#c5BWz
Zdarzyło się pewnego dnia, że jedno z rodzeństwa uległo niewielkiemu wypadkowi, a w domu jedyne plastry znajdowały się w mojej zabawkowej apteczce. Mama mimo moich sprzeciwów zabrała jeden, żeby swe dziecko ratować. Byłam załamana tym brakiem poszanowania dla mojej własności oraz pewna, że przez ten akt rabunku moja przyszła kariera medyczna legła w gruzach, marzenia poszły się bujać, a mnie już nic dobrego nie czeka. Ogólnie rzecz biorąc, czułam się na tyle beznadziejnie, że stwierdziłam, że czas umierać. A wiedziałam, jak to zrobić – nałykałam się więc tabletek, oczywiście tych kolorowych, i poszłam powiadomić rodzicielkę o moim postanowieniu.
Mama zaaferowana czyta ulotki, wykonuje telefony, i pada decyzja, że szpital. Tam dowiaduję się, że niestety nie umrę, a bez leczenia co najwyżej będę musiała następny dzień spędzić nad kiblem. Nie byłam przygotowana na taką ewentualność, wiadomo, rzyganie nic przyjemnego, zgodziłam się więc grzecznie podpiąć pod kroplówkę i noc spędziłyśmy na oddziale. Tyle z tego dobrego, że chociaż szpital sobie obejrzałam.
I nie, w końcu nie zostałam lekarzem ;(
Dziwne zdarzenie, ale rozumiem Cię trochę. Gdy miałam jakieś 6 lat, pomyślałam, że nie byłabym w stanie żyć bez mojej mamy i jeśli jej zabraknie, popełnię samobójstwo. W domu był schowany pistolet gazowy i miałam zamiar go użyć, gdyby zaszła potrzeba. Mama nie była chora ani nic z tych rzeczy, po prostu dotarło do mnie, że kiedyś może jej zabraknąć. Wiem, że gdybym wtedy ją straciła, próbowałabym użyć pistoletu. Brałam też pod uwagę zjedzenie muchomora. Nie wiedziałam wtedy, że mogłaby to być bolesna i powolna śmierć. Teraz z tego wyrosłam i rozumiem, że śmierć bliskich jest częścią życia.