastałem tatę, który mocno ją przytulał i płakał razem z nią. Wtedy coś we mnie pękło, rzuciłem się do nich i też zacząłem ryczeć. Tata powiedział mi wtedy coś, czego nigdy nie zapomnę: „Płacz, bo to, że faceci nie płaczą, to największa bzdura, jaką kiedykolwiek wymyślono”.

Jeśli spodziewacie się, że po śmierci mamy tata się ogarnął, zrobił studia, założył własną firmę i żyliśmy sobie jak pączki w maśle, to muszę was rozczarować. Tata owszem, postarał się i, gdy zwolniło się w jego firmie miejsce w biurze, udało mu się dzięki długiemu stażowi zdobyć to stanowisko i podwyżkę, ale nigdy nie żyliśmy w luksusie. Nie mieliśmy dobrych telefonów ani bajeranckich wakacji. Tata poświęcił nam jednak wszystko, co mógł poświęcić, i ze wszystkich sił starał się stworzyć nam dom. Nie uniknął błędów, zdarzało nam się kłócić, z lekcjami musieliśmy sobie radzić sami (może poza matematyką), ale teraz, po tych wszystkich latach, mój tata do dla mnie naprawdę wielki człowiek i nie ma słów, które mogłyby wyrazić, jak bardzo go kocham i szanuję. I, jako dorosły facet, chyba w końcu wiem, dlaczego mama za niego wyszła.

#Tv3Ph

Mieszkam w akademiku i mam bardzo dobre relacje ze swoimi znajomymi z piętra, można powiedzieć, że jesteśmy jak dobrzy przyjaciele. W dniu urodzin ubzdurałam sobie (do dziś nie wiem czemu), że chcą mnie po północy zaskoczyć szampanem i życzeniami. Słyszałam wcześniej jakieś szepty i mój mózg zaprogramował sobie, że musi to dotyczyć mnie. O 23.30 zaczęłam sprzątać pokój (mieszkam z jedną dziewczyną, ale akurat wtedy wyjechała do swojej rodzinnej miejscowości), zrobiłam lekki makijaż, żeby nikt nie wiedział jak wyglądam bez i czekałam zniecierpliwiona na godzinę zero.
Nikt nie przyszedł.

W skali próżności takie mocne 8/10.

#bfeMv

Dwa lata temu długo nie mogłam znaleźć pracy, aż w końcu załapałam się do szpitala jako salowa. Nie była to robota moich marzeń, ale byłam pozytywnie nastawiona na zdobycie nowego doświadczenia i sprawdzenie jak to wszystko wygląda „od środka”. Trafiałam na różne oddziały, ponieważ pań sprzątających było stosunkowo mało i trzeba było to jakoś równomiernie rozplanować. Pech chciał, że spędziłam tydzień na oddziale ortopedycznym, który był zdecydowanie najgorszym ze wszystkich, na których dane mi było przebywać.

Do moich zadań należało sprzątanie sal, podawanie obiadów i innych posiłków (przynoszenie ich na stolik, ponieważ na tym oddziale większość osób jest leżących), utrzymanie czystości na korytarzu i w toalecie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że wyżej opisane obowiązki były tylko teorią, w praktyce wyglądało to znacznie gorzej. Od samego rozpoczęcia dwunastogodzinnej zmiany biegałam z kaczkami i podsuwaczami, na korytarzu było słychać dzwonek za dzwonkiem, a panie pielęgniarki miały, krótko mówiąc, wyje*ane. W porach posiłku chodziłam od sali do sali i pomagałam starszym ludziom zjeść. W wielu przypadkach nie potrafili oni nawet utrzymać widelca czy łyżeczki, a mi było ich po prostu żal. Pielęgniarki w tym czasie zajmowały się swoim posiłkiem, nie interesowało ich to, że ktoś może zostać głodny, bo sobie najzwyczajniej w świecie nie poradzi. Często gdy nie zdążyłam komuś pomóc, zabierały po prostu pełną tacę jedzenia, jak gdyby nigdy nic, i udawały, że nic się nie stało. W wielu sytuacjach nie były skłonne podać pacjentce nawet wody, żeby mogła się napić, czy telefonu, żeby zadzwoniła do rodziny. Wiecznie zabiegane, zmęczone, a najczęściej po prostu siedziały w dyżurce i oglądały telewizor albo zajmowały się plotkowaniem. Kiedy ktoś z rodziny przyszedł pytać o stan zdrowia kogoś bliskiego, datę zabiegu albo czy nie potrzeba czegoś donieść, to wskakiwały na człowieka, że wieczne pytania, ile razy mają mówić, one nie są informacją turystyczną itd. Za to gdy po wypisaniu pacjenta rodzina przychodziła z kawą i ciastem – uśmiech od ucha do ucha. Średnio co dwie godziny potrafiły kogoś zrównać z ziemią bez przyczyny, a gdy wchodziły podać leki, szybko się zmywały, żeby nikt nic od nich nie chciał.

Z tym oddziałem wiążę swoje najgorsze doświadczenia i mam żal, że takie osoby nazywają siebie pielęgniarkami. Oddział ortopedyczny posiadał maksymalnie 3 pielęgniarki z powołania, miłe i uczynne, pozostałe to te opisane wyżej. Na innych oddziałach nie spotkałam się z czymś takim, panie były uśmiechnięte, sympatyczne i to one odwalały największą robotę. Ja wiem, że to praca męcząca i wymagająca, a także bardzo odpowiedzialna. Tylko że zawsze trzeba być człowiekiem i wykazywać trochę empatii, niektórzy po prostu nie sprawdzają się w tej roli.
Dodaj anonimowe wyznanie