#cXgL8
Ostatnio w szkole byłam w połowie przytomna, ponieważ wzięłam tabletkę zbyt późno i nadal działała. Pomyślałam, że pójdę do pani pedagog, powiem, co i jak i zapytam, czy pozwoli mi odczekać czas na działanie tabletek, żebym przypadkiem nie zasnęła na lekcji. Pożałowałam tego prawie od razu. W środku musiałam opowiadać wszystko co i jak, ze szczegółami. Pominę fakt, że przerywano mi w połowie zdania, aby dodać monolog, który nie pasował do mojej sytuacji i brzmiał jak cytat z „mondrej” książki. W skrócie, ja o zupie, a ona o d*pie. W połowie rozmowy do pokoju przyszła wicedyrektorka i widząc mnie, zapytała, co się stało. I w tym momencie mój wk*rw osiągnął apogeum.
Moja wersja powiedziana pedagogowi: „Niedawno zmarła mi babcia i muszę brać nasenne, aby móc spokojnie spać, ale biorę tylko JEDNĄ na noc. Jednak dalej działa i nie chciałabym ZASNĄĆ na lekcji”.
Jej wersja powiedziana wicedyrektorce: „A bo dziewczynce zmarła babcia i wzięła GARŚĆ tabletek nasennych i BOI SIĘ, że ZEMDLEJE”.
No normalnie myślałam, że oszaleję. Od razu zaczęłam tłumaczyć, że to, co mówi pedagog to fałsz i żeby nie przekręcała moich słów. Jak szybko się pojawiłam, tak szybko pożegnałam się i wyszłam. Oczywiście o sytuacji powiedziałam mamie oraz dyrektorowi, który na początku nie mógł uwierzyć, że to prawda.
Jutro idę porozmawiać ponownie z tą panią pedagog, aby zakończyć sprawę – i nigdy więcej nie postawię nogi u żadnego pedagoga szkolnego. Wytłumaczcie mi, jak można tak chamsko przekręcać słowa ucznia na jego niekorzyść? Bo ja tego nie rozumiem...
Szkolni pedagodzy to porażka. Współczuję.