Moja mama po znajomości szyła sukienki w naszej wiosce, więc kiedy nadchodził okres komunii, to miała naprawdę dużo pracy. Ja, uczynny chłopak, widziałem jak ślęczy po nocach i postanowiłem zrobić wszystko, żeby jej jakoś pomóc. Okazało się, że rzeczywiście mogę pomóc, jednak moje 8-letnie poczucie męstwa bardzo mocno walczyło z jej propozycją... no ale czego nie robi się dla mamy.
Żeby mogła sprawdzić, czy wszystko jest dobrze uszyte...
...chodziłem po domu ubrany w komunijne sukienki moich koleżanek.
Jestem w związku od 10 lat, po ślubie od 6, oboje przekroczyliśmy trzydziestkę. Kupiliśmy dom, dobrze zarabiamy, nic więc dziwnego, że obie nasze rodziny coraz częściej zadają TE pytania. Czyli kiedy dzieci. Słyszymy je przy każdym rodzinnym spotkaniu. Dlatego zdecydowaliśmy się w końcu im powiedzieć wprost, że nie możemy mieć dzieci. Próbowaliśmy, nic z tego nie wychodziło, poszliśmy do lekarza, zrobiliśmy badania i usłyszeliśmy werdykt. Wszyscy nam współczują, jest im przykro.
A prawda jest taka, że po prostu nie chcemy mieć dzieci. Wiedzieliśmy o tym od samego początku naszego związku i nic się przez te 10 lat nie zmieniło. Mamy inne potrzeby i priorytety, ja nie odczuwam instynktu macierzyńskiego i po prostu dzieci nie są nam potrzebne do szczęścia.
Mamy też dwa małe sekrety, o których nikt nie wie i nigdy się nie dowie.
Pierwszy, to że byłam już raz w ciąży i dokonałam aborcji. Podjęliśmy tę decyzję z moim, jeszcze wtedy, narzeczonym bez chwili wahania. Mieszkamy w kraju, w którym jest to nie tylko legalne, ale i darmowe. Żadnych problemów, żadnych pytań, żadnych powikłań. Po wszystkim ogromna ulga i łzy szczęścia.
Drugi sekret, to że zaraz po tym, mój partner zdecydował się na wazektomię. Nie chcieliśmy więcej wpadek tego typu (bo owszem, to była wpadka, używaliśmy antykoncepcji, ale najwidoczniej zawiodła), jesteśmy pewni, że nigdy nie będziemy chcieli mieć dzieci, więc to również nie była trudna decyzja.
Nasze rodziny są bardzo religijne i konserwatywne, z trudem zaakceptowali to, że zamieszkaliśmy ze sobą przed ślubem, więc nie ma opcji, by zrozumieli, że nie chcemy dzieci. Przynajmniej przestali w końcu dopytywać. W ogóle unikają tego tematu jak ognia, po powiedzieliśmy im, że jest on dla nas bardzo bolesny.
Marzy mi się, by ta polska mentalność kiedyś się zmieniła. By ludzie zrozumieli, że nie każdy chce mieć dzieci.
Nie będę prawić morałów obrońcom "życia poczętego", bo wiem, że to i tak bez sensu. W zamian i wy oszczędźcie sobie prawienia morałów mi, bo to tak samo bez sensu.
Po prostu żyjmy w zgodzie ze sobą i nie wymagajmy od nich, by się do nas dostosowali, a świat będzie piękniejszy.
Gdy miałam jakieś 5-6 lat i chodziłam do kościoła z rodzicami, pod koniec mszy zawsze słyszałam, jak ksiądz mówi: „Idźcie w pokoju Chrystusa”, a wierni odpowiadają: „Bogu niech będą dzięki”. Myślałam, że są znudzeni mszą tak jak ja i że myślą sobie „Bogu niech będą dzięki, że to już koniec tej nudnej mszy”.
Nie jest łatwo to przyznać, ale od prawie 7 lat jestem uwikłana w toksyczny związek, z którego nie potrafię się wydostać. Wspólnie wychowujemy 5-letnie dziecko i mieszkamy razem od 6 lat. Przyjęłam na siebie ciężar upokorzeń, aby utrzymać ten związek przy życiu. Mój narzeczony dodatkowo walczy z nałogiem narkotykowym i aktualnie jest w tygodniowym ciągu. Nie stosuje przemocy fizycznej, ale zaczął wykorzystywać mnie finansowo, przepalając nasze całkiem spore oszczędności i obiecując zwrot w poniedziałek. Aktualnie jest na mieście, flirtując z innymi kobietami, czym podzielił się ze mną przez telefon, a ja w tym czasie siedzę w domu z naszym dzieckiem.
Jeśli ktoś mnie zapyta, czy go kocham, bez wahania odpowiem, że tak. Lecz szczerze mówiąc, chciałabym przestać. Tym bardziej że dwa miesiące temu usłyszałam od niego, że sam nie wie, czy to jeszcze miłość, czy już tylko przyzwyczajenie, co tłumaczy jego zwlekanie z tematem ślubu.
Często myślę o tym, jak licho się czuję z faktem, że na to wszystko pozwoliłam.
Moja rodzina twierdzi, że jestem potworem i najgorszym typem kobiety. Powód? Uważam, że młoda osoba, niemająca widoków na stabilną pracę, potrzebująca często wsparcia finansowego, starająca się o dziecko, jest po prostu nieodpowiedzialna.
Prowadzę swoją firmę. Jako że branża techniczna, to dosyć często potrzeba zrobić jakieś zakupy narzędzi i wyposażenia. Jak chcę coś kupić, to w pierwszej kolejności przeszukuję portale typu olx, często można wyrwać tanio rzeczy używane w świetnym stanie, a czasem jakieś nówki z likwidowanych magazynów. Cenowo wygląda to i tak dużo dużo lepiej niż zakup nowych rzeczy (nie mówię tutaj o zakupach chińskiego badziewia, co się zepsuje za tydzień, raczej poszukuję rzeczy ze średniej lub wysokiej półki). Czasem niestety zdarzają się naciągacze, którzy reklamują towar, poprawiają go wizualnie, a tak naprawdę to jest szmelc – niestety taki urok. Czasem się coś takiego trafi. Żeby nie było – nie kupuję w ciemno, zawsze staram się dopytać o stan przedmiotu. Najlepszy też sposób na zakupy z tego portalu to wysyłka za pobraniem, jeśli nie ma opcji zakupu przez portal.
A anonimowe jest to, że gdy otrzymam właśnie taki podrasowany szmelc i sprzedawca po zwróceniu uwagi jest chamski, nie poczuwa się wcale do winy i cieszy się z szybkiego zarobku (czasem to kwota rzędu 1000 lub 2000 zł, gdzie faktyczna wartość przedmiotu to 200-300 zł), to po około miesiącu lub dwóch od zakupu (jeżeli sprzedawca nie zgodzi się na zwrot), zgłaszam go do urzędu skarbowego – potrzebne dane są na liście przewozowym z paczki, a zwrot na konto kwoty pobrania to dowód dla urzędu, że sprzedawca nie rozliczył przychodu ze sprzedaży.
Ot, taka moja mała zemsta za oszukanie mnie.
Czy mój mąż naprawdę tak mnie nienawidzi i się mnie brzydzi, że nawet gdy śpi, nie pozwoli mi się dotknąć? Szczerze mam naprawdę dość, ja rozumiem wszystko, ale nie jestem wstanie tego zrozumieć. Urodziłam mu pięcioro dzieci i nigdy nie było jakiegokolwiek problemu z naszymi relacjami łóżkowymi, a teraz kochamy się raz w miesiącu. Powiedzmy, że się kochamy; zrobi co swoje i tyle mojej miłości. Gdy tylko zacznę rozmowę na ten temat, to słyszę: „Co ty za głupoty gadasz?” i szczerze mam dość. Każdy potrzebuje jakiejś czułości. Dodam jeszcze, że jesteśmy razem prawie od 20 lat razem i było wszystko prawie dobrze – jak w każdym związku, zdarzały się wzloty i upadki, ale nigdy nie było aż tak źle.
Mam 26 lat, a moje życie potoczyło się dziwnie ostatnimi czasy.
Miałem najlepszego przyjaciela, znaliśmy się może z 8 lat, zawsze spędzaliśmy wolne chwile razem, pomagaliśmy sobie nawzajem finansowo czy w przysłudze. Przyjaźń nie do ruszenia, można tak powiedzieć. Byłem u niego jak rodzina, jak i on u mnie, zawsze był mile widziany w moim domu. Wszystko zaczęło się sypać, jak zacząłem rozmawiać z jego kobietą. Pisaliśmy ze sobą, gadaliśmy raczej, ona głównie się żaliła na niego, jaki to on nie jest zły w stosunku do niej i do dzieci. Z jej słów wynikało, że jest tyranem, znęca się nad nimi psychicznie i fizycznie. Z początku nie chciałem w to uwierzyć, ale otworzyłem oczy, jak mi pokazała czarno na białym nagrania z nim w roli głównej. Serce mi pękało – niby znasz człowieka kupę czasu, a tak naprawdę nie wiesz o nim nic.
Czasami było tak, że dzwoniła do mnie, żebym przyszedł do nich, bo on jest pijany, a jak ja jestem, to się przy mnie hamuje i jest spokojny. Przesiadywałem tam do późnych godzin, żeby dzieci w spokoju spać poszły i żeby on zasnął, wtedy wychodziłem ze spokojnym sumieniem. Raz jego dziewczyna usnęła i przetrzepał jej telefon i zobaczył wiadomości. Wściekł się i straciłem kumpla, jesteśmy teraz najgorszymi wrogami.
Czy żałuję? Nie, żałuję jedynie, że już nie mogę chronić tych dzieci, teraz to już od niej zależy.
Dziś spacerowałam ze swoim chłopakiem i poprosiłam go, by powiedział mi coś miłego. Usłyszałam tylko: „Ładnie wyglądasz”, a liczyłam na coś romantycznego, więc zapytałam: „Ładnie jak...?”.
Po chwili zastanowienia powiedział: „Jak 10-kilogramowy sum”.
No tak, wędkarz... :D
Kiedy byłam dzieckiem, naszej rodzinie się nie przelewało. Zawsze ubrania po dzieciach sąsiadów, naszywki z bajek na dziury za każdym razem, kanapki zawsze z jednym składnikiem. Mimo wszystko zawsze mieliśmy jedzenie, ciepłe obiady, czyste ubrania i siebie nawzajem, mimo niepełnej rodziny. Nie mieliśmy żadnych osiągnięć wśród najbliższych, a mnie popchnęło startować w zawodach sportowych. Od 10. roku życia starałam się coraz bardziej – puchary, medale, wyjazdy ze szkoły na dalsze zawody. Wtedy co rano mama robiła mi kanapki, o dziwo bułki, a nie chleb, napakowane wieloma składnikami, żeby tylko mi dobrze poszło, nawet jeśli jakieś jedzenie i sok mieliśmy gwarantowane.
Pewnego razu bułki były wypchane samymi dobrociami, mama starała się jak mogła, ale na bułce była pleśń... Nigdy nie zapomnę, jak bardzo starała się o mój sukces, a to musiała przeoczyć. Po powrocie do domu pokazałam kolejny puchar i powiedziałam, że kanapki były przepyszne, mimo że wyrzuciłam je do śmieci, by nikt tej pleśni nie widział.
Po 20 latach dalej mam łzy w oczach na wspomnienie jej wysiłków i bardzo się staram, aby teraz to ona miała wszystko, co najlepsze.
Dodaj anonimowe wyznanie