#g9Ubg
Na wstępie powiem, że pradziadek uwielbiał grę na akordeonie i był z nim, można powiedzieć, nierozłączny. Nawet w obozie miał go ze sobą.
Początku pobytu nie wspominał dobrze, dostał jedną z najcięższych prac. Po skończonych obowiązkach grywał na akordeonie, a że wokół niego było wielu innych Polaków - grał piosenki patriotyczne.
Pewnego wieczoru, gdy znów miał swój "koncert", przyszedł komendant, który zapewne słyszał wydobywający się cichy dźwięk muzyki. Komendant kazał dziadziowi wstać i iść za nim, ten przestraszony, bo myślał, że idzie na śmierć, poszedł.
Jakie było zdziwienie, że facet kazał iść mu za nim do domu - razem z akordeonem! Okazało się, że w domu komendanta było przyjęcie, a że muzyki brakowało - gra na akordeonie była idealnym dopełnieniem. Kazał usiąść pradziadkowi i zacząć grać.
Problemem było to, że nie znał on żadnych innych piosenek niż polskie, mimo tego przerażony zaczął grać... I grał tak, prawie do samego rana. Dostał dobre jedzenie, picie, z czego był bardzo zadowolony, bo jak to w obozach bywało - nikt nie był tam najedzony.
Komendant był z dziadka tak zadowolony, że kazał mu zamieszkać w jego domu, w jakiejś komórce. Dostał też jedną z najlżejszych pracy, miał jedzenia pod dostatkiem, którym dzielił się po kryjomu ze swoimi kolegami. Ale również grywał na kolejnych imprezach w jego domu.
Gdy wojna dobiegała już końca, komendant i pradziadek tak bardzo się zżyli, że chciał on, aby dziadzia sprowadził tutaj swoją rodzinę. Ten w duchu nie chciał, ponieważ w głębi serca czuł ogromną urazę do tego kraju. Jednak komendantowi powiedział, że wróci do Polski i przyjedzie ponownie, ale z rodziną. Zgodził się i nawet załatwił mu transport do domu. Później przez długi czas wysyłał dziadziowi listy, w których pisał, że na niego czeka.
Jak widać, nie każdy Niemiec zły, jak go malują. ;)
Słyszałam kiedyś podobną historię, mój pradziadek opowiadał o swoim pobycie w Niemczech w czasie wojny, mam nawet malutkie czarno-białe zdjęcia dziadka i jego współtowarzyszy, w tym Pana z akordeonem.
Mogłybyśmy się skontaktować? Jestem ciekawa zdjęcia, o którym wspomniałas w komentarzu. :)
Jakie są szanse, że panowie z akordeonami to te same osoby?
@RozjechanyJez
50%, albo to on albo nie.
Jaka matematyka pozwoliła Ci na tak arcymądre rozwiązanie tego zadania?
Pytanie było arcygłupie ale starałem się jak mogłem.
Nie chcę być krytyczna, ale gdy szło się do obozu, trzeba było oddać wszelki dobytek, dostawało się pasiak, metalowe sztućce, miskę i kubek do kawy. Skąd więc Twój dziadek wziął akordeon?
Tez mi się to nie zgadza, ale może to nie był obóz koncentracyjny ? Bo w tych ludzie mieli zginąć. A w Niemczech może to byly inne obozy pracy gdzie ludzie nie byli przeznaczeni do tego by umrzeć.
Nawet w jakimś programie o obozach koncentracyjnych było powiedziane, że w ramach kary ludzi z obozów w Niemczech sprowadzano do obozów w Polsce.
Dokładnie nawet swoje ubranie trzeba było oddać. Akordeon to byłaby pierwsza rzecz do odebrania.
Obóz koncentracyjny ≠ obóz zagłady. W obozie koncentracyjnym ludzie mieli wykonywać ciężkie prace aż do całkowitego "zaorania" się, potem szli do komory. Natomiast w obozie zagłady, więźniowie przyjeżdżali, rozbierali się i szli na śmierć. A i jeszcze jedno, w obozach koncentracyjnych więźniowie czasem (bardzo rzadko) nie byli pozbawiani rzeczy prywatnych, więc historia jest mało prawdopodobna, ale jednak.
Mój dziadek był w obozie koncentracyjnym, musiał oddać wszystko.
Wiem, że ta historia może Wam się wydawać nieprawdziwa, ale jednak tak było i jest to historia przekazywana z pokolenia na pokolenie. :)
Z pokoleniq na pokolenie można też przekazać niezłe kłamstwo.
Odelo, kiedyś widziałam listy komendanta do dziadka, więc nie sądzę, że jest to kłamstwo. Poza tym jest kilka zdjęć z jego pobytu w Niemczech.
Jesteś autorką? Twój nick nie jest niebieski.
Założyłam to konto po napisaniu wyznania.
Czy na tej stronie nie można już zadać pytania bez minusów?
Uwielbiam tą logikę.
"Koleś brał udział w wesołej zabawie Hitlera w zabijanie ludzi, zajmował ważne stanowisko przy wysyłaniu ludzi na śmierć, współtworzył obóz - ale był dość łagodny względem jednego więźnia. Czyli nie wszyscy są źli!"
Nie, po prostu nie był zły do szpiku kości. To nie oznacza, że nie był zły wcale.
Wilm Hosenfeld też miał wysokie stanowisko i był po prostu dobry
Nie każdy niemiecki żołnierz był zły, tak czy siak dostawali rozkazy. I nikt z nas nie może ocenić ich postawy, jeśli sami nie staniemy przed wyborem: moje życie czy życie obcej osoby. A ci dobrzy pomagali tyle, ile byli w stanie, nie mogli wszystkich ocalić.
Zresztą, eksperyment Milgrama pokazuje doskonale jak działa autorytet sam w sobie.
Nie każdy Niemiec był zły. Dostał takie rozkazy i musiał się podporządkować, bo jak nie to cała rodzina do obozu.
"Jesteś zabawny, Ciebie zabiję na końcu" :)
dobry Niemiec był, bo grajka potrzebował, to nie zabił, a nawet nakarmił
Nie chcę krytykować sposobu myślenia autorki, ale mi się to skojarzyło z sytuacją większości więźniów, którzy umieli na czymś grać. Większość z nas pewnie słyszało o orkiestrze obozowej, która musiała codziennie witać grą wracających z pracy więźniów czy nowych, z transportu. I to wcale nie było umilenie im życia, a wręcz taka groteskowość i bolesna ironia ze strony Niemców. Przeważnie członkowie orkiestry wykonywali lżejszą pracę, po prostu "opłacało się" być artystą w obozie. Wiem, głupio to brzmi, ale w obliczu warunków i okrucieństwa Niemców, ma sens. Liczy się w końcu przetrwanie. I wydaje mi się, że w sytuacji dziadka autorki mogło być podobnie. To nie Niemiec był taki dobry, tylko uratowała go umiejętność gry na akordeonie. A co do tej przyjaźni- można to też zinterpretować tak, że Niemiec chciał się zrehabilitować i jakoś usprawiedliwić swoje zbrodnie.
I jeszcze komentarz do końcówki- tak, nie każdy Niemiec taki zły, o tym akurat wszyscy wiedzą, szkoda tylko, że ciągle się to powtarza, zamiast zwrócić uwagę na to, jak odnoszą się do zbrodni swoich przodków współcześnie Niemcy. Chociażby "polskie obozy śmierci". NIE POLSKIE, NIEMIECKIE.
A mnie za to ubodło ostatnie zdanie. Może i nie był tym złym dla dziadka, ale co całą resztą więźniów obozu?
ta historia skojarzyła mi się z "Igrając z ogniem" Tess Geritssen. Niestety tamta nie była taka pozytywna.
W końcu coś po czym moje oczy nie krwawią...xd
Poczytajcie Grzesiuka "5 Lat Kacetu" o jego pobycie w Mauthausen i Gusen. Obozach, w których warunki były takie, że ludzie, którzy tam trafiali z Oświęcimia, twierdzili że wróciliby do Oświęcimia na kolanach.
Posiadanie instrumentów było możliwe, trzeba było je sobie "zorganizować".
Niezwykle, szkoda że tylko nieliczni tak mieli.
Nie taki Niemiec zły? Zastanów się ilu innych ludzi bez talentu do grania ten sam komendant wysłał na śmierć.
Tylko zastanów się nad jednym, to nie był jego wymysł, żeby zabijać. Jak wyprowadził jednego czasem to nikt nie zauważył, ale jaj by zaczął masowo ich wypuszczać, to w końcu sam by zginął.
Co nie znaczy, że nie był zły xD nawet jeśli był ku temu powód. Zrobił co zrobił.