#14Jo0

Parę dni temu byłem na imprezie, na której było dużo osób ode mnie z uczelni. Była tam też dziewczyna z innej grupy, która od długiego czasu bardzo mi się podoba. Siedziałem i (wydawało mi się, że dyskretnie) przyglądałem się, jak tańczy, nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zastanawiałem się, jak by tu do niej zagadać, gdy niespodziewanie podeszła do mnie i z miłym uśmiechem spytała, czy podoba mi się to, co widzę. Zbiło mnie to z tropu, gorączkowo myślałem, jak tu taktycznie odpowiedzieć. Nie chciałem wyjść na jakiegoś napaleńca, więc zrobiłem enigmatyczną minę i powiedziałem „Widziałem lepsze”. Uśmiech znikł z jej twarzy i poszła do koleżanek. Forever alone.

#uzJwa

Najbardziej wstydliwa i okropna sytuacja w moim życiu, która mogła skończyć się tragicznie.

Byłam na urodzinach u koleżanki. Pojechałam autem, bo kiepsko się czułam i nie zamierzałam pić alkoholu. Chciałam posiedzieć maksymalnie 2 godzinki i zwinąć się do domu. Jednak na miejscu koleżanka zaproponowała mi jakiegoś specjalnego drinka, który miał sprawić, że poczuję się lepiej. Rzeczywiście poczułam się trochę lepiej, więc postanowiłam zostać dłużej, wypiłam też jeszcze kilka drinków. Po kilku godzinach byłam już mocno pijana, nie pamiętam końcówki wieczoru. Z relacji znajomych wynika, że wezwałam Ubera, poczekałam jeszcze chwilę, a gdy przyjechał, pożegnałam się ze wszystkimi i wyszłam. Podobno szłam prosto, normalnie mówiłam i nie wyglądałam na bardzo pijaną. Ale ja tego kompletnie nie pamiętam.

Obudziłam się rano we własnym łóżku, o dziwo bez kaca, ale z ogromną dziurą w pamięci. Nie pamiętam, jak wychodziłam, jechałam do domu, ani jak kładłam się do łóżka. Wiedziałam natomiast, że zostawiłam auto u koleżanki i będę je musiała później odebrać. Chwilę później chciałam iść po coś do sklepu, wyszłam z domu, a tam na podjeździe stoi zaparkowane moje auto. Przeżyłam szok. Zadzwoniłam do koleżanki, czy ktoś może mi je odstawił (dopiero później pomyślałam, żeby sprawdzić, czy mam kluczyki). Powiedziała, że nie, jak się obudzili, to mojego auta już nie było i myśleli, że sama je zabrałam. Kluczyki miałam w torebce. Jedynym logicznym wytłumaczeniem było, że wróciłam do domu sama po pijaku. Zamiast wsiąść do taksówki, wsiadłam do swojego auta, zaparkowanego dwa metry dalej. W aplikacji Ubera znalazłam kilka wiadomości od kierowcy, który na mnie czekał, aż w końcu odjechał.

Jestem naprawdę zszokowana tym, co się stało. Nigdy w życiu świadomie nie wsiadłabym po pijaku za kierownicę, zawsze krytykowałam ludzi, którzy tak robią. No ale właśnie, problem w tym, że nie byłam świadoma. Obejrzałam dokładnie auto, ale nie znalazłam żadnych śladów, które mogłyby świadczyć, że w coś lub kogoś uderzyłam. Śledziłam też wszystkie informacje z mojego miasta o wypadkach, które mogły się wydarzyć tamtej nocy, ale nic nie znalazłam. Mimo to i tak wciąż jest mi przykro, że coś takiego zrobiłam. Znajomi się domyślili i byli źli sami na siebie, że mnie choćby nie odprowadzili do taksówki, ale twierdzą, że naprawdę nie wyglądałam na aż tak bardzo pijaną. No i siedzę tutaj, z dziurą w pamięci i ogromnym poczuciem winy.

#8s2Pm

Ostatnio przeszłam na dietę i schudłam dość sporo. Moja młodsza siostra miała wyjątkową okazję, by przyjechać, a zdarza się to rzadko- mieszkamy ponad 400 km od siebie. Przybyła mocno głodna nad ranem, spytałam, co chciałaby na śniadanie. Powiedziałam, że polecę do sklepu po ciepłego croissanta, ponieważ byłam już na nogach, a na dworze świeciło słońce. 

Stanęłam przed wielką gablotą z pieczywem, rozglądając się za tym, czego szukałam. Niestety, nie znalazłam, więc zadzwoniłam do siostry, co woli zamiast tego. Kiedy odpowiedziała, że prosi muffinkę, zaczęłam wypatrywać ponownie. Musiałam wyglądać na bardzo wygłodzoną, bo od przyglądająca mi się od dłuższego czasu staruszka zagadała "Kochanie, może kupić Ci bułeczkę z dżemem? W tych czasach, to wiadomo...". Czerwona jak burak podziękowałam, szybko załatwiłam resztę zakupów i pobiegłam do mieszkania...

#B7pA1

Kiedy byłam małym dzieckiem, to zawsze w Wigilię, gdy tata oprawiał karpie, prosiłam go, aby wycinał specjalnie dla mnie rybie oko i jak gdyby nigdy nic trochę się nim pobawiłam, pooglądałam i tak o gdzieś zostawiałam albo wywalałam do kosza :)

Inni czekali co rok na pierwszą gwiazdkę, a ja tak po prostu na rybie oko.

#CFQSi

Od niedawna mam bardzo ładną sąsiadkę. Póki co tylko parę razy rozmawiałem z nią w windzie. W sobotę wieczorem zapukała do mnie i powiedziała, że chyba jej się zepsuł piecyk i czy mógłbym na niego zerknąć. Taaak, piecyk, nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać. Powiedziałem, że zaraz przyjdę. Poprawiłem włosy, umyłem zęby, prysnąłem się wodą kolońską.

Okazało się, że faktycznie zepsuł jej się piecyk. Chyba naoglądałem się za dużo filmów.

#bHMIW

Ze względu na przebytą w dzieciństwie chorobę i długie leczenie muszę obecnie uważać na wątrobę, między innymi nie piję alkoholu (no trudno). 

Wracałam nad ranem z sylwestra – oczywiście autem. Bawiłam się cudownie, więc byłam w wesołym nastroju. Pod koniec drogi, gdy już dojeżdżałam pod blok, zatrzymał mnie patrol policji. Panowie sądzili, że piłam, no bo w końcu śmiałam się perliście. Kazali mi wysiąść, więc wysiadłam. Pech chciał, że przydeptałam sobie moją mega długą suknię i praktycznie wypadłam z auta, zatrzymując się w dziwnej pozycji na czworaka. Widząc ich miny, dostałam tak potwornego ataku śmiechu, że nie potrafiłam wstać. Spędziłam 6 godzin na posterunku, gdzie pobrano mi krew i mocz na badanie obecności alkoholu i narkotyków, no bo „na pewno coś brałam”. Nie mogli uwierzyć, że po prostu jestem wesołą osobą i lubię się śmiać...

#mgUmg

Jak większość kobiet, zajadam złu humor. Często łączę dziwne rzeczy – po prostu jak mi gorzej, to wszystko mi jedno co jem.

Ostatnio na taki stan napatoczył się mój chłopak. Powiedziałam mu (w rozmowie telefonicznej), że tort porzeczkowy w sumie całkiem dobrze pasuje do kabanosów.

Pół godziny później wpadł do mnie przerażony z błyskiem w oku i testem ciążowym w ręce :D

#e8TiU

Trzydziestkę skończyłam niedawno. Mam męża i kilka zwierzaków. W ostatnim czasie przeszłam kilka operacji, w tym dwie związane z moją chorobą – endometriozą. Starania o dziecko niewiele dają. Myślałam, że się pogodziłam z tym, że jest ciężko. Ogólnie wmówiłam sobie, że nie zależy mi na przekazaniu genów, że równie dobrze będę się czuć w roli matki dziecka adoptowanego. Próby przekonania męża do adopcji spełzły na niczym. I tak sobie żyliśmy spokojnie, bo nawet teściowa odpuściła temat, gdy powtarzałam, że nie mam potrzeby rodzenia dzieci, choć zawsze marzyłam o dużym domu z gromadką dzieci. I trwałam sobie w tym stanie obłudy, dopóki bratowa męża nie pochwaliła się swoją ciążą. Coś we mnie pękło. Ciche gratulacje i jak nigdy wcześniej, zaczęły mi się trząść dłonie. Dotarło do mnie, że moje marzenia spełniają się innej osobie. Wcześniej się tak tym nie przejmowałam, po prostu przyjmowałam fakt, kiedy słyszałam, że ktoś się spodziewa dziecka, że komuś się urodziło maleństwo.


Jeszcze nigdy tak mocno nie leciały ze mnie łzy, gdy wróciłam do domu. Dotarło do mnie poczucie niesprawiedliwości, żal, frustracja, jakiej wcześniej nie czułam. Dlaczego inne kobiety tak łatwo zachodzą w ciążę, rodzą jedno po drugim, nawet się o to nie starając? Czemu kobiety, które traktują dzieci okropnie, biją, katują, nie dbają o nie, mają ich tak wiele, a kobiety mojego pokroju mają trudności z zajściem w ciążę i nie zostaną nigdy matkami? Dlaczego w naszym kraju leczenie niepłodności kosztuje tak ogromne pieniądze, że rodziny muszą się zadłużać, zakładać zbiórki lub rezygnować z marzenia, jakim jest posiadanie dziecka? A na końcu, czemu to spotyka mnie, gdy moje kuzynki rodzą dzieci, a ja jako jedyna w rodzinie mam problem i nie mogę zajść w ciążę?


I stoję właśnie w tym martwym punkcie, w którym przyszło mi wybierać. Zadłużyć się nie wiadomo na ile, żeby przejść procedurę in vitro, liczyć na czyjeś dobre serce i założyć zbiórkę, bo nie mam takich pieniędzy, żeby wyłożyć te kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy, czy próbować pogodzić się z faktem, że dzieci mieć nie będę i oszukiwać samą siebie, że jest dobrze jak jest i udawać, że cieszę się z czyjegoś szczęścia, gdy tak naprawdę w środku jestem wściekła, serce się rozdziera i jest mi żal.
Anonimowe w tym wszystkim jest to, że nikt oprócz mnie samej nie wie, co teraz przechodzę i jak się czuję. Być może wśród Was też jest jakaś kobieta, która mogła opryskliwie zareagować na taką wiadomość, bo też przez to przechodzi. Nie jest łatwo cieszyć się szczęściem innych, kiedy samemu ma się ten problem. I tego ludzie nie potrafią zrozumieć.

#zHac2

Jechałam z moim 4-letnim synkiem tramwajem. Dotychczas wszędzie jeździł samochodem, więc rozglądał się bardzo zaciekawiony.
Na jednym z przystanków chwiejnym krokiem wsiadł bezdomny i usiadł niedaleko.
„Mamo, ten pan jest pijany i śmierdzi” – oznajmił mój syn swoim donośnym głosem, zwracając na siebie  uwagę wszystkich dookoła. Usłyszałam czyjś stłumiony śmiech.
„Psst... nie należy tak mówić” – szepnęłam mu na ucho zawstydzona. Mój 4-latek na chwilę się zamyślił, a następnie równie donośnie jak poprzednio spytał „A to ten pan nie wie, że jest pijany i śmierdzi?”.

#V1hmn

Czuję się zerem. Zwłaszcza zawodowo.

  Podczas studiów pracowałam. Najpierw na kasie w sklepie, później znalazłam pracę bardziej wymagającą intelektualnie, trochę związaną z moimi studiami. Po czasie widzę, że to była dobra praca, chociaż wtedy ciągle na coś narzekałam. Jednak zajmowała mi dużo czasu, 3/4 etatu. Przy pisaniu pracy inżynierskiej chciałam miesiąc wolnego. To było za dużo i nie dostałam, więc się zwolniłam. Studia były dla mnie ważniejsze. Wtedy dostałam też propozycję pracy w IT, z której nie skorzystałam.
  Dwa miesiące później, po obronie, poszłam na staż w ciekawej firmie. I tu się zaczęło moje fatum: w pracy miałam co robić przez godzinę na osiem, a wymagano mojej obecności najczęściej jak się dało. To jest fajne przez tydzień, może dwa, ale nie codziennie. Na umowę o pracę nie miałam co liczyć, jeśli któryś z inżynierów nie odchodził.
  Po obronie pracy magisterskiej znalazłam pracę na normalną umowę, ale w innym mieście. Przeprowadziłam się. Po tygodniu dowiedziałam się, że dwóch inżynierów z firmy, w której odbywałam staż, odchodzi i mogłabym dostać umowę. Za późno. A w nowej pracy też nie miałam co robić. Szef mnie unikał i mówił, że sama mam sobie znaleźć zajęcie. Nie miałam jeszcze takiego doświadczenia, w dodatku moje stanowisko wcześniej w tej firmie nie istniało. Po 9 miesiącach ktoś się zorientował, że ono jednak nie jest potrzebne i dostałam wypowiedzenie.
  Dostałam propozycję wyjazdu na trzymiesięczny staż do Niemiec. Niestety, termin pokrywał się z datą mojego ślubu. Nie skorzystałam.
  Znalazłam inną pracę. Całkiem OK, chociaż nie bardzo pasowało mi, że na zmiany. Ale chciałam tam pracować, chociaż kilka lat, zdobyć doświadczenie. Pracowałam sześć miesięcy. Zaszłam w ciążę. Umowa została mi przedłużona do porodu, później rok macierzyńskiego z ZUS. I drugie dziecko, skoro ja i tak w domu.
  Czuję, że się cofam w rozwoju. Nie umiem nic ze studiów i z pracy. Boję się podejmować najprostsze wyzwania umysłowe. Nawet z liczeniem mam problem, gdzie wcześniej żadnego. Na studiach byłam jedną z najlepszych. A teraz? Zagrzebana w pieluchach kwoka. Nawet laptopa przestałam używać, bo przypominał mi o moich porażkach. Boję się podejmować jakikolwiek wysiłek w celu nauczenia się czegokolwiek, bo nie wierzę, że ktoś mnie zatrudni na satysfakcjonującym mnie stanowisku i jeszcze sobie poradzę.
Dodaj anonimowe wyznanie